Wencel: Oscary w kryzysie

Hollywood nareszcie zaczyna rozumieć, że wyrywkowo aplikowaną poprawnością polityczną nie rozwiąże swoich wewnętrznych, wstydliwych problemów


Dla Amerykańskiej Akademii Filmowej nastał koniec pewnej epoki. Bądź przynajmniej takie wrażenie można odnieść po osiemdziesiątej ósmej ceremonii rozdania najbardziej prestiżowych i kasowych nagród światowej kinematografii, która odbyła się wczoraj w Dolby Theatre w Los Angeles – pełnej polityki i niespodziewanie samokrytycznej. Zdominowały ją wątki  reprezentacji mniejszości etnicznych wśród nominowanych aktorów (kolejny rok z rzędu okrągłe zero nominacji), kryteriów selekcji wyróżnionych filmów lub tego, czy – składająca się głównie z producenckich elit Hollywood – struktura Akademii jest w stanie jeszcze „poczuć” kino razem z jego publicznością. Te kwestie wybrzmiewały coraz wyraźniej już w ubiegłych latach, ale dopiero w tym roku zostały niejako „oficjalnie” wyartykułowane i stały się przewodnim motywem gali.

Oscary 2016 poprzedziła długa i ostra dyskusja medialna, podczas której ze strony czołowych aktorów, scenarzystów i reżyserów „liberalnego Hollywood” – jak choćby Spike Lee, Will Smith oraz George Clooney – padły oskarżenia o rasizm panujący wśród członków Akademii wraz z wyraźnym wezwaniem do bojkotu tegorocznych nagród. Po przeciwnej  stronie sporu – wyrażając pogląd, że to nie kolor skóry, ale talent powinien wygrywać artystom statuetki – stanęli między innymi Michael Caine, Helen Mirren i Charlotte Rampling. Głos zabrał nawet sam prezydent Stanów Zjednoczonych wzywający do zapewnienia równości szans, a Twitter tygodniami pękał w szwach od wiadomości sygnowanych nieoficjalnie tytułującym całą zawieruchę hasztagiem #OscarsSoWhite.

Sprawa wykluczenia mniejszości etnicznych rozpaliła opinię publiczną do tego stopnia, że prowadzący ceremonię Chris Rock poświęcił jej właściwie cały, otwierający wieczór monolog. Co jednak najbardziej zaskakujące, nie tylko „pogodził” nim obie strony dyskusji, ale zauważył to, co umknęło uwadze wielu poważnych komentatorów: choć same Oscary stały się pewnego rodzaju soczewką, w której skupiają się bolączki amerykańskiej kinematografii, to tak naprawdę są jedynie ostatnim ogniwem całej sieci czynników, które przyczyniają się do utrwalenia takiego stanu rzeczy. „Leonardo DiCaprio co roku ma szansę zagrać w świetnej produkcji” – mówił Rock. – „Ale co z nami? Chcemy jedynie móc skorzystać z takiej szansy na równych zasadach”. Kłopotliwe nie jest to, że czarnoskórzy aktorzy nie dostali w tym roku żadnych nominacji – a przynajmniej nie to jest sednem sprawy – ale to, że w rolach wygrywających nagrody obsadzani są wyłącznie aktorzy biali.


Zwróćmy masom demokrację! Nowy numer Res Publiki: Najpierw masa, potem rzeźba już w sprzedaży. Zamów go w naszej internetowej księgarni!

2-15-FB-cov

W podobnych tonie wypowiadała się podczas ubiegłorocznej gali Patricia Arquette, zdobywczyni statuetki za najlepszą rolę żeńską w „Boyhood”. Hollywood wciąż ma problemy z łączeniem ze sobą różnych frontów przeciwko walce z wykluczeniem (a nie zapominajmy, że takie wykluczenie zachodzi również na poziomie ekonomicznym, filmy bez wielkich gwiazd, budżetu i promocji nie mają szans w głównych kategoriach), ale nareszcie zaczyna rozumieć, że wyrywkowo aplikowaną poprawnością polityczną, a tym bardziej pomysłami w rodzaju „parytetów dla mniejszości” nie rozwiąże swoich wewnętrznych, wstydliwych dla „liberalnego serca Stanów Zjednoczonych” problemów. Chris Rock podważając podział, którego nie kwestionowali do wczoraj nawet najbardziej „progresywni” komentatorzy Hollywood i amerykańskiego kina – a więc na nagrody za role żeńskie i męskie – skierował uwagę z typowego dla amerykańskiej kultury medialnej fetyszu sztucznego wytwarzania pozorów różnorodności na konieczność „uniwersalizacji”, która by taką różnorodność umożliwiała naturalnie. Przy uwzględnieniu, iż najważniejszym kryterium wyróżnienia pozostają talent i wkład pracy.

W tym kontekście, „wydarzenie wieczoru”, jakim miała być oczekiwana wygrana Oscara przez Leonardo DiCaprio za rolę w „Zjawie”, przybrało charakter beznamiętnej konieczności. Trudno o zwycięskie emocje, kiedy dwie godziny wcześniej wszyscy oficjalnie usłyszeli, że rywalizacja nie była do końca uczciwa. Nawet jeżeli zapomnimy o tym na chwilę, to trudno nie zauważyć, że cała ta ciągnąca się latami, ubarwiona niezliczoną ilością memów, parodii a nawet adaptacji w postaci zręcznościowej gry komputerowej epopeja „dostanie w końcu czy nie dostanie?” – mocno obniżyła powagę starań gwiazdy „Titanica” o uznanie. Paradoksalnie, jeszcze bardziej zaszkodziła tu tworzona miesiącami wokół „Zjawy” otoczka filmu promowanego jako efekt męczarni w ekstremalnych warunkach, wymagającej od aktorów i ekipy nieludzkich wręcz poświęceń i wytrzymałości. Powtarzanie w kółko, co było niewątpliwie świadomą strategią wytwórni, ile to razy DiCaprio na planie nie „otarł się o śmierć” kazało zachodzić w głowę czy ten film – jak chcieliby niektórzy internauci – nie powstał wyłącznie po to, by zapewnić aktorowi statuetkę.

Sam DiCaprio wydawał się zresztą bardziej przejęty promowaniem racjonalnej polityki ekologicznej niż cieszeniem się rzekomo upragnionym Oscarem. Większą część jego przemowy zajęło energiczne wezwanie do walki ze zmianami klimatu, podczas którego przypomniał między innymi, iż w 2015 roku odnotowano szczytowe temperatury w historii pomiarów i wieścił rychłą apokalipsę. To zdecydowanie nie miało tak wyglądać. Innym, wyraźnie politycznym akcentem była mało subtelna zachęta reżysera i scenarzysty „The Big Short” Adama McKaya do głosowania na Berniego Sandersa w prawyborach Partii Demokratycznej.

„The Big Short” – najbardziej aktualny politycznie film z nominowanych i, moim zdaniem, najlepszy z całego rozdania – okazał się zresztą wielkim przegranym gali, zdobywając jedynie statuetkę za najlepszy scenariusz adaptowany. Główny laur przypadł „Spotlight”, kameralnej, niespiesznej produkcji dokumentującej prace zespołu „The Boston Globe” nad tekstem o ukrywaniu pedofilskich skandali przez Kościół Katolicki. Nie sposób odmówić jej drobiazgowego realizmu i konsekwentnego unikania pułapek taniego melodramatu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest ona o dobrą dekadę spóźniona i mało ma wspólnego z tym, co dzieje się dziś w kinie. To film o tyle poprawny, co irytująco konserwatywny, wręcz archaiczny w rozgrywaniu filmowej formy. Jego lustrzanym odbiciem jest nagrodzona za reżyserię „Zjawa” – odważna realizacyjnie i narracyjnie, ale raczej banalna pod względem treści i podejmowanych motywów.

Trudno powiedzieć, dlaczego wygrał akurat „Spotlight” – być może chodzi o to, że powraca w nim do życia zapomniany mit szlachetnego, bezkompromisowego dziennikarstwa jeszcze sprzed nastania ery social media? Czy ma to jednak jakiekolwiek znaczenie? Wątpię, czy miało dla samych nagradzających, o widzach wczorajszej gali nie wspominając. Jeszcze chyba nigdy współczesne Oscary nie były sobą tak znudzone, a zarazem tak ciekawe, właśnie dzięki swojemu widocznemu kryzysowi. Za kilka lat o zwycięzcach amerykańskiej części konkursu (wyróżnienie „Syna Szawła” to raczej mało istotny rozdział w recepcji tego filmu) tegorocznej ceremonii w Dolby Theatre nikt nie będzie pamiętał. Za to być może będzie to rok, w którym wyczerpie się pewna jego formuła – a nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej zaczną powoli stawać się bardziej inkluzywne i nieprzewidywalne, otwarte nie tylko na mniejszości, ale i na kino niezależne – inną filmową wrażliwość.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa