Ukraina jak Berlin Zachodni

Są takie książki, do których warto wracać dopiero po latach, kiedy świat nie zagłusza już aktualnymi kontekstami prawdziwej treści. Są również takie książki, które dzięki światu, który się dzieje tu i teraz, potrafią na nowo […]


Są takie książki, do których warto wracać dopiero po latach, kiedy świat nie zagłusza już aktualnymi kontekstami prawdziwej treści. Są również takie książki, które dzięki światu, który się dzieje tu i teraz, potrafią na nowo skupić cały swój potencjał i zmusić do refleksji. Taką pozycją jest powieść Ołeksandra Irwańca „Riwne. Rowno”. Opublikowana blisko 10 lat temu, nominowana do nagrody Angelus i wznawiana po raz kolejny przez wydawnictwo Prószyński i S-ka książka, zdaje się być napisana ledwie kilka miesięcy temu. W istniejącym naprawdę mieście Rowno – rodzinnym mieście autora – dzieje się historia na niby, swoista antyutopia. Na skutek nieoczekiwanego zbiegu okoliczności mieszkańcy miasta zostają pewnej nocy podzieleni na dwie strefy okupacyjne. Jedna ze stron miasta trafia pod zarząd ONZ (Belgów oraz batalionu polskiego), po drugiej stronie władzę sprawują prorosyjscy funkcjonariusze nawiązujący do ideologii komunizmu i Rosjanie, w praktyce: współrządzący resztą kraju. Na domiar złego miasto przecina mur nazywany „Ścianą”, a mieszkańcy odgrywają tragikomiczny spektakl podzielonego Berlina, ze wszystkimi analogiami – np. pewnej nocy, podczas zawodów lotniczych nad Ścianą, do strefy ONZ próbuje przedostać się lotniarz, ale zostaje zestrzelony przez strażników; innym znów razem pewien pośledni rockman w ramach performansu chce nielegalnie wyjechać z pro-zachodniej strefy, o dziwo, wpuszczony zostaje bez kłopotu, po czym słuch o nim ginie. Podobnie też jak w Berlinie obydwie strefy łączy swobodnie płynący sygnał telewizyjny, odbierany jedynie przez wysoko postawionych aparatczyków gnieżdżących się na najwyższych, sięgających ponad Ścianę, piętrach kamienic oraz… system kanalizacyjny zagrodzony przez siły specjalne z wolnej części miasta zautomatyzowanym systemem krat. W takim niby-mieście budzi się pisarz Szlojma Ecriwan, alterego autora, którego w ciągu jednego dnia czekają: upragniony pierwszy wyjazd za Ścianę z wolnorynkowego Riwnego do rodzinnego domu w Rowno, upokorzenia ze strony specsłużb, bójka, spotkanie z własnymi wspomnieniami o mieście młodości, szalony seks na stole szpitalnego tomografu z pierwszą miłością sprzed 30 lat, rozważania geopolityczne, premiera własnego utworu w niepodległej części miasta i udział w spisku, który prowadzi do upadku wolnej sfery i dominacji szarości. Szlojma jest od początku narzędziem w rękach niby-komunistów, a w gruncie rzeczy politycznych bandytów, którzy w epilogu przechodzą na drugą stronę przez otwartą przez pisarza kanalizację i w strojach szambonurków kładą kres „niebezpiecznemu eksperymentowi”.

Co interesujące dla naszego czytelnika, w końcowych wydarzeniach uczestniczą polscy żołnierze, chcący się pozbyć problematycznych resztek projektu wolnej Ukrainy, w którym nie wiedzieć dlaczego maczali wcześniej palce. Symbolicznie polski wartownik pilnujący podnośnika krat w kanalizacji prosi Szlojmę Ecriwana, by ten uwolnił Polskę od kłopotu, po czym znika, ułatwiając Ukraińcowi wykonanie zadania. Sam akt zdrady jest ni to hańbą, ni to aktem pojednania sztucznie podzielonych społeczności. Dopomaga mu w tym niemiecki reżyser, pogłębiając wcześniejszą aluzję do postawy państw Zachodu, które nie chcą zmian w strefie wpływów na wschód od Bugu. Jedynym wewnętrznym argumentem Szlojmy Ecriwana przeciw własnej zdradzie jest niechęć, by całe miasto ogarnęła szarość. Ostatecznie poddaje się społecznej presji płynącej z obydwu stron muru i walnie przyczynia się do zjednoczenia pod sztandarem quasi-komunistów.

Czemu ta historia daje dziś do myślenia? Nietrudno zgadnąć. Z prywatnych rozmów z redaktorami ukraińskich czasopism, a także z ludźmi przypadkowo spotkanymi w barach Odessy, Synferopola, Dniepropietrowska i Kijowa, przebija nuta rezygnacji. Na ulicach nie widać kryzysu, zapewne dlatego, że obecny kryzys w porównaniu z poprzednimi to dla Ukrainy pestka. Jednak, gdy zapytać o politykę, wszyscy wzruszają ramionami. Janukowycz, traktowany przez większość jak marionetka w rękach oligarchów, ma etykietę bandyty. Gdy pytam o kryminalną przeszłość Juszczenki i Tymoszenko, przytakują mi, ale dodają, że owszem, tamci też bandyci, obecny prezydent to jednak bandyta o wiele większy i tak łatwo władzy nie odda. W powietrzu wisi domniemany spisek obecnych władz, zawierających porozumienie z Rosją za przyzwoleniem Zachodu. Tylko czy to twierdzenia słuszne? Ukraińcy sami wybrali nowego prezydenta, głównie w proteście przeciwko brakowi reform poprzednika. W Moskwie na pewno się z tego wyboru cieszono, ale raczej ze względu na perspektywę łatwych ekonomicznych łupów niż na potencjalne polityczne podporządkowanie kraju Rosji. Nawet przedłużenie obecności floty na Krymie miało nie tyle znaczenie polityczne, co ekonomiczne. Flota z dnia na dzień przecież by się nie wyprowadziła, a potencjalna destabilizacja militarna w regionie różnie mogłaby się skończyć. Niemniej Janukowycz zbyt szybko oddał kartę przetargową, która prędzej czy później położyłby na stole. Zrobił to pospiesznie i na dodatek ze stratą dla Ukrainy – nie uzyskując zbyt wiele w zamian. Pytanie, co na tym zyskał on sam. U moich rozmówców wyczuwalny był też pewien zawód, że Zachód nie wspierał proeuropejskich postaw. Faktem jest, że sami Ukraińcy zachłyśnięci sukcesem Pomarańczowej Rewolucji nie naciskali na dotychczasowe władze, a te używały wobec Unii Europejskiej szantażu: „dajcie pieniądze bez żadnych reform, bo my mamy retorykę pro-zachodnią w przeciwieństwie do konkurencji”. Nic dziwnego, że taka Ukraina stała się również dla Zachodu kłopotliwym ciężarem, od którego wybawił wszystkich Janukowycz.

Zamiast zakończenia

Kiedy przechodziliśmy z Ołeksandrem Irwańcem przez plac Majdanu – zupełnie niepodobnego do tego z Pomarańczowej Rewolucji – był rozgrzany lipcowym słońcem, tętnił rozmowami, pełny uśmiechniętych, cieszących się życiem ludzi. Widmo Rosji – dla niektórych tak samo straszne jak wizja przystąpienia do NATO i związku z Polską dla pozostałych – przestawały niepokoić. Autor „Riwne. Rowno” też wydawał się spokojny. Najważniejsze, że, stojąc tysiącami na tym placu w mroźną zimę, Ukraińcy ufundowali własny, autentyczny mit o suwerenności narodu ponad politycznymi przedstawicielami i po raz pierwszy w swojej historii zdecydowali o własnych losach sami, bez pomocy obcych wojsk. Spytałem, czy ktoś o tym pisze powieść, ale Irwaniec nie wiedział. Może słusznie, bo mity najlepiej oddziałują niezapisane.

Gdy wyjeżdżaliśmy z Kijowa, w siłę stale rósł nowy demokratyczny ruch społeczny “Stop Cenzurze”. Oczywiście kupiłem ich koszulkę.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa