Ubezpieczeń społecznych już nie ma

Czy przedłużenie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn na pewno jest nieuchronne? Skąd wzięła się ta decyzja i jakie reformy w polityce społecznej są niezbędne, jeśli ma wejść w życie? Rozmowa z profesor Jolantą Supińską z […]


Czy przedłużenie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn na pewno jest nieuchronne? Skąd wzięła się ta decyzja i jakie reformy w polityce społecznej są niezbędne, jeśli ma wejść w życie? Rozmowa z profesor Jolantą Supińską z Instytutu Polityki społecznej UW, redaktorką naczelną pisma „Problemy polityki społecznej”.

Niedawno premier Tusk ogłosił konsultacje społeczne w sprawie reformy emerytalnej, docelowo zakładającej podwyższenie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 67. roku życia. Czy sądzi Pani, że opinie społeczne będą w tej sprawie w jakikolwiek sposób uwzględnione?

 Zanim porozmawiamy o tej reformie, chciałabym się cofnąć do grzechów reformy emerytalnej z 1999 roku, bo one wpływają na kształt współczesnych emerytalnych pomysłów rządu. W 1999 roku tak zreformowano system emerytalny, żeby zatracił wszystkie cechy ubezpieczenia społecznego. Bowiem idea ubezpieczenia społecznego polega na tym, że ryzyko jest nierównomiernie rozłożone i wszyscy powinni na taki fundusz solidarnościowy wpłacać, a potem to, co dostaną, będzie zależało od tego, jakie ich  spotkało ryzyko społeczne. Zatrata tych cech polegała na założeniu indywidualnych kont emerytalnych. I to byłaby moja odpowiedź na  pytanie, czy konsultacje społeczne, czy nawet referendum coś by zmieniło. Bardzo się boję, że ludziom wbito do głowy, że trzeba mieć konto indywidualne i walczyć o to, żeby z niego nic nie ruszono; zupełnie zapomnieli, że składki emerytalne to powinna być solidarność wewnątrzpokoleniowa – między tymi, którzy mieli dobre zarobki i więcej w to włożyli, a tymi, którzy niekoniecznie z powodu lenistwa zarabiali mało bądź z rzadka, bo jeszcze w grę wchodzi bezrobocie.

Wydaje się, że w ogóle odchodzi się od idei solidarności, każdy ma zarabiać dzisiaj na siebie…

 Chodzi nie tylko o to, że ktoś był przez wiele lat bezrobotny, ale i o to, że pracował na podstawie takiej umowy, która nie zwiększała jego indywidualnego konta, nie było tych odpisów składkowych, nie mówiąc o tym, że i ten, kto przeszedł do szarej strefy, może niekoniecznie robił to z powodu przekory, tylko była to jedyna dostępna praca. Wcześniejszy system emerytalny wyrównywał nierówności dochodowe, które powstały w czasie aktywności zawodowej. A już szczególnie skandaliczne jest to, że w drugim filarze emerytalnym składki mogą być dziedziczone przez  spadkobierców. Robi się z tego własność majątkowa, która przestaje pełnić funkcje zabezpieczające. Gdyby wcześnie zmarł człowiek, którzy dużo zgromadził na tym wspólnym koncie, to na tym skorzystaliby inni, którzy wpłacili mało. A w ten sposób te pieniądze są od razu wyprowadzane z systemu zabezpieczającego. I o to się rzeczywiście bardzo często ludzie burzyli: dlaczego nie można przekazywać w spadku tej części ZUS-owskiej, powinno tak być wszędzie. Samo wprowadzenie indywidualnego konta było jednak grzechem przeciwko idei ubezpieczeniowej.

Potępia się też to, że konto ZUS-owskie jest corocznie waloryzowane w oparciu o zmianę siły nabywczej gromadzonych pieniędzy. Jednak dzięki temu przynajmniej wiemy, że nie straciliśmy siły nabywczej tego, co zgromadziliśmy. Natomiast nasze indywidualne konto w OFE jest przedmiotem gry giełdowej, i jest szansa, że szybciej wzrośnie siła nabywcza tych środków, ale jest również szansa, że spadnie, chociaż są urządzenia zabezpieczające. Wmówiono ludziom, że podejmowali decyzję. Nikt jednak nie wiedział, w jaki sposób który fundusz będzie funkcjonował. Więc to jest taki typowy przykład pozorów wolności decyzji. Zwróciłabym uwagę na jeszcze jedną rzecz: jak się w tym systemie wylicza emeryturę. Dzielimy sumę wszystkich waloryzowanych składek przez liczbę miesięcy, jaka statystycznie została nam do końca życia od momentu przejścia na emeryturę. Czyli jesteśmy nagradzani za to, że dużo zgromadziliśmy, ale jesteśmy karani za to, że chcemy długo pożyć.

(CC BY-NY 2.0 by karpiu)

Często podaje się przykład krajów Europy Zachodniej, gdzie wiek emerytalny jest wyższy.

Patrząc z lotu ptaka, możemy powiedzieć, że tam, gdzie jest lepsza służba zdrowia, lepsza sieć instytucji opiekuńczych, lepsza edukacja, tam, gdzie ludzie się bardziej oswoili z przemiennością rodzajów pracy i rodzajów aktywności życiowej (co do nas dociera w postaci umów śmieciowych, czyli w postaci przemienności od najgorszej strony), gdzie wreszcie wydłuża się wiek, w którym człowiek jest sprawny (nazywamy to dodawaniem życia do lat), tam ten ruch w górę ma sens. U nas też miałby sens, bo żyjemy dłużej, ale jest to kwestia tempa i kwestia stwarzania tych warunków, które tam uwiarygodniły te działania, które zresztą też są odrzucane, ludzie demonstrują. Takie posunięcia są zawsze odbierane jako naruszenie równowagi, która ludziom już się wydała oczywistością. Tak więc jeżeli zwiększymy dostępność instytucji, które nas leczą, edukują  i się nami opiekują, i zastępują nas w tych funkcjach opieki, wtedy możemy mieć nadzieję, że bez wprowadzenia żadnego nakazu ludzie powiedzą, że chcą dłużej pracować. Może nawet niekoniecznie dlatego, że dzięki temu emerytura będzie o sto złotych wyższa, tylko dlatego, że praca im będzie jeszcze dawać satysfakcję. Z kolei inni powiedzą: całe życie sobie obmyślaliśmy, jak będziemy żyć na emeryturze – podróże, lektury, przyjaciele – wolimy to wcześniej uzyskać, nawet, jeżeli tych stu złotych na te rzeczy nam zabraknie. Ta preferencja dla czasu wolnego w pewnych okresach rozwoju cywilizacyjnego wyraźnie wysuwa się na plan pierwszy. To może się dziać jednak wtedy, kiedy ludzie nie boją się już głodu, nie boją się mieszkania pod mostem. Oczywiście to ma znaczenie, o ile ta emerytura będzie niższa.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa