HAZLITT: O przyjemności płynącej z nienawiści

[SZKOŁA ESEJU] Jeśli z miłości płynie niewiele przyjemności przeradza się w obojętność lub wstręt. Tylko nienawiść jest nieśmiertelna.


W pokoju, w którym siedzę, po dywanie przebiega pająk. Nie ten, który jako alegoria został uwieczniony w pełnym podziwu poemacie Lines to a Spider, ale będący również przedstawicielem tego olśniewającego gatunku. Biegnie niedbale, pospiesznie przemieszczając się. Niezdarnie porusza się w moją stronę. Dostrzegając przed sobą cień olbrzyma, zatrzymuje się i niepewny, czy zawrócić, czy iść dalej, kontempluje swojego wielkiego wroga. Ponieważ nie wykonuję żadnego ruchu, by pojmać zbłąkanego łajdaka tak jak on zniewala nieszczęsną muchę w swej sieci, ten nabiera kurażu i rusza w dalszą podróż z mieszaniną chytrości, zuchwałości i strachu. Kiedy mnie mija, podnoszę dywan, by pomóc mu w uciecze. Cieszę się, że pozbyłem się niepożądanego intruza, a po jego odejściu wzdragam się na samo wspomnienie o nim.

Dziecko, kobiet, klaun czy moralista z poprzedniego wieku zmiażdżyliby tego małego gada. Moja filozofia wykroczyła poza takie zachowanie. W stosunku do tej kreatury nie mam złej woli, choć wciąż nienawidzę samego jej widoku. Duch nikczemności przetrwa takie wysiłki. Uczymy się ograniczać naszą wolę i utrzymywać nasze jawne działania w granicach ideału ludzkości, na długo zanim zdołamy ujarzmić nasze uczucia i wyobraźnię i nadać im łagodny ton. Nie możemy rozstać się z istotą lub zasadą wrogości, choć porzucamy jej demonstracje i brutalną przemoc. Nie depczemy tego biednego małego zwierzęcia (co wydaje się barbarzyńskie i żałosne!), ale traktujemy je z rodzajem mistycznego przerażenia i wstrętu biorącego się z przesądów. Sto lat pisania właściwych treści i intensywnego namysłu potrzeba, aby wyleczyć nas z uprzedzeń i sprawić, byśmy poczuli wobec tego złowróżbnego gatunku coś w rodzaju „tkliwości ludzkiej pełnej mleka”, zamiast jemu właściwej nieśmiałości i jadu.

Natura, im dłużej na nią patrzymy, tym bardziej wydaje się złożona z antypatii. Bez przedmiotu nienawiści utracilibyśmy źródło myśli i działania. Życie stałoby się statyczne, gdyby nie poruszały go sprzeczne interesy człowieka będące jego niesfornymi namiętnościami. Nasz los rozjaśnia biała smuga lub po prostu jest ona bardziej widoczna, bo otacza ją ciemność, tak jak tęcza widnieje na tle chmur. Czy to pycha, zazdrość, a może siła kontrastu? Czy to słabość, czy złośliwość? Niezależnie od powodu, istnieje w ludzkim umyśle pewne sekretne upodobanie, wręcz pragnienie, zła, które perwersyjnie, a jednocześnie czerpiąc radość z ranienia, jest niezawodnym źródłem zadowolenia. Czyste dobro szybko staje się mdłe, potrzebuje urozmaicenia i nadania mu charakteru. Ból jest słodko-gorzki, także potrzebuje urozmaicenia i nadania mu charakteru. Jeśli z miłości płynie niewiele przyjemności przeradza się w obojętność lub wstręt. Tylko nienawiść jest nieśmiertelna.

Czy tej zasady nie dostrzegamy wszędzie? Zwierzęta gnębią się nawzajem i znęcają bez litości. Dzieci zabijają muchy dla sportu. Dla każdego formą rozrywki jest czytanie w gazetach o wypadkach i przestępstwach. Gdy pojawia się pożar, całe miast biegnie, by się mu przyglądać, a obserwatorzy nie czerpią radości, gdy zostaje ugaszony. Oczywiście lepiej do tego ugaszenia doprowadzić, ale zmniejsza to nasze zainteresowanie, bowiem uczucia są raczej częścią naszych namiętności niż elementem procesu rozumienia. Ludzie pełni entuzjazmu tłumnie gromadzą się, by być świadkami tragedii, ale, jak zauważył pan Burke, ten teatr szybko by opustoszał, gdyby na sąsiedniej ulicy odbywała się egzekucja.

Dziwak w wiosce, idiota, wariatka są wytykani i nękani przez całą społeczność lokalną. To, co jest społecznie kłopotliwe z natury rodzi publiczne korzyści. Jak długo papież, Burbonowie czy Inkwizycja nieśli Anglikom ukojenie, dając preteksty do wylania złości. Czy wyrządzili nam ostatnio krzywdę? Nie, ale zawsze mamy do czynienia z nadmiarem żółci w wątrobie i chętnie znajdujemy pretekst, by dać jej upust. Z jaką niechęcią porzuciliśmy gorliwą wiarę w duchy i czarownice, ponieważ w jednym przypadku lubiliśmy prześladować, a drugim bać się na śmierć!

William Hazlitt, Autoportret, 1802.

Niepokoi nas nie tyle jakość, co ilość ekscytacji. Nie możemy znieść stanu obojętności i nudy. Umysł zdaje się brzydzić pustką, tak jak natura to przewidziała. Nawet jeśli duch epoki (objawiający się postępem wysublimowania intelektu, przezwyciężającym nasze naturalne słabości) nie pozwala nam już kierować się mściwością i nieustępliwością, staramy się je ożywiać w naszej wyobraźni na różne sposoby, podążać za dawnymi strachami, upiorami naszej przemocy i okrucieństwa oraz naszej nienawiści. Co roku w każdej wiosce w Anglii palona jest kukła Guy’a Fawkesa, poniewieramy i masakrujemy tę biedną kukłę ze słomy i szmat. Dziś nie palimy na stosie protestantów i papistów, ale wciąż śledzimy nowe wydania Księgi Męczenników Foxa. Sekret sukcesu szkockich powieści leży w tym samym – przenoszą nas z powrotem w czasy barbarzyństwa, do świata pełnego waśni, resentymentu , zamętu, niezadowolenia, niemoralności i zemsty – rozbudzają w nas uprzedzenia i śmiertelne animozje towarzyszące sektom religijnym i grupom politycznym oraz wojnom i intrygom między wodzami i klanami. Dzięki nim z całą mocą odczuwamy ducha nienawiści. Czytając je, odkładamy pętającą sieć, którą tworzy cywilizacja, ten woal tego, co ludzkie. „Precz z tym, co zwierzęce!”.

Dzika bestia wciąż na nowo dochodzi w nas do głosu, czujemy się jak drapieżcy podczas łowów, jak pies gończy rozpoczynający pogoń za wyimaginowaną ofiarą podczas snu, znajdujący się w swoim żywiole, z radości dziko szczekający, bowiem powraca do stanu wolności i niczym nieskrępowanych, gwałtownych odruchów. Każdy idzie na całość lub do diabła na swój sposób. Inaczej niż w przypadku panoptykonu Jeremy’ego Benthama czy utopijnych gmin Roberta Owena (Rob Roy po tysiąckroć by ich wyklął), nie dba się o interes własny. Wola natychmiast znajduje drogę do celu, jak górski potok spływający z urwiska. Największe możliwe dobro każdego indywiduum polega na czynieniu wszelkich nieprzyjemności swoim bliźnim. Odnajduje w tym jakiś urok oraz wydobywa nieodparty, a życzliwy, akord w naszej piersi!

Przeczytaj pozostałe teksty z numeru.

Pan Irving, znany kaznodzieja, w nawach katedry w Kaledonii prawie rozpalił stary, pierwotny ogień piekielny, gdy mówił o teatrze wodnym w Sadler’s Wells, ku radosnemu zdumieniu jego uczciwej publiczności. To ładne, choć drażniące, siedzieć i zaglądać nieśmiało do piekieł niczym w starożytnych tofetach lub wyławiać rodzynki z miski pełnej płonącej brandy (co jest jak lekkie kopnięcie prądu dla osób o delikatnych nerwach) i zobaczyć pana Irvinga jako wielkiego tytana, ponurego i osmolonego jakby właśnie przeprowadzał wymyślne tortury na wszystkich potępionych! Jaką dziwną istotą jest człowiek! Nie zadowala się drażnieniem i ranieniem bliźnich, „tu, na tym wybrzeżu ziemskiego życia” , o którym ktoś mógłby myśleć, że zbyt dużo na nim rozpaczy, bólu, rozczarowań, udręk, łez, westchnień smutku i jęków cierpienia. Ten bigoteryjny maniak najpierw pokazuje nam szczyty boskiej nauki, po czym strąca w przepaść ognia piekielnego. W swej nikczemności, opierając się jedynie na swoich przeświadczeniach, prosi wieczność o niekończące się ranienie innych i prosi Wszechmogącego, by wykonał swoje bezlitosne destrukcyjne dzieło.

Kanibale palą swoich wrogów, a następnie w doborowym towarzystwie zjadają ich. Z kolei chrześcijańscy duchowni za nieznaczne odstępstwa głoszone przez wierzących skazują ich ciało i duszę do ognia piekielnego dla chwały Boga i Jego stworzenia. Dobrze, że siła takich osób nie współgra z ich wolą. W rzeczywistości ze względu na słabość i niezdolność do kontrolowania opinii innych ludzi, prześcigając megierę, wielkimi słowami próbują przekabacić ludzi na swoją stronę, strasząc ich przerażającymi wizjami i ostrą publiczną krytyką.

Przyjemność płynąca z nienawiści, jak trujący minerał, pochłania samo serce religii i stale wywołuje złość i fanatyzm, sprawia, że patriotyzm staje się pretekstem do rozniecania ognia, zaraz i głodu w innych krajach. Czyni z cnoty ducha nadzorowania innych, mającego zamykać umysły, nie znosić odstępstw, wykazywać inkwizycyjną czujność wobec ludzkich działań i ich motywów. Czym były te wszystkie religijne sekty, wyznania i doktryny, jeśli nie pretekstami popychającymi ludzi do sporów, kłótni, podziałów, tak samo jak wyznaczony cel na tarczy powoduje, że strzela się do niego?

Czy ktokolwiek przypuszcza, że bycie Anglikiem oznacza kochanie swojego kraju ze względu na przyjazne nastawienia do pozostałych współobywateli i powinności wobec nich? Nie, oznacza to tylko nienawiść do Francuzów lub mieszkańców innego kraju, z którym akurat toczymy wojnę. Czy miłowanie cnoty oznacza pragnienie poznawania i pozbywania się własnych błędów? Nie, ale jest formą rekompensaty za uparte pielęgnowanie własnych wad przy pomocy najbardziej zajadłej nietolerancji wobec ludzkich słabości. To zasada o najbardziej uniwersalnym zastosowaniu. Dotyczy zarówno dobra, jak i zła. Jeśli nienawidzimy głupoty, to będziemy nie mniej niezadowoleni z czyiś zalet. Jeśli wzbudzają w nas oburzenie złe uczynki innych, skłania nas to do nietolerancji ich sukcesów Odwzajemniamy krzywdy, odpłacamy niewdzięcznością za doznane przysługi. Nawet nasze najsilniejsze skłonności i upodobania przyjmują taką kolei rzeczy. „łakoć, która (…) teraz smakuje przesłodko jak chleb świętojański, wyda (…) się wkrótce gorzka jak ośli ogórek” , tak miłość i przyjaźń rozpłyną się we własnym ogniu. Nienawidzimy starych przyjaciół, nienawidzimy starych książek, nienawidzimy starych poglądów, a na końcu zaczynamy nienawidzić siebie samych.

Zauważyłem, że niewiele osób, z którymi byłem w zażyłych stosunkach, niezachwianie trwa w tej przyjaźni lub żywi ciepłą ufność. Miałem dwóch lub trzech towarzyszy, z którymi byłem nierozłączny, spotykaliśmy się „sześć dni w tygodniu”. W pewnym momencie zerwaliśmy kontakty i wszystko prysło. Pokłóciłem się z prawie wszystkimi starymi przyjaciółmi. Mogli mówić, że to z powodu mojego wybuchowego charakteru, ale wzajemnie też się posprzeczali. Co się stało z tą „paczką grającą w wista” upamiętnioną przez Elię w godnym uwagi Liście do Roberta Southeya (teraz gdy o tym myślę, że dotyczyło to również mnie), „że przez tyle lat nazywali admirała Burneya przyjacielem”? Teraz obchodzą siebie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Niektórzy z nich już nie żyją lub wyjechali, by żyć daleko stąd. Inni mijają się na ulicy jak obcy, a nawet jeśli się zatrzymają, rozmowa jest chłodna i każdy chciałby jak najszybciej ją skończyć. Część z nas wzbogaciła się, inni zbiednieli. Jedni zajęli miejsca w rządzie, inni znaleźli posadkę w „Quarterly Review”. Część z nas zdobyła światową sławę, podczas gdy inni zaszyli się w swojej prywatności. Jednymi pogardzamy, innym zazdrościmy i cieszymy się, kiedy możemy zadać im ból. Czasy się zmieniają. Nie możemy ożywić niegdysiejszych uczuć. Unikamy spojrzeń i niepokoi nas towarzystwo tych, którzy przypominają nam o naszych słabościach i zmuszają do życzliwości na siłę, która nas zawstydza, a i tak tym sposobem nie przywrócimy utraconej przyjacielskiej więzi. Stara przyjaźń jest jak posiłek podawany na szybko – zimny, niesmaczny, wywołujący zakłopotanie. Jest niestrawna.

Z kolei stały i zażyły związek rodzi w końcu znużenie i pogardę. Po rozłące ludzie wydają się zupełni inni. Jedni okazują się dla nas za mądrzy, drudzy zbyt głupi i zastanawiamy się, dlaczego nie zobaczyliśmy tego wcześniej. Czyjaś błyskotliwość zaczyna nas niepokoić lub wprowadza w stan niepokoju, tępota kogoś innego zanudza nas na śmierć. To, co dobre u tego pierwszego (oprócz pozostawionych wspomnień) , powtarzane traci walor świeżości i efekt zaskoczenia, a bezmyślność tego drugiego z czasem staje się nie do zniesienia. Najbardziej zabawny lub pomocny kumpel jest jak ulubiona książka, którą po pewnym czasie chcemy odłożyć na półkę, ale ponieważ nasi przyjaciele nie chcą się znaleźć w takiej sytuacji, powoduje to nieporozumienia i psucie sobie krwi. Nawet jeśli zapał i szlachetność przyjaźni nie osłabnie lub jej przyszłości nie przerwie nic, co leży w samej naturze więzi, będziemy szukać innych przyczyn żalu i źródeł niezadowolenia. Zaczniemy krytykować swój ubiór, wygląd, charakter. „Doskonały kompan, szkoda tylko, że zawsze siedzi zbyt długo”. Kolejny z kolei spóźnia się, i jest to wada, której nie da się pozbyć. Poznanemu właśnie modnemu młodzieńcowi lub nowej kochance chcemy przedstawić naszego przyjaciela, ale ponieważ zachowuje się niezręcznie i wygląda niechlujnie, rozmowa się nie klei i jest niczym kubeł zimnej wody dla naszej relacji. Albo nieznośnie wygłasza opinię na jakiś temat, co zmusza nas do porzucenia naszych przekonań, by nie musieć go bronić. Wszystkie lub przynajmniej niektóre z tych przyczyn gromadzą się, rodząc wzajemny chłód i irytację, i w końcu wybuchają jawną przemocą, będącą jedynym zadośćuczynieniem za tłumienie w sobie tych wszystkich napięć przez długi czas i stanowiącą zarazem formę usunięcia wspomnień dawnej życzliwości, jakże odległej od obecnych uczuć.

Możemy leczyć rany lub pudrować rozkładające się zwłoki przyjaźni, ale jeden z trudem zaakceptuje takie poświęcenie, a dla drugiego nie będzie to nie warte trudu balsamowania. Jedyną drogą do pogodzenia się ze starymi przyjaciółmi jest rozstanie się z nimi na dobre. Ten dystans, będący odcięciem się od rzeczywistości, daje szansę zachować przeszłość i związane z nią uczucia. W każdym razie nie powinniśmy myśleć o odnowie bliskości do czasu, aż uczciwie nie wyrzucimy z siebie złości albo nie wypowiemy, nie pomyślimy i nie odczujemy całego zła, które sobie wyrządziliśmy. Inny doskonały sposób na pozbycie się kości niezgody to kłótnia z inną osobą, z której robi się w ten sposób kozła ofiarnego. Myślę, że znowu musimy zostać z Lambem przyjaciółmi. Od kiedy napisał ten wielkoduszny List do Southeya, w którym mu wszystko wygarnął. Nie wiem, co tak bardzo przywiązuje mnie do H., poza tym, że za każdym razem, kiedy się spotykamy, spodziewam się, że po kolei będziemy oceniać naszych starych przyjaciół, jakbyśmy „urządzili z nich ucztę dla Bogów”. Poruszamy temat L.H., Johna Scotta, pani …, której kruczoczarne loki stanowią malownicze tło do naszej dyskusji, B., który przytył i, jak mówią, jest żonaty, oraz R. Wszyscy oni już dawno zerwali ze sobą kontakt, ale ich słabostki wciąż jeszcze są spoiwem, które nas łączy. Nie rozpaczamy nad ich dziwactwami ani nie utyskujemy z ich powodu, ale nabijamy się z nich „przez równą godzinę, mierzoną jego zegarem” , aż nie pękniemy ze śmiechu. Przypominamy anegdoty z ich życia, do znudzenia maglujemy ich przywary oraz walory charakteru. Być może niektóre z nich sami posiadamy. Jeśli o mnie chodzi, jak powiedziałem, przyjaciół lubię tym bardziej, jeśli mają słabości, o których możemy rozpowiadać.

„Zatem – stwierdziła pani … – przestaniesz czynić dobro innym”. Wspomniane osoby były wybitnymi osobowościami swojej epoki, a nie „ludźmi bez czci i widoków ”, i jak dotąd oddaliśmy im sprawiedliwość, choć dobrze, że nie słyszeli, co czasami o nich mówiliśmy. Nie martwię się tym, co ludzie mówią na mój temat, w szczególności za moimi plecami, lub kiedy wyrażają publicznie uwagi poparte rzeczową analizą i oceną. Jeśli jest w nich niechęć lub pogarda, odpowiadam na nie najostrzejszym jadem wylewającym się z mojego pióra.

Wyraz twarzy rani mnie bardziej niż wypowiadane słowa. Jeśli kiedykolwiek źle odczytałem ten wyraz lub sam z niego skorzystałem, kiedy nie powinienem, przepraszam za to. Twarz niezawodnie wyraża wszystko, a jestem za stary, by źle to rozumieć!… Odwiedzam czasami starych znajomych i za każdym razem postanawiam nie robić tego więcej. Nie odnajduję u nich gościnności, której dawniej z przyjemnością doświadczałem. Przekraczam próg, a upiór przyjaźni powraca i jest ze mną przez całą wizytę. Znajomi mają zestaw ugruntowanych poglądów i kilku nowych znajomych. Aluzje do wydarzeń z przeszłości są uważane za nieistotne, nie zawsze też spokojnie można poruszyć bardziej ogólne tematy. M. nie rozpoczyna już co chwilę rozmów od „Fewcett mawiał…”, jak dawniej miał w zwyczaju. To się zużyło. Dziewczynki dorosły i nauczyły się tysiąca nowych rzeczy. Dostrzegam zazdrość po obu stronach. Myślą, że uważam się za lepszego od innych, ja to samo myślę o nich. Za każdym razem pytają mnie, czy uważam pana Washingtona Irvinga za bardzo dobrego pisarza? Przysięgam, nie wrócę, dopóki nie otrzymam wspólnego zaproszenia na święta Bożego Narodzenia z panem Listonem.

Jedyna zażyłość, z której się nie wycofałem, i która nie zanikła, miała charakter czysto intelektualny. Nie było w niej fałszywej szczerości ani żałosnego oczekiwania ckliwego sentymentalizmu. Wspólni znajomi byli przez nas postrzegani głównie jako przedmiot rozmowy i wymiany wiedzy, a nie uczuć. Przyglądaliśmy się im jak eksperymentom na myszach lub jak przestępcom, którzy po ścięciu byli poddawani publicznej sekcji zwłok. Nie oszczędzaliśmy ani przyjaciela, ani wroga. Składaliśmy ofiarę z ludzkich słabości w świątyni prawdy. Po wyciśnięciu soków wyłaniał się szkielet charakteru człowieka, powiewający na wietrze jak muchy złowione w pajęczynę lub taki, który można zanurzyć w formalinie, by móc po niego sięgnąć w przyszłości. Ten zabieg okazał się tyleż piękny, co nowy. Żółć się nie wylewa, nic tak dobrze nie zachowuje się, jak wywar z wątroby. Wszystkim się w końcu zmęczymy, z wyjątkiem drwin z innych i satysfakcji płynącej z posiadanych przez nich wad.

Z tego samego powodu po pewnym czasie przestają podobać się nam nasze ulubione książki. Nie jesteśmy w stanie czytać bez końca tych samych dzieł. Nasze zauroczenie i fascynacja, nawet jeśli dotyczą jednej z muz, kończą się i przeradzają w obojętność, jeśli nie odrazę. Są książki, które rzeczywiście na początku wywołują piorunujące wrażenie swą świeżością i śmiałością w ogólnym zarysie. Po takie nie trzeba sięgać dwa razy. Te mniej ekstrawaganckie, zwracające uwagę i ekscytujące większą ilością szczegółów, nie wzbudzają wystarczającego zainteresowania, potrzebnego do podtrzymania naszego entuzjazmu. Popularność pisarzy odnoszących największe sukcesy odrzuca nas od nich. Zraża nas do nich obłuda i szum, jaki wywołują wokół siebie, to, że co chwila słyszymy ich imiona, że przyciągają masę niedouczonych i przypadkowych wielbicieli. Tak samo odstręcza nas wydobywanie bezwartościowych twórców z zapomnienia, aby uniknąć zarzutów o pretensjonalność i zły smak. O autorze uznanym przez wszystkich nie ma co mówić, a zachęcać do sięgnięcia po takiego, o którym nikt nigdy nie słyszał, jest niewdzięcznym i beznadziejnym zadaniem. Oddawanie boskiej czci Szekspirowi wydaje się rozpowszechnione w naszym narodzie. Sięgać po tom Chaucera, Spensera, Beaumonta i Fletchera albo Forda czy Marlowe’a wygląda na gorliwość i przesadne zajmowanie się własnymi uczuciami. Przyznaję, że wzbudza we mnie nienawiść do Sławy i Geniuszu, gdy takie dzieła „w samozatraceniu giną”, kiedy kolejne pokolenia głupców spędzają czas na czytaniu szmir ukazujących się na co dzień, a dystyngowane damy z pełną powagą rozmawiają ze swoimi służącymi o tym, czy wolą Raj utracony Miltona, czy powieść poetycką The Loves of the Angels Thomasa Moore’a. Jaką radość mi sprawiło, gdy pewnego dnia poszedłem do księgarni i zapytałem, czy mają jakieś szkockie powieści, a w odpowiedzi usłyszałem, że właśnie sprzedali ostatni egzemplarz Sir Andrew Wylie’a. John Galt, autor tego dzieła, również będzie zadowolony z tego powodu. Niektóre książki mają opinię nieświeżych i zwietrzałych, inne robaczywych i spleśniałych. Dlaczego nasze uczucia mamy pokładać w czymś, w co nie wierzymy, lub czym inni już dawno przestali się zajmować? Mam pewne obawy sięgnąć po Toma Jonesa, gdyż teraz może nie spełnić moich oczekiwań, a jeśli tak by się stało, niechybnie skłonny byłbym cisnąć go w ogień i już w życiu nie przeczytać żadnej powieści. Ale z pewnością można powiedzieć, że są dzieła, które podobnie jak natura nigdy się nie zestarzeją, bowiem poruszają zarówno wyobraźnię, jak i namiętności. Albo znajdują się w nich fragmenty, nad którymi, jak się wydaje, moglibyśmy rozmyślać przez całe nasze życie, a podniecające uczucie miłości i podziwu do nich nie niknie. Stają się nam najdroższe, zakochujemy się w nich do szaleństwa. Oto jeden z takich ustępów:

Siedząc w oknie
Przenosząc myśli na trawnik, pomyślałam, że
ujrzałem boga (ale byłeś to ty), wszedłeś w nasze drzwi;
Serce zaczęło być szybciej, krew
Krążyła w żyłach w rytmie
Oddechu; wtedy pospiesznie zostałem wezwany
By zająć się Tobą. Nigdy nie był mężczyzną,
Ten który z pasterza miał zostać królem, wyniesionym
Tak wysoko w myślach jak ja. Zostawiłeś ślad
Na mych ustach, który zamierzam zachować
Na zawsze jako pamiątkę Ciebie. Mowa twa
Piękniejsza była od śpiewu.

Fragment taki jak ten rzeczywiście pozostawia na podniebieniu słodki posmak, a kiedy go czytamy, wydaje się nam, jakbyśmy ucztowali z bogami. Ale gdy wracamy do niego często bez odpowiedniego nastroju, traci swój charakter, staje się mdły, „scedzone wino poezji, same tylko męty zostały ”. Albo, w odwrotnym przypadku, gdy sięgamy po te słowa, by podnieść wyjątkowość sytuacji, jak chociażby recytując fragment przyjacielowi lub gdy emocje jeszcze buzują po długim romantycznym spacerze, albo gdy „zabawiasz się z Amaryllis chowając się przed słońcem albo bawisz się puklami włosów Neaerei”, później tęsknimy za tymi okolicznościami zamiast skupić się na pozytywnej stronie tych wspomnień i żałujemy tego, co straciliśmy, na próżno starając się przywrócić „utraconą chwilę”, niekiedy w melancholii zastanawiając się nad wypełnieniem pustki, którą zostawiła. Przyjemność osiąga szczyt w chwili spokojnej samotności lub upajającej bliskości, po czym nieustannie opada. Stopniowo i nieuchronnie słabnie, pozostawiając po sobie raczej poczucie usatysfakcjonowania i znużenia…

„Czy w przypadku obrazów jest tak samo?” Muszę przyznać, że tak, a wyjątek stanowią te, które wyszły spod pędzla Tycjana. Nie wiem czemu, ale z jego pejzaży wydobywa się nieskazitelny powiew świeżości, jakby pochodziły z innych czasów, a wyrazu twarzy jego postaci nigdy nie da się zapomnieć. Niedawno doświadczyłem tego. Wśród surowych pustych pomieszczeń i powierzchownej atrakcyjności zdobień opactwa Fonthill znajduje się portfolio Galerii Obrazów Starych Mistrzów w Dreźnie. Kiedy otwierałem teczkę , ukazała mi się twarz młodej damy – dziecka, a już dojrzałej kobiety, łączącej w sobie wiejską niewinność i wdzięk księżniczki, o gołębich oczach, lekko rozchylonych ustach, śmiejącej się twarzy wyrażającej doznaną przyjemność, ze lśniącymi ozdobami w kręconych włosach i w bogato zdobionej, lecz niemodnej sukni podkreślającej jej młodzieńcze kształty. Była niczym rozwijające się pąki kwiatów wczesną wiosną.

Dlaczego nie przywołuję w pamięci stale tego obrazu delikatnej słodyczy, by na zawsze móc odgrodzić się od nieszczęść? Nie robię tego, ponieważ przyjemność, by ją osiągnąć, wymaga większego wysiłku umysłowego aniżeli ból. Z lenistwa odwracamy się od tego, co kochamy, by skierować się ku temu, czego nienawidzimy!

Co do moich dawnych opinii, mam ich serdecznie dość. Mam ku temu powód, ponieważ niestety dałem się im oszukać. Nauczono mnie myśleć, i byłem skłonny w to uwierzyć, że geniusz nie jest sprzedajny, cnota nie jest jedynie maską, wolność tylko słowem, a miejscem miłości jest ludzkie serce. Dziś niewiele by mnie obchodziło, gdyby te słowa zostały wykreślone ze słownika lub gdybym ich nigdy nie usłyszał. W moich uszach stają się kpiną i fantasmagorią. Zamiast patriotów i przyjaciół wolności widzę jedynie tyranów i niewolników, ludzi przykutych do władców łańcuchami posłuszeństwa i poczuciem fatalizmu. Widzę, jak głupota, łącząc się z nieuczciwością i niesprawiedliwością, przenika ducha wspólnoty i opinię publiczną. Widzę bezczelnego torysa, zaślepionego reformatora, tchórzliwego wiga. Gdyby ludzkość pragnęła tego, co słuszne, mogłaby zrobić to dawno temu. W teorii wszystko jest proste, ale ludzie mają skłonność do rujnującego komplikowania spraw, „nie są zdolni do żadnego dobrego czynu”.

Mogłem zobaczyć wszystko, do czego doprowadziły potężne pragnienia ducha i umysłu ludzi, a czego „świat nie był wart”, i poznać obietnice triumfu prawdy i dobra, które zaprzepaścił jeden człowiek, któremu tylko starczyło wyobraźni, by poczuć się królem, ale nie pojąć, w jaki sposób może być królem wolnego ludu. Widziałem jego zwycięstwo, które opiewali poeci, przyjaciele z lat mojej młodości i przyjaciele rodzaju ludzkiego. Zostali jednak porwani przez wzbierającą falę gniewu wypływającą ze szczytów władzy, która znosiła wszelkie podziały, nawet te, za którymi stały słuszne racje. Widziałem wszystkich, którzy nie przyłączyli się do schlebiania tym zniewagom i przemocy wobec potępionych ludzi, na których – by użyć określenia stosowanego przez nich i ich przyjaciół – polowano, by stało się jasne, że nikt nie może żyć według własnych zdolności lub zdobytej wiedzy, kto nie jest gotowy zaprzedać ich gatunkowi ludzkiemu i zaszkodzić słabszym jego przedstawicielom. „Dawniej to ukrywano, ale z czasem ujrzy światło dzienne”.

Echa wolności dało się usłyszeć ponownie w Hiszpanii, jeszcze raz wzeszła nadzieja w ludziach, ale jej świt został zatruty przez nieświeży powiew bigoterii, a ożywiające dźwięki zagłuszone przez nowe okrzyki płynące z ponadczasowych wież inkwizycji. Człowiek potrafi dostosować się w obliczu brutalnej siły, ale jeszcze bardziej w wyniku wrodzonego zepsucia i podłości własnej natury, która nie pozostawia miejsca ani na nadzieję, ani na rozczarowanie. Anglia, arcyreformatorka, bohaterska obrończyni gardłująca o wolność, mogąca oddziaływać na porządek międzynarodowy, przygląda się jedynie, nie dostrzegając nadciągającej zarazy i rozprzestrzeniającej się pleśni, oraz tego, że jej szkielet jest łamany i przerabiany na miał pod naciskiem żaren tego nowego kuriozum, jakim jest zasada nienaruszalności praw dynastii panującej.

Czy w życiu prywatnym nie widzimy odnoszących sukcesy hipokryzji, serwilizmu, samolubstwa, głupoty i zuchwałości, gdy zarazem coraz rzadziej spotykamy skromność, a cnota jest deptana? Jak często „cnotliwą miłość odzieramy z najpiękniejszego kwiatu, będącego jej istotą, by w jego miejsce zasadzić zarażoną roślinę”? Jaka jest szansa na sukces prawdziwej namiętności? Czy mamy pewność, że przetrwa? Patrząc na to wszystko, tak jak to przedstawiłem, i starając się rozplątać tę sieć ludzkiego życia, wydobywając z niej wątki podłości, złośliwość, bojaźni, braku uczuć i zrozumienia, obojętności wobec innych i niewiedzy na swój temat – widząc, jak obyczaj zwycięża nad dążeniem do doskonałości, przynosząc nam ujmę – pomyliłem się w publicznych i prywatnych nadziejach, mierząc innych swoją miarą i błędnie mniemając. Jeśli polegałem na kimś, zawsze się rozczarowywałem nieszczerą przyjaźnią, miłością z głupoty. Czy nie mam powodów do nienawiści i pogardy wobec siebie samego? Oczywiście, że mam, zwłaszcza za to, że niewystarczająco nienawidziłem świata i nim gardziłem.

Przełożył Piotr Górski

William Hazlitt (1778-1830) – angielski eseista i krytyk literacki.

Na ilustracji rycina Francisco Goi, To jest gorsze z cyklu Okropności wojny (nr 37), (CC0)

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa