Smoleń: Brexit jako bełkot suwerena

Nie każde referendum jest udanym wyrazem woli demosu. Gdy nie wiadomo, o co toczy się spór, demokratyczne społeczeństwo wychodzi z takiego procesu słabsze


Nie każde referendum jest udanym wyrazem woli demosu. Gdy nie wiadomo, o co toczy się spór, demokratyczne społeczeństwo wychodzi z takiego procesu skonfundowane i słabsze. I nie chodzi tu tylko o niekompetencję, choć i ona w oczywisty sposób ogranicza zdolność obywatela do świadomego uczestnictwa w życiu społecznym. Płynące na fali ogólnego rozżalenia media chętnie pokazują kompromitujące wypowiedzi brytyjskich wyborców. Brexit okazuje się, jak mówi Borys Jastrzębski, „plebiscytem, w którym udział wzięło całe mnóstwo ludzi bez najmniejszego pojęcia o tym, o co w ogóle toczy się gra”. Autor prowokacyjnie podsuwa propozycję uzależnienia wagi głosu od wyniku testu z wiedzy dotyczącej danego zagadnienia, mniej kontrowersyjne — choć z pewnością spóźnione — byłoby zadbanie o wyższą jakość szkolnej i publicznej edukacji obywatelskiej.

Odpowiem również prowokacyjnie: ja sam nie wiedziałbym, o co toczyła się gra. Na co bowiem miałbym głosować, jeżeli chciałbym jak najszybszego odejścia ostatniego gentlemana neoliberalizmu, Davida Camerona? W jaki sposób mogę wyrazić niechęć wobec bieżącej polityki Unii Europejskiej, która broni moich praw jako obywatela i konsumenta, ale niekoniecznie jako pracownika? A co, jeżeli chciałbym zaprotestować przeciwko temu, że pewne koszty wolnego handlu i wolnego przepływu ludzi spycha się na najsłabszych, podczas gdy wyższe warstwy korzystają z tańszych usług i towarów? Na co, jeżeli nie lubię brukselskiej biurokracji, ale brzydzę się rasizmem? Co jeżeli nie chcę mieć nic wspólnego z okrutną polityką ochrony granic? Niektórzy Szkoci mogli stanąć przed dylematem — w końcu odejście Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej oznacza, że ich rodacy mogą następnym razem wybrać niepodległość. Z mniej egzotycznych sytuacji: co mieli zrobić zwolennicy przywódców dwóch głównych partii, Camerona i Jeremy’ego Corbyna, podejrzewający na podstawie ich długoletniej działalności politycznej, że w istocie sprzyjają oni wyjściu ze Wspólnoty — słuchać obecnych, cokolwiek niemrawych i być może wymuszonych pragmatyką relacji międzynarodowych, deklaracji, czy może pozostać wiernym ugruntowanym poglądom eurosceptycznym?

Główny problem z referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie polega na przerastającej głosujących merytorycznej komplikacji sprawy, ale na otaczającym go absolutnym chaosie komunikacyjnym i strategicznym. Potraktujmy bowiem na poważnie przekonanie, że referendum jest pewną formą wypowiedzi demosu. Aby taka komunikacja była skuteczna, spełnionych musi zostać szereg czynników. Trywialnym elementem jest zrozumiałość i przejrzystość zarówno pytania, jak i odpowiedzi. Inne kwestie to te związane z teorią gier — referenda choćby i w Polsce są obarczone krytyczną wadą w postaci wymogu frekwencji, który sprawia, że osoby występujące przeciwko poddanej pod społeczny osąd propozycji skazane są na trudny wybór: zagłosować na „nie” czy zostać w domu? Przy okazji kolejnych referendów pojawiają się moralizatorskie wezwania do oddawania głosu niezależnie od tego typu kalkulacji, ale wydają się one bądź nieszczere, bądź nieadekwatne: wina nie leży po stronie indywidualnego obywatela, ale zepsutego systemu, który utrudnia mu jednoznaczną komunikację swojego stanowiska za pomocą aktu wyborczego.

Nawet spełnienie tych „technicznych” warunków, leżących po stronie organizatora, nie oznacza jeszcze, że referendum okaże się prawdziwym świętem demokracji. W przypadku Brexitu pytanie postawione było jasne, a sposoby odniesienia się do propozycji — jednoznaczne. Społeczny chaos, który zapanował po powodzeniu inicjatywy, stosunkowo liczne głosy niezadowolenia i goryczy, płynące ze strony wyborców zwycięskiej strony, wskazują jednak na to, że doświadczenie to nie było satysfakcjonujące. Problem z referendum polega bowiem na tym, że jego materia nigdy nie redukuje się do bezpośrednio postawionego pytania. Zdania wyrwane z odpowiedniego dyskursu niewiele same w sobie znaczą. Dobre referendum to takie, które odzwierciedla poważne pytania i dylematy, przed którym stoi społeczeństwo. W przypadku Brexitu, wizje lewicowych zwolenników „tak” i „nie”, nawet wizje współpracy w ramach europejskiej wspólnoty, miały więcej wspólnego ze sobą nawzajem, niż było im czy to do neoliberalnych zwolenników „Remain”, czy to rasistowskich entuzjastów „Leave”. W takim przypadku dwuwyrazowy język „tak” i „nie” jest nie tylko uproszczeniem, ale prowadzi do kompletnego rozsadzenia dyskusji: nie wiadomo, co oznaczają poszczególne wybory. Wynikiem nie jest wyrok demosu czy nawet jego większości, ale bezsensowna kakofonia, która nikogo tak naprawdę nie satysfakcjonuje.

Prawdziwie udane referenda należą do rzadkości. Pomimo uroku demokracji bezpośredniej, często okazuje się, że bliższe demokratycznego ideału są zwykłe wybory przedstawicieli, w których opowiadamy się za bardziej skonkretyzowanymi wizjami przyszłości państwa —  wydaje się, że pomimo wszystkich problemów, takich jak niska frekwencja, Polacy całkiem dobrze zrozumieli opcje dostępne podczas jesiennych wyborów i dokonali wyboru nieźle odzwierciedlającego przeważające wśród nich opinie. Po niespełna roku trudno dopatrzyć się odpowiednika Bregretu czy zażenowania, jakie czuliśmy po farsie wrześniowego referendum, rozsądnie zbojkotowanego przez społeczeństwo. Lepsze formy demokracji bezpośredniej to zaś różne formy konsultacji społecznych, szczególnie na poziomie lokalnym.

Winę za fiasko Brexitu, także jako wyrazu demokracji, ponoszą przede wszystkim partyjne elity Wielkiej Brytanii z Davidem Cameronem na czele. Ustępujący przywódca Partii Konserwatywnej przejdzie do historii jako osoba, która w imię partyjnych układów osłabiła brytyjskie państwo i brytyjską demokrację. Uważam, że tak ustawione referendum w ogóle nie powinno się odbyć: Brexit nie oznaczał żadnej spójnej wizji przyszłości kraju, wobec której ustosunkować by się mogli obywatele. To ostatecznie nie ich wina, że nie wypowiedzieli się mądrze, gdy niejako nie podsunięto im sensownego języka. Można wyobrazić sobie sytuacje, w których analogiczne pytanie mogłoby mieć sens, np. na fali masowego powodzenia nowej partii politycznej, która chciałaby radykalnie przemeblować państwo poza zakorzenionymi ideologicznie strukturami Unii Europejskiej. Referendum rzeczywiście umożliwiłoby społeczeństwu wypowiedzenie się na ten temat.

Brexit nie był niczym takim, a ze skutkami tego wielkiego nieporozumienia także i my będziemy się musieli mierzyć przez kolejne dekady.

Fot. najczęstsze zapytania w wyszukiwarce firmy Google na terenie UK po ogłoszeniu wyniku referendum | Google Trends

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa