Wnieść do ratusza nowe myślenie

O złych przyzwyczajeniach ratusza, alternatywach, środowisku miejskich aktywistów i wyborach samorządowych z Grzegorzem Piątkiem, architektem i krytykiem architektury, współtwórcą Centrum Architektury i byłym naczelnikiem Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej warszawskiego ratusza rozmawia Artur Celiński. AC: Przez moment […]


O złych przyzwyczajeniach ratusza, alternatywach, środowisku miejskich aktywistów i wyborach samorządowych z Grzegorzem Piątkiem, architektem i krytykiem architektury, współtwórcą Centrum Architektury i byłym naczelnikiem Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej warszawskiego ratusza rozmawia Artur Celiński.

AC: Przez moment byłeś naczelnikiem do spraw estetyki w warszawskim ratuszu. Wygrałeś konkurs w atmosferze wielkiego entuzjazmu. Kilka miesięcy później zrezygnowałeś, obnażając tym samym sposób podejmowania decyzji w urzędzie. Czy w momencie podejmowania decyzji byłeś przekonany, że tym razem będziesz miał realny wpływ na rzeczywistość i zmienisz Warszawę?

GP: Tak, miałem przez krótki czas takie przeświadczenie. Oczywiście miałem też świadomość kontekstu – przecież wszystko działo się przed referendum. Myślałem jednak, że może to być rodzaj transakcji, w której ja daję wizerunek i wiarygodność, a dostaję swobodę oraz narzędzia do działania i wprowadzania pozytywnej zmiany.

AC: Ktoś z ratusza mówił ci przed podjęciem decyzji, że to rzeczywiście możliwe?

GP: Wszystko działo się dość szybko i nie było czasu do namysłu, ale pytałem parę osób w ratuszu i otrzymałem zapewnienia, że „tak, to jest na poważnie” i razem będziemy robić wielką zmianę.

AC: Czy będąc w ratuszu zobaczyłeś, jak od wewnątrz wygląda przeprowadzanie tej wielkiej zmiany?

GP: Myślę, że w ratuszu mamy generalnie do czynienia z dwiema prędkościami radzenia sobie z wyzwaniami i problemami. Jeden tor jest bardzo biurokratyczny, powolny, ostrożny, każda kwestia musi przejść przez procedury. W ten sposób załatwia się większość spraw. Jest jednak także tor szybki – decyzje zapadają raptownie, są konsultowane telefonicznie i dotyczą zwykle bardzo gorących tematów – kwestii ważnych wizerunkowo, nagłych i palących.

AC: Czy było widać, że referendum jest taką właśnie nagłą i palącą zmianą, w której wielkie reformy buduje się przez telefon? Czy po zwycięskiej walce o Warszawę Hanny Gronkiewicz-Waltz kontynuowano te dążenia?

GP: Odszedłem miesiąc po referendum, więc ciężko mi stwierdzić. Oczywiście sam okres referendalny był ogromną mobilizacją, chociaż lepiej to widzę z dzisiejszej perspektywy.

AC: Co sprawiło, że przestałeś wierzyć w swoją sprawczość?

GP: Pierwszym dzwonkiem alarmowym była sprawa wyboru nowego modelu tramwaju – została mi przypisana jakąś decyzja, z którą nie dość, że się nie zgadzałem, to jeszcze miałem z całą sprawą mało wspólnego. Decyzja zapadła w innym miejscu, wizualizację dostałem SMS-em w atmosferze ogromnego pośpiechu, a moja negatywna opinia i tak nie została wzięta pod uwagę. Nie było tu też żadnej formalnej ścieżki. Ta drobnostka pokazuje wszystkie patologiczne strony tej sytuacji – decyzje podejmowane są w równie niefachowy, co nieprzejrzysty sposób. Za wyborem stała chęć, aby nowy model tramwaju maksymalnie różnił się od starego. W ten sposób warszawiacy łatwiej mieliby zauważyć nowy zakup.

AC: Nie miałeś ochoty już wtedy głośno uderzyć w stół i odejść, zamanifestować wizerunkowość tej decyzji?

GP: Wykonałem kilka nieprzyjemnych telefonów, chcąc pokazać, że nie będę się godził na takie działania. Obiecano mi, że coś się zmieni. Nie zmieniło się. Wkrótce wyszła sprawa banerów na Pałacu Kultury i Nauki. Mimo że zostały przyjęte zasady postępowania w tym zakresie, jest zespół opiniujący, któremu zacząłem przewodniczyć i proces decydowania jest teoretycznie jasny, to istnieje paragraf, który daje prawo podejmowania ostatecznej decyzji Prezydentowi Miasta, czyli tak naprawdę gabinetowi. Efekt był taki, że jesienią na elewacji ciągle coś wisiało – bo prosiły instytucje czy osoby, którym się nie odmawia. Ta sprawa przesądziła. Uznałem, że nie warto dalej ładnie się uśmiechać i udawać, że jest nam razem po drodze. Nie da się budować nowej, wyższej jakości, bazując na tak złych nawykach. Nie miałem moralnego prawa pouczać o estetyce, reprezentując instytucję, która sama bez skrępowania obwiesza się banerami, nagina zasady zamiast świecić przykładem.

@footprints.mika / flickr.com
@footprints.mika / flickr.com

AC: Środowiska miejskich aktywistów entuzjastycznie podeszły do twojej nominacji na szefa estetyki. Twoje odejście, ukazujące powyższe problemy, spotkało się z być może jeszcze większym uznaniem. Czy ta cała sytuacja może nas czegoś nauczyć? Bo patrząc na urząd, nie widzę, żeby kogoś to wzruszyło…

GP: Tę lekcję można było niestety przewidzieć, ale mądry Polak po szkodzie. Wniosek jest prosty – jedna jaskółka wiosny nie czyni. Nawet jeśli jedna osoba dostanie się do wnętrza machiny decyzyjnej, to prędzej zostanie przez nią zmielona niż sprawi, że nagle zacznie ona inaczej działać. W środku przecina się tyle poglądów, interesów, zależności. Jedna osoba, zwłaszcza nowa, bez mocnych pleców, tego nie zmieni. Nieszczęście Warszawy polega na tym, że lokalna polityka jest silnie upartyjniona. Hanna Gronkiewicz-Waltz, tak jak przedtem Lech Kaczyński, musi myśleć o interesie swojej partii. Radni opozycyjni grają w tę samą grę.

AC: Czy twoja ocena nie jest zbyt surowa? Spójrz – z roku na rok mamy coraz więcej narzędzi partycypacyjnych, teraz będziemy mieli nawet budżet obywatelski (choć marnej jakości). „Gazeta Wyborcza” od dwóch lat zaczyna się poważnie interesować tym, jak funkcjonuje miasto, a ratusz wchodzi w niespotykany wcześniej dialog społeczny. Gdy zaczynałem pracę dla „Res Publiki Nowej” wszystko wyglądało znacznie gorzej. Może twoja przygoda z ratuszem była po prostu wypadkiem przy pracy?

GP: Rzeczywiście, refleksja nad miastem jest coraz bardziej powszechna. Ale nie oszukujmy się – dalej jest elitarna. Jeśli zaś chodzi o to, jak władza podchodzi do partycypacji – jest o niebo lepiej, ale to są wciąż ci sami ludzie, których wybraliśmy siedem lat temu. Z jednej strony nieustanie się uczą, wprowadzają nowe narzędzia, z drugiej martwią się, co zrobić, jeśli wynik konsultacji będzie nie po ich myśli. Przeczytajmy sobie Koszmar Partycypacji, albo jeszcze lepiej – wstęp Kacpra Pobłockiego, który jest ciekawszy niż sama książka. Znajdziemy tam opis partycypacji, która łatwo staje się tarczą, dzięki której władza może tym bardziej i tym dłużej robić to, co chce. Wybiera się tematy, które się konsultuje – również biorąc pod uwagę obszary zainteresowania mediów i najbardziej głośnych aktywistów. W tle zostają obszary, które są równie ważne, a może nawet ważniejsze. Nikt się nimi nie zajmuje i tam sprawy zostają po staremu. Partycypacja może być jak listek figowy, pozwala skanalizować niezadowolenie na wspólne roztrząsanie wybranego problemu, ale nie rozwiązuje problemów z demokracją. Pozwala rozmyć odpowiedzialność polityków za decyzje.

AC: Partycypacja przynajmniej w teorii niesie za sobą obietnicę – im jej więcej, tym lepiej dla demokracji. Ja osobiście mam wrażenie, że to już dawno przestało być prawdą. Ale wciąż trzeba się starać. Nie żałujesz, że odpuściłeś? Nie żałujesz, że nie zacisnąłeś zębów, gdy zobaczyłeś, że nikt się z twoją opinią na serio nie liczy? Może trzeba było dać sobie rok, dwa?

GP: To byłoby nieuczciwe i najprawdopodobniej nieskuteczne. Jestem pojedynczą osobą. Nie jestem partią. Nie reprezentuję żadnego wpływowego środowiska ani lobby. Nie jestem graczem.

AC: Ale stawką jest dobro Warszawy, jej mieszkańców i użytkowników.

GP: To nie takie proste.

Zapraszamy do księgarni!
Zapraszamy do księgarni!

AC: Patrząc na entuzjazm towarzyszący twojej nominacji i uznanie przy rezygnacji, można jednak zaryzykować tezę, że w tamtym momencie reprezentowałeś dużą część środowiska aktywnych mieszkańców tego miasta. Ludzie autentycznie się cieszyli. Ufali ci i popierali twoje decyzje.

GP: To było bardzo krzepiące. Tylko że za takim poparciem nie idzie realny wpływ. Zostając naczelnikiem, myślałem, że dostanę swoje pole do zaorania i będę orał. Ale okazało się, że pod mój pług cały czas trafiają przeszkody, a ja jestem zbyt mały, aby je usuwać. Pytałeś o to, czy nie mógłbym zostać dłużej, że może z czasem mógłbym coś osiągnąć. Rok przedwyborczy byłby pewnie najgorszą okazją na takie kalkulacje. To przecież okres malowania trawy na zielono, szybkich strzałów i przykrywania wszystkiego, czego przez ostatnie lata nie udało się sensownie zrobić. To nie jest czas na długofalowe działanie, tylko kilka miesięcy reagowania na to, co napisze „Gazeta” albo wypluje Facebook.

AC: Praca w urzędzie nie. Partycypacja często fasadowa. Dyskurs dla elit. To co zostaje?

GP: Myślę, że ja już sugerowałem w swoim pożegnalnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że taka szarża, jaką ja wykonałem, nie jest skuteczna i jeśli ktoś liczy na zmianę, to potrzebne jest stworzenie reprezentacji, która nie byłaby partią, ale umiałaby przygotować konstruktywny pomysł dla tego miasta i wystartować w wyborach. Bo tragedią Warszawy jest to, co pokazuje dobrze casus Platformy, a wcześniej PiS. Stołeczny ratusz jest traktowany jako trampolina do kariery krajowej, albo przedłużenie krajowej, upartyjnionej polityki. Jak na Wiejskiej rządzi ta sama ekipa, co na Placu Bankowym, to jedne władze grają na drugie. Jak Warszawą rządzi opozycja, to gra przeciw władzy centralnej. Stolica jest rozgrywana przez partie i służy często partyjnemu interesowi. Tyle że nie sądzę, aby w tych wyborach dało się odebrać Warszawę partiom.

AC: Dlaczego nie?

GP: Myślę, że to Platforma Obywatelska ma najlepsze rozeznanie w tym, czego oczekuje mainstreamowy elektorat warszawski. Dobrze wyczuwa granicę niezadowolenia, wie, które środowiska czym udobruchać, a czym postraszyć, komu można się narazić, a komu lepiej nie. Myślę, że szansa na przejęcie władzy przez nową ekipę przyjdzie wtedy, gdy poziom niezadowolenia warszawskich mieszczan będzie wyższy niż dzisiaj. Tymczasem przeciętny warszawiak nie ma teraz więcej powodów do niezadowolenia niż 5 lat temu. Bilans plusów i minusów jest mniej więcej ten sam. Niezadowolenie twoje czy moje wynika z obserwacji sposobu uprawiania polityki, a to są dla większości elektoratu sprawy techniczne, którymi zajmują się politolodzy.

AC: Jednak pięć lat temu nie było tylu warszawskich aktywistów, społeczników i po prostu miejskich fascynatów, którzy mają ochotę wziąć odpowiedzialność za miasto. To za mało?

GP: To, że nie ma szansy na natychmiastową zmianę, nie znaczy, że nie warto próbować. My-Poznaniacy w pierwszych wyborach nie wprowadzili nikogo do rady miasta, ale wypracowali sobie pozycję i w kolejnych pewnie im się uda. Myślę, że w Warszawie możliwe jest wejście pozapartyjnego komitetu do rad dzielnic, być może do rady miasta. Aktualne pozostaje jednak pytanie, kim tak naprawdę są te osoby, o których mówisz. Gdzie są granice tego środowiska? Czy ma jakiś wspólny mianownik poza bezpartyjnością i generalną troską o Warszawę? Myślę, że jednym z głównych problemów może być pewne oderwanie od rzeczywistości. Wiele z tych osób wyłącznie teoretyzuje i diagnozuje sytuację, patrząc przez pryzmat swoich indywidualnych potrzeb albo na podstawie tego, co opublikowała „Gazeta Wyborcza” lub, co jeszcze gorsze, śledząc trendy na portalach społecznościowych. A wiadomo przecież, że algorytmy największego z nich odsiewają opinie osób innych niż my. Łatwo więc ulec samozadowoleniu i poczuciu, że wszyscy myślą tak samo. Nam się może nie podobać park fontann, ale wystarczy przejść się letnim wieczorem w jego okolicy, aby zobaczyć, jaki to wzbudza entuzjazm. Nas może oburzać, że władza co roku wydaje kilka milionów na sylwestra, a potem mówi, że nie ma pieniędzy na stołówki. Ale większość elektoratu chyba nie łączy w głowie tych faktów. Myślę, że Platforma dobrze wie, ile może wydać na fajerwerki, żeby nie przekroczyć granicy niezadowolenia. Poza tym największą słabością niezadowolonej inteligencji jest fakt, że na razie nie ma spójnej tożsamości. Gdybyśmy zaczęli wspólnie układać spójną i konstruktywną wizję przyszłości, to okazałoby się, jak bardzo się różnimy wewnętrznie. Nie oszukujmy się – zarządzanie miastem to nie tylko dbanie o to, aby z kranów leciała woda, lecz także projekt ideologiczny. Trzeba się zgadzać co do pryncypiów.

AC: Tym niemniej niektóre grupy już głośno mówią, że chcą startować w wyborach. Zieloni promują Joannę Erbel na stanowisko Prezydenta. Miasto jest Nasze zapowiedziało tworzenie komitetu wyborczego. Myślisz, że mają szanse?

GP: Za wcześnie na takie oceny. Ani Joanna, ani MJN nie zaprezentowali jeszcze żadnej oferty. Możemy najwyżej podyskutować o wizerunku.

AC: A może Grzegorz Lewandowski? Bogna Świątkowska?

GP: Nie wiem, nie wiem… trzeba by raczej porozmawiać o programie, o ideach, a nie o nazwiskach.

AC: To może jeszcze tylko jedno nazwisko: Grzegorz Piątek.

GP: Na pewno nie.

AC: Nie chcesz? Nie możesz? Nie uważasz, że byłbyś dobrym kandydatem na prezydenta?

GP. Miło, ze bierzesz mnie pod uwagę, ale ja znam się na dość wąskiej dziedzinie, znam swoje ograniczenia.

AC: Skoro nie na prezydenta, to może chociaż na radnego?

GP: Na radnego prędzej, bo tu można skupić się na konkretnym terytorium i konkretnej tematyce. Ale to czysta teoria. Mam już wiele innych planów na 2014 rok.

AC: To co nas czeka w przyszłych wyborach?

GP: Jeżeli tylko te wszystkie osoby, którym zależy, zgodzą się co do jakiegoś fundamentu i zaczną taką samą ciężką pracę, jaką wykonują od pięciu lat My-Poznaniacy (a teraz również powstałe po ich rozpadzie stowarzyszenie Prawo do Miasta), to może będziemy mieli poważną alternatywę dla partii. Może uda się zdobyć kilka mandatów i wnieść nowe myślenie do rad. I to już będzie dużo.

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa