Widmo solidarności prasowej

W sytuacji kryzysu medialnego ideały niezależnej prasy podtrzymują nieliczne tytuły niszowe finansowane z budżetu państwa. Najnowszy regulamin przyznawania grantów  przez Ministerstwo Kultury wyklucza jednak wszelkie zainteresowania "pozakulturalne" czasopism, kulturę rozumiejąc przy tym wąsko i biurokratycznie. […]


W sytuacji kryzysu medialnego ideały niezależnej prasy podtrzymują nieliczne tytuły niszowe finansowane z budżetu państwa. Najnowszy regulamin przyznawania grantów  przez Ministerstwo Kultury wyklucza jednak wszelkie zainteresowania „pozakulturalne” czasopism, kulturę rozumiejąc przy tym wąsko i biurokratycznie. Najwyższy czas się zbuntować. Ministerstwo musi przyjąć postawę aktywną, wyzwoloną z usztywnień procedur.

Krąży po Polsce widmo. Widmo solidarności prasowej. Dziennikarze różnych mediów łączą się w poczuciu upokorzenia ze strony wydawców i sponsorów. Boją się o stanowiska i szukają pracy. Póki nie zaczną z tego poczucia zakładać wspólnych projektów prasowych, będzie to tylko widmo. Na razie pakują manatki i wraz z instytucją prasy znikają z pola widzenia. Ideały niezależnych mediów podtrzymują nieliczne czasopisma ideowe finansowane głównie z podatków. One z kolei są zagrożone przez złe przepisy uchwalone przez Ministerstwo Kultury.

Nie wierzę w upadek prasy. Nowa internetowa kultura słowa, powszechne zapotrzebowanie na informacje, a z drugiej strony masa mało istotnej plotki istotnie zmieniają perspektywy dla prasy, ale nie oznaczają końca. Wierzę za to w upadek wielu z dotychczasowych modeli finansowania prasy. Dziennikarstwo to nie jest biznes. Tak jak polityka albo sport nie są biznesem. Tylko że właśnie dzięki biznesowi do tej pory funkcjonowały w miarę niezależnie. Niezależność zaś czerpały z różnorodności źródeł finansowania – opierając się monopolom ekonomicznym lub politycznym. Taki model finansowy jest najbardziej powszechny.

Czasopisma niekulturalne

Plakat rządu USA z II wojny światowej

Wyjątkiem są tytuły niskonakładowe, których paradoksalnie przybywa coraz więcej. Są silne siłą nisz. Zakładają je 20-30 latkowie i poświęcają swoje łamy wątkom współczesnej kultury. Finansują działalność z grantów, ze środków od sponsorów, ale w największym stopniu – z dotacji państwa. Najgłośniejsza ze wszystkich jest oczywiście „Krytyka Polityczna”, ale są też mniej krzykliwe, a nie mniej merytoryczne i zorientowane na kulturę, jak „Pressje”, „Kronos”, „Kontakt”, albo „Nowa Europa Wschodnia”. Lecz właśnie w etykietce, że to czasopisma kultury, leży problem. Redakcje te piszą w sumie o ideach politycznych lewicy, prawicy, są pismami naukowymi, albo nie stronią od historii i religii, a co więcej piszą nie tylko o Polsce. To zdaniem Ministerstwa Kultury nie jest kultura, co zauważył już Łukasz Warzecha. W najnowszym regulaminie ministerialnych grantów takie zainteresowania są wykluczone. Jeśli te pisma to nie kultura, to co nią jest?

Z tak ograniczonym wyobrażeniem o kulturze zmagamy się w programie DNA Miasta, przekonując krok po kroku magistraty w Polsce, że na kulturę trzeba patrzeć szeroko, a wręcz udowadniamy, że od rozpoznania, czym jest kultura, należy zacząć planowanie strategiczne miasta. Tymczasem nasze ministerstwo, którego szef sam zresztą publicznie chwali nasz program miejski, zachowuje się  beznadziejnie. Z nie do końca jasnych przyczyn stara sobie zbudować pozycję negocjacyjną w kontaktach ze środowiskiem czasopism. Zapisy regulaminu nie są jasne. Na powszechne oburzenie  jak przed rokiem i dwa lata temu przyjdzie zapewne odpowiedź w postaci pewnych ustępstw – w konsekwencji niektóre początkowo wykluczone czasopisma dostaną dofinansowanie. Taki sposób prowadzenia polityki kulturalnej to chowanie głowy w piasek. Jest jak w starym dowcipie o Stalinie, który uderzył chłopca w policzek, a wszyscy dookoła radzą chłopcu, by się cieszył. Czemu? Bo przecież tylko uderzył, a mógł zabić.

Krytyka zdrowego rozsądku

Na pytanie, co oznaczają nowe zapisy regulaminu, osoba kontaktowa w ministerstwie odpowiedziała nam w miniony piątek, że trzeba je brać „na zdrowy rozsądek” i że wiadomo, że chodzi o wykluczenie ekstremów, a takie pismo jak nasze to na pewno by przeszło. Cóż, zobaczymy za dwa lata, kiedy skończy się nam trzyletni grant. Ale na alarm trzeba bić już teraz, bo sprawy idą w złym kierunku. A jest to kierunek wsteczny, bo tak już bywało i w niektórych państwach w naszym rejonie Europy nadal tak jest, że wszystko jest zabronione, ale czasem władza przymknie oko i ludziom się upiecze. Kto nie rozumie, do czego prowadzą obecne praktyki, nie powinien pracować w instytucjach państwa.

Ministerstwo oczywiście chce jakoś określić kryteria wyboru i zawęzić grupę tych, którym przyzna granty. W tym roku może rozdać nieco ponad 2,5 miliona złotych. To niedużo, biorąc pod uwagę listę chętnych. Ministerstwo nie jest jedynym źródłem finansowania, choć dla wielu z pewnością pierwszym i najważniejszym. Zrozumiałe jest, że nie chce dopuścić, by sfinansowano z tych pieniędzy „Gościa Niedzielnego”, ale „Kontakt” – pismo odwołujące się do interpretacji chrześcijańskiej – nie powinno chyba się obawiać wykluczenia przed startem? A może własnie powinno? Czy dotacja może należeć się stojącemu zawsze murem za mocodawcą z PiS-u tytułowi „Rzeczy wspólne”?

Tego regulamin nie określa i nie może określić, bo jego zapisy świadczą tylko o tym, jak bardzo urzędnicy chcą zabezpieczyć pole interpretacji oraz jak bardzo minister stara się zachować neutralność. Oto lekcja dla niego. Tak w polityce, jak i w kulturze neutralnym być się nie da. Jego odpowiedzialność zaś polega na tym, co zrobi, zanim coś się uda lub zepsuje (konkurs), a nie wizerunku łaskawcy, który gotów jest podtrzymać krzesło, podpiłowawszy wcześniej jego nogę.

Alternatywy

Choć wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia, to rozwiązań jest wiele. Po pierwsze – minister powinien anulować rozpisany konkurs dla czasopism, poprawić regulamin i rozpocząć procedurę nieco później.

Po drugie, ministerstwo powinno jasno określić (co przecież wie bez rozpisywania konkursu), kogo chce dotować i prowadzić z czasopismami ciągły dialog na temat warunków współpracy oraz przedstawić warunki wzięcia udziału w takim schemacie grantowym. Po to istnieje władza. Konkursy, podobnie jak przetargi, to wymysł starej epoki, kiedy trudno było o informację, przekazywano ją wolno, a ludzie żyli w przekonaniu, że to jedyna droga do ograniczenia praktyk oligarchizujących państwo.

Dziś rządzi transparentność, a konkursy i przetargi są absurdalną kotwicą trzymającą nas w ubiegłym stuleciu. Kto z urzędników w otoczeniu ministra startował w konkursie – trybie zatrudnienia na podstawie konkursu – bez pewności, że ów konkurs wygra? Nikt – gotów jestem się o to założyć. I tak było też za poprzednich kadencji.

Po trzecie – ministerstwo chcąc czasopisma kulturalne rozwijać, a nie utrzymywać na pasku marnej jałmużny, powinno wyjść z inicjatywą do biznesu i dążyć do zapewnienia mecenatu firm prywatnych nad takimi obszarami działania kultury. Tylko w ten sposób zrealizuje cel stopniowego zmniejszenia udziału środków publicznych w finansowaniu kultury oraz pomoże zachować czasopismom niezależność. Jedyny problem to strach każdego polityka przed porównaniami ze sprawą Rywina. Od czego są jednak politycy, jeśli nie od przełamywania bariery strachu i prowadzeniu ku nowym rozwiązaniom?

W końcu, jeśli już opierać model finansowania na dotacjach publicznych, to przynajmniej można je bardziej zdemokratyzować. Zamiast dotować wydawanie czasopism, powinno się dotować ich czytelnictwo. Jak? Przeznaczając owe 2,5 miliona na biblioteki i nakładając na nie obowiązek prenumeraty czasopism kulturalnych. A jest tych bibliotek więcej niż 3000 – ich ilość przekracza sprzedaż każdego niemal czasopisma tego typu. Wówczas uwaga i wysiłek czasopism skupiłby się na tym, czym zajmuje się każda zdrowa redakcja – czyli produkcją wysokiej jakości tekstów i kontaktu z czytelnikiem, a nie wysokiej jakości wniosków i kontaktem z urzędnikiem.

Możliwości jest na pewno jeszcze więcej, więc nie będę nawet rozwijał takich jak choćby wprowadzenia ulgi podatkowej od prenumerat takich czasopism. Tylko trzeba chcieć rzeczywiście pomóc. Tymczasem programy ministerstwa, których istnienie to niewątpliwy postęp w stosunku do bałaganu z lat 90., nie ma na celu pomocy, a jedynie rozdysponowanie środków i uzyskanie spokoju przez urzędników. Trzeba w końcu przyznać, że środowiska kultury na czele z czasopismami robią tyle wrzawy, że trudno się prowadzi z nimi ów otwarty dialog. Z odpowiedzialności to jednak ministra nie zwalnia.

Dziennik opinii – czyli wszystko można

Podsumowując, zastanawiam się, ile ma być w czasopismach wspieranych przez Ministerstwo Kultury idei, a ile marketingu. Niech wiele z tych „niszowców” patrzy i uczy się jak „Krytyka Polityczna” potrafi ładnie „opakowywać” swoje pomysły, a jak trudno to przychodzi innym czasopismom. Treści w KP bywają gorsze i lepsze – jak wszędzie. Ostatni projekt internetowej post-gazety, która niby jest, a naprawdę nie jest żadnym dziennikiem, tylko nową odsłoną starej strony www, jest świetnie opracowany od strony technicznej i doskonale wypromowany. Być może więc Ministerstwo Kultury, dbając o pluralizm idei, powinno zadbać o taką stronę rozwoju czasopism, które bierze pod swoje skrzydła? To wszystko oznaczałoby, że rząd musi jednak zrobić coś więcej niż tylko konkurs oraz pokazać jaką ma wizję tego obszaru kultury.

Plakat wykorzystywany przez NSZZ Solidarność w latach 80 (CC-BY-NC) 44. Cyfrowe Archiwum Tradycji Lokalnej Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Trzebini

W 1981 roku działacze Solidarności napisali, że „środki przekazu są własnością społeczną i dlatego nie mogą być w wyłącznej gestii rządu”. Koło historii się obróciło. Minister musi przyjąć postawę aktywną i wyzwoloną z usztywnień procedur, którymi się zasłania. Najwyższy czas się zbuntować i powiedzieć urzędnikom, żeby z papierów i regulaminów nie robili sobie alibi dla prywatnych poglądów.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Jeden komentarz “Widmo solidarności prasowej”

Skomentuj

Res Publica Nowa