Zarządzanie przez sąsiedztwo

Rozwój Partnerstwa Wschodniego (PW) został uznany za jeden z głównych celów polskiej prezydencji. Podsumowując jej rezultaty, warto zastanowić się nad tym, jaka koncepcja Unii Europejskiej wyłania się z Partnerstwa Wschodniego. Co więcej, wydaje się, że […]


Rozwój Partnerstwa Wschodniego (PW) został uznany za jeden z głównych celów polskiej prezydencji. Podsumowując jej rezultaty, warto zastanowić się nad tym, jaka koncepcja Unii Europejskiej wyłania się z Partnerstwa Wschodniego. Co więcej, wydaje się, że niesie ono także w sobie ważny kod kulturowy dotyczący Polski i wyobrażeń o naszym miejscu w Europie.

Paradoksalnie, o wiele więcej jesteśmy w stanie dowiedzieć się o pomysłodawcach owego przedsięwzięcia, czyli m.in. także o Polsce, jak i o samej Unii Europejskiej, niż o krajach objętych Partnerstwem Wschodnim.

Wspólnota wartości czy paternalizm?

Unia Europejska dumnie określa Partnerstwo Wschodnie jako „historyczną szansę” dla Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, Mołdowy, Białorusi i Ukrainy. Oczywiście, nie należy się dziwić takim wzniosłym wyrażeniom, bowiem Unia Europejska określa w podobny sposób większość swoich inicjatyw. Stanowi to oczywisty przejaw europocentryzmu i daje wyraz powszechnemu w Europie przekonaniu o uniwersalności „drogi europejskiej”. Unia Europejska uznaje za podstawę współpracy z tymi krajami „wspólne unijne wartości”. Chodzi o „wolność, demokrację, rządy prawa i respektowanie praw człowieka”. Przyjmuje więc, że są one wspólne dla krajów UE i jej wschodnich sąsiadów, ale jednocześnie zakłada brak tychże wartości w krajach objętych Partnerstwem Wschodnim. O jakiej wspólnocie możemy więc mówić? Co więcej, w ramach PW uznaje się, że kraje objęte tymże programem są „europejskie nie tylko w sensie geograficznym, ale także historycznym i kulturowym”. Jednakże od Unii Europejskiej odróżniać ma je przede wszystkim „stopień rozwoju gospodarczego i poziom demokracji”.

Mamy więc do czynienia z niespójnym rozumieniem owej „wspólnoty wartości”. Jedna strona „partnerstwa” ustawia się w roli wzorca, a druga strona niejako z definicji od niego odstaje. Co więcej, jak czytamy w oficjalnym dokumencie polskiego rządu, przestrzeganie owych wartości „przyniosło Europie najdłuższy okres pokoju i dobrobytu w dziejach ludzkości. Unia Europejska chce się podzielić tym sukcesem”. Za takim oficjalnym zwrotem kryje się więc także rodzaj pretensjonalnej autopromocji UE. W efekcie, w wyobrażeniach Unii Europejskiej, Parnterstwo Wschodnie miałoby być więc dla Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, Mołdowy, Białorusi i Ukrainy czymś więcej niż tylko zwyczajnym programem współpracy sąsiedzkiej. To cywilizacyjna szansa!

Granica między Azją a Europą, (CC BY 2.0) by jcb2u

Utopia dyfuzjonizmu

W ramach Partnerstwa Wschodniego UE oferuje więc wsparcie we wprowadzaniu „zaawansowanych reform”. Rezultatem ma być „prawdziwy skok cywilizacyjny i osiągnięcie w przyszłości stabilizacji, bezpieczeństwa i dobrobytu porównywalnego z Europą Zachodnią”. Unia Europejska uznaje zatem, że instrumenty proponowane w ramach PW są tak atrakcyjne, że „kraje partnerskie” od razu zdecydują się na „modernizację gospodarki i budowę demokratycznych instytucji”. Chodzi m.in. o wprowadzenie ruchu bezwizowego i utworzenie stref wolnego handlu. Dzięki PW kraje te otrzymają niezbędne wsparcie dla reform i modernizacji. W efekcie dojdzie do „szybkiego usunięcia dysproporcji w rozwoju między Zachodem a krajami Europy Wschodniej”. W takim podejściu zawarte jest myślenie w kategoriach dyfuzjonizmu europejskiego. Jest ono oparte na przekonaniu, że tylko Europa rozwija się i modernizuje w sposób naturalny oraz dokonuje zmian na lepsze. Europa po prostu zmienia świat poprzez dyfuzję swojego modelu politycznego, społecznego i gospodarczego.

Co więcej, nie należy się także spodziewać, że nie-Europa jest zdolna sama się zmienić, stać innowacyjna i postępowa, chyba, że Europa przyjdzie jej z pomocą. Nie-Europa nie zmienia się i nie zmienia świata. Partnerstwo Wschodnie oferuje wsparcie z zewnątrz w „budowaniu demokracji i wolnego rynku”. Oczywiście, UE nie jest naiwna i zdaje sobie sprawę z lokalnych uwarunkowań, które blokują powstanie demokracji i wolnego rynku z prawdziwego, europejskiego zdarzenia. Jak czytamy w oficjalnych dokumentach „do zmierzenia się z tym wyzwaniem konieczna jest też odpowiednia motywacja”. Unia Europejska bierze więc na siebie zadanie „motywowania” swoich wschodnich sąsiadów do ciężkiej pracy, dzięki której będą oni mogli – być może – w przyszłości stać się tak samo europejscy jak Unia. Musi ona zatem zaoferować swoim wschodnim „partnerom” taki rodzaj działań, który przekona ich do podjęcia „ambitniejszych reform”. „W przeciwnym razie region będzie wciąż narażony na różnego rodzaju kryzysy, z którymi nie będzie w stanie sobie poradzić”. Widzimy więc wyraźnie, że Nie-Europa nie da sobie sama rady bez wsparcia Europy.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa