Komedia romantyczna i przestrzeń obywatelska

Pierwsze kilka kroków po kładce imienia Ojca Bernatka, którą Kraków cieszy się od października, grozi rozczarowaniem. Ot, zwykły most poddający się zwykłemu tupotowi zwykłych obcasów; niby turystyczna atrakcja, ale jeśli jest raczej zimno, raczej ponuro […]


Pierwsze kilka kroków po kładce imienia Ojca Bernatka, którą Kraków cieszy się od października, grozi rozczarowaniem. Ot, zwykły most poddający się zwykłemu tupotowi zwykłych obcasów; niby turystyczna atrakcja, ale jeśli jest raczej zimno, raczej ponuro i trochę pada, niechętne myśli pojawiają się same z siebie. Budynki po żadnej ze stron nie zachęcają do podejścia, idea spaceru traci sens, a w głowie zaczyna świtać postanowienie, by zrezygnować z pieszego przedsięwzięcia i przekroczyć rzekę sto metrów dalej, jak człowiek, w wygodnej tubie tramwaju, chłonąc reklamy z podwieszonego pod sufitem ekranu. Z pozoru nie ma różnicy, jaki sposób przemieszczania się człowiek wybierze; a jednak kładka jest dobrą okazją, by przekonać się, że pewne rzeczy można w mieście zobaczyć i zrozumieć tylko chodząc piechotą. Tylko tak można też stać się pełnoprawnym obywatelem miasta; obywatelem, czyli współtwórcą.

Przestrzeń nie jest pusta

Jesteśmy przywiązani do poglądu, że przestrzeń jest neutralna, pusta, i da się jednoznacznie określić w kategoriach tego, co publiczne lub tego, co prywatne. Ten pomysł Derrick de Kerckhove nazywa „mitem przestrzeni miejskiej”; zauważa też słusznie, że jest charakterystyczny dla oświeceniowej myśli europejskiej. Przeciwstawia mu japońskie pojęcie ma, które oznaczać ma złożoną sieć wzajemnych powiązań między ludźmi i ich otoczeniem: przedmiotami, elementami środowiska naturalnego, technologiami. Myśleć, że miejsca są puste, to jak zakładać, że powietrze jest tożsame z próżnią; nic bardziej mylnego. Nie ma – szczególnie w mieście – miejsc obojętnych, choć niektóre oddziałują swoją atmosferą bardziej niż inne. Z przestrzenią jest jak z czasem – może płynąć szybko, ale może też wlec się w nieskończoność w zależności od konkretnej atmosfery.

Jednym z takich silnie oddziałujących miejsc jest właśnie krakowska kładka. Oficjalnie budowano ją z myślą o bezpieczeństwie tych, którzy próbują z Kazimierza dostać się na Podgórze – choć właściwie nigdy nie było ich bardzo wielu. Bardziej prawdopodobna jest wersja, że celem było przyciągnięcie ludzi na drugi brzeg Wisły, i to się udało. Jak się okazało, dopiero kładka dla pieszych – położona między dwoma mostami, po których kursują liczne linie tramwajowe i autobusowe – jest w stanie wciągnąć Podgórze do centrum miasta, włączyć je do magicznej przestrzeni wieczornego przepływu. Dostępność-na-piechotę to bariera psychologiczna, którą w tym przypadku udało się zmylić. Chociaż, racjonalnie rozumując, Korona nie przesunęła się ani o metr bliżej do Rynku, to jednak jest teraz bliżej. Bo na piechotę naprawdę jest bliżej.

Za część atmosfery kładki odpowiadają oczywiście również wieszane tam kłódki; zwyczaj praktykowany i w innych miastach szczególnie od czasu publikacji bestsellerowej powieści Frederica Mocci, w której ten motyw został wykorzystany. Dzięki nim most zmienia się w serię prywatnych komedii romantycznych, przeżywanych na własne życzenie i z własnej inicjatywy. Ta interwencja w tkankę miasta to przedsmak tego, jak można traktować i przeżywać wspólną przestrzeń; do tego jednak trzeba trochę więcej niż zwykłego spaceru.

Obywatel – byt przestrzenny

Stwierdzenie, że przestrzeń nie jest próżnią, stało się punktem wyjścia dla psychogeografii, która miała się zajmować badaniem oddziaływania miejsc na ludzi. Gdyby udało się je poznać, być może – zdaniem psychogeografów – udałoby się również opanować sposoby manipulowania przestrzenią, tak, by jej atmosfera odpowiadała ludzkim pragnieniom i sprzyjała ich realizacji. Wbrew częstym porównaniom z flâneurie, czyli mniej lub bardziej bezcelowym krążeniem po mieście, psychogegrafia była, przynajmniej początkowo – w pismach Ivana Chtcheglova czy Guya Deborda z końca lat 50. – podejściem uporządkowanym, prawie-nauką, przypominać miała raczej wypady zwiadowcze na teren wroga. Ma wyraźny cel, a tym celem jest odzyskanie przestrzeni, która stała się nam obca. Obca częściowo dlatego, że opanowała ją technologia, przemysł i kapitał, i po prostu coraz mniej jest miejsca na prawdziwe publiczne życie; częściowo zaś z powodu obywatelskiego zaniechania, wyrzeczenia się. Bo tak naprawdę, kto dzisiaj po własnym mieście chodzi piechotą?

W tym kontekście chodzenie piechotą oznacza także wchodzenie w bezpośredni dialog z przestrzenią, wzięcie za nią przynajmniej częściowej odpowiedzialności. Współkształtowanie ładu przestrzennego, w tym atmosfery, jest współkształtowaniem ładu politycznego. To, co postuluje psychogeografia, to wolność do uczestniczenia i do wyrażania się przez uczestnictwo. Miasto oczekuje interakcji, bo to właśnie one budują część ma.

Tradycja obywatelskiej interwencji w przestrzeń sięga początków historii miast. Napisy na murach komentujące bieżące wydarzenia były spotykane już w starożytności. Ciekawym przykładem tego typu działalności były rzymskie mówiące posągi; począwszy od początku XVI wieku na niektórych statuach w mieście przyklejano karteczki ze złośliwymi uwagami na różne tematy, głównie polityczne – w ten sposób unikano cenzury. Od krawca Pasquina, który zapoczątkował tę praktykę, komentarze te nazywano paszkwilami; ich funkcję w XIX wieku przejęła wybijająca się na niezależność prasa. Jednak impuls, by pozostawiać po sobie ślad, pozostał; w wersji złagodzonej może przybierać kształt choćby wrzucania monet do fontann czy właśnie – jak w przypadku krakowskiej kładki i mostów w wielu europejskich miastach, od Florencji poczynając – wieszania kłódek, symboli wiecznej miłości. W wersji bardziej radykalnej to graffiti, rozumiane nie jako wandalizm, ale jako wkroczenie artystów w miejsca wymagające uwagi bądź upiększenia.

Można zżymać się, że kładka jest Krakowowi niepotrzebna, skoro niedaleko znajdują się dwa mosty z szerokimi chodnikami, i że przez nią Podgórze zaleją tłumy turystów; można też upierać się, że nie ma nic bardziej tandetnego niż wiszące na niej kłódki z imionami zakochanych. Ale jeśli pokona się te pierwsze kilka kroków i pójdzie dalej, to nawet jeśli pada i wieje zimny wiatr, magia zaczyna działać. A to może być dobry punkt zaczepienia do rozpoczęcia dialogu z miastem.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa