JASNOWSKI: Pod ochroną słów

O przemocy w reżimie pisze się aby z niego wyjść. Paweł Jasnowski o najnowszej książce Herty Müller, "Moja ojczyzna była pestką jabłka"


Herta Müller, Moja ojczyzna była pestką jabłka. Rozmawia Angelika Klammer, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016


Jednym z głównych bohaterów prozy Herty Müller jest strach. W krajach bloku wschodniego został on wpasowany w otoczenie, wstrzyknięty w głowy obywateli. Produkcja strachu, powiada Müller, była „jedyną rentowną gałęzią socjalistycznej produkcji” (s. 114). W Rumunii, ojczyźnie autorki Nizin, jego centralą była Securitate. Służby zasiewały obłędny lęk, który ujarzmiał jednostkę, rzucał ją w samotność, szaleństwo albo śmierć. Müller po odrzuceniu oferty współpracy z Securitate, straciła posadę w fabryce, w której była tłumaczką (1979). Jako pisarka miała infiltrować swoje środowisko, definitywnie odmówiła.

W opowieści noblistki, z wydanego właśnie tomu rozmów (Moja ojczyzna była pestką jabłka) strach wślizguje się w codzienność. Dysydent zastaje w domu poprzestawiane krzesła. Je, myśląc, że jedzenie może być zatrute. Kiedy nocą ze schodowej klatki dobiega szum windy, nasłuchuje, czy zatrzyma się na piętrze, tuż przy mieszkaniu[1]. Życie toczy się w rytm indagacji. Dostaje się wezwanie i zaczyna się „mielenie”. A nazajutrz pochód na przesłuchanie. Choć to, w rzeczy samej, trwa cały czas, bo nie tylko wtedy kiedy człowiek zeznaje. „[przesłuchanie – przyp. P.J.] Wkrada się w rzeczy i dni, które na zewnątrz nie dają po sobie nic poznać (…). Nieodzowna ostrożność przenosi dzień na papier milimetrowy”[2]. W wewnętrznym lustrze umysłu podrygują „samobójstwa”, o których piszą w prasie. Bo tak właśnie państwo inscenizuje swoje zabijanie – wyrzucanie przez okno lub pod pociąg, zrzucanie z mostów lub wieszanie na stryczku. Od jego karnej ręki nie ma ucieczki. Wytresowanym psom każe „rozrywać uciekinierów na granicy i zostawiać ich tam, żeby chłopi podczas żniw znaleźli na polu zwłoki w stanie rozkładu”[3].

Strach o jakim mówi i pisze noblistka strąca ofiary na próg szaleństwa. O sobie (z najgorszego czasu) powiada tak oto:

To, że czasami przez pięć minut nie mogę odczytać godziny na zegarku, a potem znowu potrafię i nie pojmuję, dlaczego kilka minut wcześniej miałam wyłączony rozum. Że budzik na stole wydaje czasami odgłosy jak autobus, że wiem, że to budzik, a mimo to boję się wypadku. Że muszę zatrzymać budzik, ponieważ on chce być autobusem, a godzinę później znowu go nastawiam, ponieważ autobus zniknął[4].

**

Na początku był więc strach. Szykany, przemoc i osamotnienie. Bo im większy był terror, tym większe było opuszczenie. Nikt nie chciał ściągać na siebie uwagi, dlatego przed ofiarą schodziło się z drogi. Cena za opór była straszliwa, ale nie najwyższa. Stawiając go, pisarka nie traciła – jak sama mówi – wiele: nie została bowiem zabrana samej sobie (s. 59). Ten, kto składał podpis tracił właśnie siebie. Składając go, szpicel pozostał pozornie sobą, ale w domu, w lustrze oglądał dwie twarze. Cieszył się pewną pracą i pensją, ale nie miał na nie żadnej gwarancji. Jego gest zaś był nieodwołalny. Zdrada nie wchodziła w grę. Bezustannie zdradzał tylko siebie.


O mecenacie idei i filantropii w Polsce – nowy numer Res Publiki Nowej, „Złodzieje i filantropi”. Do zamówienia już teraz w naszej księgarni http://publica.pl/filantropia

2-15-TW-cov

Dla noblistki wybór był oczywisty. Dokonała go na poły jej prywatna historia. Przestrogą była rodzina, od której nie chciała uczyć się niczego. „Czy tego chcę, czy nie chcę, powiada, moja rodzina ciągnie się za mną po całym świecie, zabieram ją ze sobą w te miejsca, bo głowy nie można zostawić w domu. Nie muszę czuć się winna za mojego ojca, ale muszę o tym myśleć” (s. 35). Chcąc wyrzucać ojcu współpracę z SS (i poglądy, których nie zrewidował), nie mogła iść z nową władzą na kompromis. Wybrała siebie, za cenę szykan i strachu, z którym musiała się jakoś ułożyć.

**

Bo strach, by dało się w ogóle żyć (nie tylko w dyktaturze), trzeba uparcie oswajać. Lęk musi czasem (choć na chwilę) zniknąć. Nie da się znosić wyłącznie strachu. Jeśli przestaje to być możliwe, traci się rozum. Lęk, mówi Müller Angelice Klammer, znikał wśród przyjaciół, którzy przez bliskość skłaniali się nawzajem do wyciszania strachu. Jak?

(…) bawiliśmy się godzinami w rymowanie, śpiewaliśmy drukowane w gazetach przemówienia Ceausescu jak arie operetkowe. Rymy i piosenki infiltrują rozum. W dzieciństwie słyszałam w głowie muzykę dętą długo po powrocie z wiejskiego wesela, nawet gdy już leżałam w łóżku. Podobnie było teraz z naszymi operetkami i rymowankami. Kontynuowałam rymowanie następnego dnia, mruczałam pod nosem, wałęsając się po mieście. Rym nie popuszcza, buduje echo w skroniach, domaga się coraz to nowych rymów. Wleczesz z sobą wciąż nowe pary słów, słabe, bezsensowne rymy, miałam tego dosyć, byłam zmęczona i nie przestawałam. To chorobliwe rymowanie wykańczało, ale też nas chroniło. (s. 105)

Była w tym, jak powiada, konieczność, przymus. Był to rytuał, niby objaw obsesji. A trzymanie się utartej drogi rytuału broni człowieka przed lękiem[5]. Nie bez powodu bohaterka pisarki w czasie prześladowań szuka oparcia właśnie w precyzji rytuału. Wstaje prawa nogą, zawsze zakłada tę samą bluzkę i je orzech. Także Oskar Pastior – poeta, deportowany do Rosji, z którym noblistka pracowała przy powieści Huśtawka Oddechu – przekraczał próg, wsiadał do samochodu i wychodził z windy prawą nogą.

Rytuałem i narzędziem ochrony, poza którą znikał lęk, było także pisanie i czytanie:

Do czytania popychała mnie natarczywość lęków – mieszanka strachu przed życiem i strachu przed śmiercią. Służba bezpieczeństwa była moim stałym gościem, kiedy nie było mnie w domu[6].

Noblistka nie uważała się za pisarkę, pisała po to by się chronić: „Nie chciałam tworzyć literatury, lecz jedynie znaleźć jakieś oparcie” (s. 37). I odnalazła je w zdaniach. „Uroiłam sobie, że pod opieką zdań będę trochę lepiej wiedziała, jak żyć. Zdania wcale mnie nie oszczędzały, ale praca, jaką w nie wkładałam, dawała mi oparcie” (s. 39). Pisanie było ananke, egzorcyzmem, magicznym gestem, który chronił przed uczuciem lęku. Kompulsywnie puszczane w obieg słowa – reakcją obroną umysłu. Jego odciążeniem, wyładowaniem.

(…) muszę mówić chyba też o opiece, nie wiem bowiem, czy nie byłabym bezlitośniej wydana na pastwę tego, co przeżyte, gdyby słowa, choć tak ciężkie do znalezienia, nie przychodziły mi z pomocą. (s. 185)

Ów mechanizm usiłuje ugrać formę autonomii wobec tego co dusi. Obsesyjna myśl ulega rozproszeniu. Choć wyzwolenie, które ugrywa, nie jest trwałe. Literatura nie ocala (raz i na zawsze), lecz odciąża myśl. Pokrywa „amok w głowie”, zagaduje. Noblistka powiada o tym tak oto:

Nieustannie nasłuchiwałam, szukałam piękna, czekałam, aż się pojawi. Myślę, że nauczyłam się estetyki i była ona dla mnie samej sprawdzianem. Dzięki niej uspokajałam nerwy i poskramiałam strach (s. 71).

Ów moment sprawia, że podmiot nie zamyka się w sobie, nie wpada w siebie . Pisarka nie zasklepiła się w milczeniu, które znała aż nadto dobrze. Udzieliła głosu krzyczącemu:

W moim przypadku można by zawsze mówić czytać, lesen zamiast żyć, leben, i tak różnią się tylko jedną literą. Tak jak tylko jedną literą różnią się po niemiecku pisanie, schreiben, od krzyczenia, schreien[7]

Literatura wystawia na ów krzyk, nieustannie go inscenizuje. A ponieważ, jak się rzekło, poszerza pole autonomii, sypie piaskiem w szprychy systemu, który usiłuje zagarnąć wszystko. Pisanie (w ogóle sztuka) sieje zbędny, szkodliwy ferment. A system potrzebuje rutyny, stabilnego kiczu, „upartego obstawania przy swoim, podającego się za dobro” (s. 46-47). W świecie tak siebie pewnym, powiada Müller, na sztukę nie ma miejsca. „Dla ojczyźnianych kontrolerów i gwarantów poczucia wspólnoty liczy się jedno: ma być tak, jak było zawsze, żeby tak już pozostało” (tamże). To, czego system nie może zagarnąć, wchłonąć bez reszty, osłabia go – dlatego jest wzbronione. Możliwy jest tylko pusty, prostacki, opatrzony państwową pieczęcią kicz. Ponieważ w Rumunii np. muzyka ludowa zwracała się do jednostki, opiewając szczęście, trzeba było jej zakazać. Ta miała roztopić się w masie. „Ja” wzięto w nawias, by władać mogło, abstrakcyjne, arbitralne „my”. To m.in. dlatego pisało się , by „uzyskać pewność co do samej siebie” (s. 37), by stawić opór masowemu obłędowi. Dać się zagarnąć oznaczało dać się unicestwić, zakrzepnąć w arbitralnym kształcie. Autorka Huśtawki oddechu (wychowaną wśród mniejszości niemieckiej) znalazła się w pułapce dwu ideologii, i „ministerstw uczuć”. W jednym – powiada – rządził rumuński reżim, w drugim – monachijskie ziomkostwo. Oba były równie zakłamane[8] i wrogie sztuce.

Ojczyźniani ideolodzy nie mogą sobie wyobrazić, że można kochać rzeczy, których nie da się znieść, że miłość i przesyt mogą być tym samym, że są rzeczy pomiędzy, które składają się z czegoś innego, niż jest się w stanie opisać. Ziomkostwo było swoistym ministerstwem uczuć ojczyzny. To, co nie było przewidziane w ich rejestrze uczuć, uchodziło za „kalanie własnego gniazda”. (…) Dozwolone ojczyźniane uczucia były stereotypami, kiczowatymi gotowcami. Pod względem treści tak zakłamane, a literacko tak nieużyteczne jak uchwały partii. (s. 45)

Pisanie i pisarzy potraktowano jak rodzimy folklor, który okazał się tak krnąbrny i subwersyjny[9], że nie dał się przeorać i zmienić w narzędzie władzy. Literatura jak folklor czyniła wyłom. A system nie znosi odstępstw. Każdy musi być uwikłany, podłączony – pod kontrolą. Sztuka mu grozi, bo nie wpada w jego szprychy, przebija jego sztywną skorupę i język. Nie znosi go, ale nieustająco podminowuje.

**

U noblistki pisanie nie jest gotową receptą, lecz „przenośną kryjówką”. Piszący i czytający nie ocalają się. A w każdym razie ich „ocalenie” jest nietrwałe i niepewne. Oba gesty – pisarski i czytelniczy – nie przynoszą trwałych zmian (ale czy te są w ogóle możliwe?), trzeba je beznadziejnie powtarzać. Istotny jest sam ruch; nie ujście, lecz rytualny krok – w rytmie i pod ochroną słów.

[Myślałem – P.J.] czy nie usłyszę kroków zbliżających się do moich drzwi. Czy może jednak nie zabiorą mnie teraz, lecz dopiero jutro, za dnia. Wtedy nie będzie tak źle, wtedy wzywają tylko na przesłuchanie, możesz sama pójść przez park, po drodze możesz nawet w takt kroków głośno wyrecytować wiersze w strach[10].

Bezruch, to z jednej strony depresja lub obłęd, a z drugiej – to zastygnąć, zakrzepnąć w jednym (opresyjnym) kształcie. Pisanie ożywia, wyzwala życie tam, gdzie jest uwięzione. W pisaniu nie ma działania w sensie potocznym. Jest działanie językowe. Akty językowe i myślowe działają inaczej. Jak ujął to Adam Lipszyc – otwierają drogi tam gdzie, wydaję się, że ich nie ma:

Cały pożytek z myślenia i pisania zawsze polegał właśnie na tym. Jeżeli coś można zrobić bez myślenia, no to rzeczywiście, trzeba pójść i zrobić. Tylko że tych najważniejszych rzeczy zrobić się w ten sposób nie da. Trzeba najpierw otworzyć jakieś ścieżki, dziury w powietrzu albo dziury w ścianie, gdzie się wydawało, że nie ma żadnego portalu w inne światy. Te najważniejsze przejścia – wielkie zmiany społeczne, wielkie zmiany w doświadczeniu, w naszych perspektywach to są akty nierobów: filozofów i pisarzy[11].

O przemocy w reżimie pisze się więc m.in. po to, aby z niego próbować (okrężną drogą i inaczej) wychodzić, ale także po to, aby mogli wejść do niego inni. Gest pisarski jest i po to, by dać pojawić się temu, co umyka słowom, a o czym, mimo to, uparcie – trzeba opowiedzieć. Pisać i czytać, to poza wszystkim także wiedzieć, a być może – dokonać wyboru.


PAWEŁ JASNOWSKI, judaista, krytyk, doktorant IV roku Instytutu Judaistyki UJ. Zajmował się m.in. twórczością Georges’a Pereca i Thomasa Bernharda.  Swoje rozprawy ogłaszał m.in. w „Tekstach Drugich”, „Pamiętniku Literackim”, „Kwartalniku Historycznym” i „Scripta Judaica Cracoviensia”. Swe szkice i recenzje publikował m.in. w „Znaku”, „Res Publice Nowej”, „Twórczości”, „Nowych Książkach”, „Odrze”, „Midraszu”, „Tygodniku Powszechnym” i „Polityce”.


[1] H. Müller, Nadal ten sam śnieg, i nadal ten sam wujek, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec 2014, s. 67-68

[2] H. Müller, Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, s. 136

[3] Tamże, s. 49

[4] Tamże, s. 148

[5] A. Kępiński, Psychopatologia nerwic, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 68.

[6] H. Müller, Nadal ten sam śnieg…, s. 67-68

[7] H. Müller, Nadal ten sam śnieg…, s. 68, pisał o tym także G. Jankowicz, zob. tegoż Uchodźcy z ziemi Urlo, Wydawnictwo EMG, Kraków 2015, s. 119

[8] Całkowicie zakłamana została m.in. faszystowska przeszłość i rumuńskie kierownictwo obozów koncentracyjnych. „Rumuni wykonywali swoją pracę solidnie i zbierali pochwały od nazistów. Rumuński faszyzm miał własny, połyskujący tanim blaskiem, grząski, religijno-narodowy język. Cerkiew dobrze odnalazła się w faszyzmie. Śmierć była wprawdzie «mistrzem z Niemiec» lecz w Rumunii znalazła gorliwego ucznia. Dotąd jest to w Rumunii (…) przemilczane i zakłamane” (s. 91)

[9] Inaczej np. niż w Trzeciej Rzeszy

[10] H. Müller, Nadal ten sam śnieg…, s. 67-68

[11] Lipszyc: Celan język i Zagłada (Adam Lipszyc w rozmowie z Martą Olesik), http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/kultura/20131117/lipszyc-celan-jezyk-i-zaglada (dostęp: 12.09.2016)

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa