WAŚKIEWICZ: Aktywni obywatele to nie wszystko

Potrzebujemy zarówno aktywnego obywatelstwa, jak i odpowiedzialnego rządu. Taki wniosek włącza nas do międzynarodówki, która nigdy nie powstała: idealistycznych i pragmatycznych przyjaciół demokracji.


Idea aktywnego obywatelstwa została wprowadzona do teorii polityki przez Arystotelesa, a następnie przedefiniowana przez Alexisa de Tocqueville’a. Niestety żadnemu z nich nie udało się przekuć tej teorii w praktykę.

Arystoteles – wielki nauczyciel etyki publicznej – uznaje obywatela pasywnego politycznie za pasażera na gapę, który nie przyczynia się do budowania dobra wspólnego. W „empirycznej” części Polityki, gdzie napotykamy słynną różnicę między właściwymi i zwyrodniałymi ustrojami politycznymi, Arystoteles pisze, że w tych pierwszych panują rządy prawa, w drugich rządy ludu, a stabilny ustrój polityczny jest możliwy jedynie w poleis, w których panują rządy prawa. Aktywna masa obywateli, wyzbyta cnoty, podważa jedynie porządek publiczny.

Z kolei de Tocqueville zestawia aktywnego obywatela z jego głównym wrogiem – wszechobecnym i wszechwładnym rządem centralnym. Albo obywatele sami zadbają o własne sprawy, albo rząd zrobi to za nich, w rezultacie ich zniewalając. Mimo to aktywne obywatelstwo, niezbędny element funkcjonowania demokracji, nie uchroni jej od innego fatum de Tocqueville’a – tyranii większości. Które z nich jest gorsze?

Artykuł pochodzi z numeru 230 Res Publiki Nowej pt. Kołakowski. Raj utracony.

Dopiero w latach 80. XX w. aktywność obywatelska uznana została za fundament demokracji przez wielu filozofów polityki, rozczarowanych stagnacją zimnowojennej polityki i zainspirowanych ruchami obywatelskimi lat 60. i 70. Wolne wybory, o których ówcześni wschodnioeuropejscy dysydenci mogli jedynie marzyć, to fundament niewystarczający, ponieważ nawet demokratycznie wybrany rząd jest równie skłonny do popadania w alienację jak każdy inny. Normatywna teoria demokracji musi zatem być teorią demokratyzacji demokracji. A co przeszkadza demokracji w osiągnięciu wyższego stopnia demokratyzacji?

Liberalna ideologia oraz instytucje reprezentacji. Dlatego w prawdziwie demokratycznej demokracji naród podejmuje decyzje bezpośrednio – nawet jeśli nie w regularnym trybie, to przynajmniej w kluczowych sprawach. Naród powinien
być bardziej uczestnikiem niż beneficjentem państwa opiekuńczego, które powoduje jego apatyczność. Zwrot w kierunku demokracji deliberacyjnej – który zaistniał w teorii polityki w połowie lat 80. XX w., niezależnie od zwrotu w kierunku demokracji przedstawicielskiej, który nastąpił w naukach politycznych później – do dziś pozostaje dominującym trendem w normatywnej teorii demokracji.

Demokracja przedstawicielska – jako idea, lecz bardziej jako instytucja – jest dla krytyków antyideałem demokracji deliberacyjnej. Przedstawicielstwo oznacza wykluczenie narodu i rządy polityków.

Teoretycy demokracji deliberacyjnej (z najbardziej wpływowych należy wymienić Amy Gutmann, Dennis Thompson, Joshua Cohen, James Fishkin, Seyla Benhabib) twierdzą na ogół, że praktyka ta powinna mieć miejsce w specjalnie powołanych do tego instytucjach. Według umiarkowanych zwolenników tej teorii instytucje te powinny znaleźć się w strukturze władzy obok organów przedstawicielskich, radykałowie natomiast twierdzą, że instytucje deliberacji powinny zastąpić przedstawicielskie.

Istnieje również grupa reformatorów demokracji (do której należą m.in. Iris Young, Will Kymlicka oraz Anne Phillips) postulujących transformację organów przedstawicielskich jedynie w stopniu umożliwiającym uwzględnienie niedoreprezentowanych mniejszości – głównie kobiet i mniejszości etnicznych.

W pewnym stopniu podzielam ich pragmatyczną krytykę i ideę inkluzji w formie dodatkowej reprezentacji, lecz jedynie wtedy, gdy przebudowane organa przedstawicielskie będą w stanie pełnić kluczowe funkcje każdego systemu politycznego obecne w nowoczesnym społeczeństwie. Jakie to funkcje? Dlaczego potrzebujemy reprezentacji? Poniżej zamieszczam zestaw prostych prawd, których entuzjaści procedur deliberacyjnych zdają się nie zauważać.

Po pierwsze: potrzebujemy reprezentacji do legitymizacji władzy, czyli do legalizacji decyzji dotyczących całego narodu, choćby podejmowane były ostatecznie przez wąską grupę ludzi, niezależnie od jej liczebności. Reprezentacja określa zasady tymczasowego przekazania władzy, którą nie można w pełni swobodnie rozporządzać.

Czytaj numer 3/2019

System polityczny może być ekstremalnie demokratyczny pod tym względem, lecz nie może być równie demokratyczny, jeśli chodzi choćby o ustalanie wokandy – zakresu spraw, które rozstrzygane są przez władzę publiczną. Przynajmniej to prawo musi być delegowane, nawet gdy – jak zauważył Rousseau w Umowie społecznej – jakiekolwiek przekazanie władzy oznacza, że nominalnie rządzący stają się ostatecznie rządzonymi. Mylił się on jednak – podobnie jak orędownicy organów deliberacyjnych – wierząc, że jego republika rozwiąże ten problem. Kto ma decydować, które sprawy poddać pod deliberację?

Po drugie: potrzebujemy reprezentacji, aby umożliwić wybranym ludziom podejmowanie decyzji, które nie zostały demokratycznie skonsultowane i mogą być nawet sprzeczne z głosem opinii publicznej.

Amerykanie lubią cytować prezydenta Trumana: „The buck stops here”, czyli „odpowiedzialność ostatecznie spoczywa na mnie”. Nie musimy bynajmniej powoływać się na Carla Schmitta i definiować suwerena jako osoby, która w sytuacji zagrożenia państwa zawiesza konstytucję i wprowadza stan wojenny. Nawet w czasach pokoju potrzebujemy instytucji, która doprowadza do końca proces deliberacyjny.

Władza w demokracji jest rozproszona, lecz demokracja nie jest ani logokracją, ani kołem dyskusyjnym. Entuzjaści aktywnego obywatelstwa naprawdę uważają, że w demokracji deliberacja nigdy się nie kończy, ale nie powinniśmy przyjmować
tej metafory dosłownie – dyskusje prowadzą wszak do decyzji, inaczej są bezużyteczne.

Po trzecie: powinniśmy równocześnie ograniczać władzę ludzi, którzy faktycznie podejmują decyzje. Dlatego też w układzie trójpodziału władz opozycja powinna być stale obecna, także po zakończeniu procesu decyzyjnego, nawet jeśli jest systematycznie przegłosowywana.

Dzięki instytucjom przedstawicielskim poglądy mniejszości pozostają obecne w systemie politycznym. Instytucje decyzyjne, w kształcie proponowanym przez teoretyków demokracji deliberacyjnej, tego nie zapewniają. Po zakończeniu procesu deliberacji nie ma już żadnego miejsca dla opozycji. Idea aktywnego obywatelstwa neguje w istocie głębokie i nieusuwalne podziały między ludźmi.

Po czwarte: każdy system polityczny musi zdefiniować ogólne interesy społeczeństwa. Nie da się tego zrobić, sumując indywidualne racje obywateli lub poddając je bezpośredniej deliberacji, nawet w specjalnie stworzonych do tego warunkach, z udziałem ekspertów i mediatorów.

Argumenty przeciw deliberacji można sprowadzić do następującego stwierdzenia: reprezentanci muszą negocjować te interesy, kierując się zasadą wzajemnych ustępstw, osiągając kompromis kosztem pewnej „alienacji” wobec elektoratu, którą James Madison jako pierwszy nazwał „dystansem” wobec niego. W innym wypadku kompromis byłby niemożliwy.

Obserwując politykę w demokracji parlamentarnej, codziennie utwierdzamy się w przekonaniu o słuszności tej zdroworozsądkowej zasady. Tylko dla krytyków partiokracji nie do zaakceptowania jest cena, jaką się za nią płaci – brak bezpośredniego udziału w podejmowaniu decyzji.

Po piąte: krytycy reprezentacji mają bez wątpienia słuszność: nie wszystkie poglądy są reprezentowane w parlamentach, reprezentacja wymusza wszak ich selekcję. Jednakże w systemie przedstawicielskim instytucje stricte polityczne są przeważnie wspierane przez wiele organizacji pozarządowych, a czasem nawet zastępowane nimi. W istocie nie mają one tak mocnej legitymizacji, nie reprezentują społeczeństwa w całości, ale jedynie jego aktywną część.

To właśnie jest przyczyną nieufności wobec instytucji trzeciego sektora radykalnych demokratów. Trudno się z nimi nie zgodzić: dzięki tym instytucjom silni zyskują dodatkową reprezentację. Ale też nie sposób nie zauważyć, że także dzięki nim słabi zyskują jedyną reprezentację w państwie.

Każda z funkcji opisanych powyżej została szczegółowo omówiona przez mistrzów myśli politycznej w erze przeddemokratycznej, czyli w czasach, gdy instytucje przedstawicielskie nie były jeszcze podporządkowane ideom demokratycznym i służyły wyłącznie jako rozwiązanie techniczne. Sprawdzenie ich w praktyce stało się możliwe w połowie XIX w. i od tamtej pory wszyscy demokraci są świadomi potencjalnych napięć, powstających między wolą narodu i jego reprezentacją.

Dopiero w latach 80. XX w. demokraci doszli do tego samego wniosku, co Schumpeter, Mosca oraz Michels – tego mianowicie, że to same organa przedstawicielskie, a nie ich wadliwe funkcjonowanie, odpowiadają za niedostatki demokracji. Czy możemy być jednak pewni, że te niedostatki są najgorszym uchybieniem, jakie możemy zarzucić naszym instytucjom politycznym?

Aktywność obywatelska z pewnością czyni demokrację bardziej demokratyczną; nie można jednak kategorycznie twierdzić, że każda bardziej inkluzywna demokracja jest demokracją lepszą. Ustroje polityczne są zbyt złożone, aby je oceniać na podstawie jednego kryterium.

Abraham Lincoln zdefiniował demokrację jako „rząd ludu, poprzez lud i dla ludu”. Demokracja jest jednak niekoniecznie tym wszystkim naraz. Łatwo możemy sobie wyobrazić, że większość ludzi, gdyby mogła wybierać, wolałaby rząd dla ludu od rządu poprzez lud (czego nie mogliby odżałować wizjonerzy demokracji bezpośredniej). Jednak demokracja pośrednia nadal pozostaje demokracją, a demokracja pojmowana jako rząd „ludu, poprzez lud i dla ludu” nie jest złym rozwiązaniem, jeśli porównamy ją z systemami monopartyjnymi albo państwami rządzonymi przez wojsko lub kler.

Teoretycy demokracji popierający ideę aktywnego obywatelstwa raczej nie doceniają faktu, że politycy stanowią jedyną grupę rządzących, których można odwołać w sposób pokojowy. Wyżej stawiają inkluzję od odpowiedzialności, ponieważ zakładają, że inkluzja chroni demokratyczne rządy od alienacji.

W ich utopii rządzeni są rządzącymi – to ideał stojący w sprzeczności z koncepcją reprezentacji politycznej jako takiej. Odpowiedzialność ma bowiem sens jedynie w przypadku władzy pośredniej; odpowiedzialny rząd jest ideałem władzy reprezentacyjnej. Pełna inkluzja wyklucza więc odpowiedzialność, a pełna odpowiedzialność wyklucza z kolei inkluzję. Potrzebujemy ich obu, a pogodzić je ze sobą można tylko wtedy, kiedy transfer władzy dokonywany przez instytucje przedstawicielskie nie zachodzi w sposób patologiczny i nie jest wypaczeniem rządów ludu.

Lud, zbiorowy uczestnik demokracji, egzekwuje swoją wolę również w sposób pośredni. Wszystkich dobrych demokratów należałoby więc zachęcić, by – za Arystotelesem – myśleć w kategoriach najlepszego ustroju możliwego do realizacji i stawiać instytucje deliberacyjne na równi z instytucjami przedstawicielskimi.

Kto natomiast myśli w kategoriach mniej utopijnych, powinien poważnie zastanowić się nad argumentem przekonująco przedstawionym przez Pierre’a Rosanvallona, który przeniósł ideał aktywnego, deliberacyjnego obywatelstwa do kategorii antydemokracji – do instytucji ograniczających i kontrolujących władzę państwową.

W antydemokracji aktywni obywatele są przede wszystkim strażnikami swoich praw, ciałem nadzorczym wobec rządu kierowanego przez polityków, których sami wskazali w wyborach. Antydemokracja funkcjonuje zarówno na poziomie lokalnym, jak i ogólnopaństwowym, a w dzisiejszych czasach nawet globalnym (na przykład protesty przeciw ACTA zainicjowane w Warszawie, które następnie rozprzestrzeniły się na Berlin i dalej na zachód).

Rzecz w tym, że tego typu działalność nie może być usankcjonowana konstytucyjnie i wbudowana w ustrój polityczny – może on co najwyżej dać przestrzeń dla ochrony takiej działalności. Daleko takiemu rozwiązaniu do spełnienia obietnicy demokracji, daleko również do spełnienia obietnicy demokratycznej polityki, a mimo to liberalna demokracja jest wciąż ustrojem lepszym od innych.

Aby zakończyć ten esej frazą z Kołakowskiego, powiedziałbym, że kiedy dojdziemy do wniosku, że potrzebujemy zarówno aktywnego obywatelstwa, jak i odpowiedzialnego rządu, dołączymy tym samym do międzynarodówki, która nigdy nie powstała: idealistycznych i pragmatycznych przyjaciół demokracji.

Pierwotnie artykuł ukazał się w numerze 4/2017 (230) kwartalnika Res Publica Nowa.

Fot. francistoms via Flickr (CC BY-NC-ND 2.0) 

Andrzej Waśkiewicz – socjolog, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, dyrektor Instytutu Socjologii. Autor książek z zakresu teorii społecznej i politycznej, między innymi Obcy z wyboru. Studium filozofii aspołecznej
(Warszawa 2008) i Paradoksy idei reprezentacji politycznej (2012).

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa