Trzeba bronić państwa

Uwagi na marginesie książki "Organizacje pozarządowe a korporacje" Michaela Yaziji i Jonathana Doha Z liczbami niełatwo jest polemizować. W 1993 roku według Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju na świecie istniało 50 tysięcy organizacji pozarządowych. Osiem […]


Uwagi na marginesie książki „Organizacje pozarządowe a korporacje” Michaela Yaziji i Jonathana Doha

Z liczbami niełatwo jest polemizować. W 1993 roku według Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju na świecie istniało 50 tysięcy organizacji pozarządowych. Osiem lat później tylko w Stanach Zjednoczonych Ameryki doliczono się 1,4 miliona NGO, których łączne przychody sięgały 680 miliardów dolarów, a zatrudnienie wynosiło 11,7 miliona osób. W skali globu sektor pozarządowy ma obroty w wysokości ponad biliona dolarów. W 2004 roku słowa „NGO” i „organizacja pozarządowa” pojawiały się na łamach „Wall Street Journal” i „Financial Times” dwadzieścia razy częściej niż przed dekadą. Skok jest bezdyskusyjny.

Al-Kaida i inne NGO

Ostatnie dwie dekady to nie tylko gwałtowny wzrost liczby i znaczenia oraz profesjonalizacja organizacji pozarządowych. W siłę rosły i rosną nadal międzynarodowe – czy nie słuszniej byłoby mówić „ponadnarodowe”? – korporacje, zmieniając nie tylko globalne zależności ekonomiczne, lecz także codzienne życie mieszkańców każdego zakątka Ziemi, co tak trafnie i przejmująco oddała Naomi Klein w No logo, a za nią szereg innych krytyków neoliberalnego porządku światowego.

Między szybko rozwijającymi się korporacjami a NGO musiało dojść do konfliktu. Pierwsze dążą przecież do maksymalizacji zysku, a globalizacja umożliwia im łatwe dzielenie procesu produkcji i przenoszenie go z kraju do kraju. Drugie są często organizacjami ruchu społecznego, za którymi stoi szereg zaangażowanych obywateli – już hrabia Alexis de Tocqueville przewidywał w dobrowolnych stowarzyszeniach kształt przyszłej demokracji. Chociaż zbiurokratyzowane globalne NGO swoją strukturą organizacyjną przypominają korporacje, a swoją działalnością dają wygodne alibi dla społecznej bierności, to ich cele, zasady i wartości są zgoła odmienne. Wydana przez PWN praca Organizacje pozarządowe a korporacje podejmuje temat skomplikowanych i różnorodnych relacji między NGO a biznesem. Jej autorzy, Michael Yaziji i Jonathan Doh, budowany na podstawie mocnych teorii wywód ilustrują studiami przypadków zarówno konfliktów, jak i współpracy.

Definicja sektora pozarządowego podana przez autorów jest bardzo szeroka. Mieszczą się w niej stowarzyszenia religijne, związki zawodowe, organizacje samopomocowe, niezależne ośrodki badawcze i ruchy społeczne. Obok Amnesty International, PETA czy WWF odnajdujemy więc Al-Kaidę, określoną jako radykalna organizacja ruchu społecznego, dążąca do zmiany istniejącego systemu, w przeciwieństwie do konserwatywnych lub neutralnych organizacji strażniczych, kontrolujących egzekwowanie panującego prawa. W sektorze pozarządowym sytuują się zarówno tendencje umiarkowane, jak i radykalne; tym drugim warto przyjrzeć się bliżej. Jeśli traktować konflikty między NGO a wielkimi firmami jak walkę Dawida z Goliatem – a ta metafora jest ze wszech miar uzasadniona – to właśnie na przykładzie organizacji radykalnych można niezbicie dowieść, że Goliat daje Dawidowi broń do ręki.

Siła słabego

Radykalizm jest zawsze relatywny: oznacza bycie w skrajnej mniejszości wobec przekonań pozostałych, niezależnie od racji lub jej braku. Radykalne są te grupy, które są nieliczne, marginalne i pozbawione realnego wpływu na rzeczywistość. Korporacje nie chcą z nimi rozmawiać lub pertraktować, wolą nie zauważać problemu lub lekceważyć go. W odcięciu od publicznej dyskusji radykałowie odnajdują swoje przewagi: ograniczoność ich zasobów rekompensowana jest przez mobilność, a skromna liczebność – przez jednorodność poglądów i wysokie zaangażowanie emocjonalne. To umożliwia im stosowanie szerokiego spektrum taktyk, od instytucjonalnych (pozwy, konferencje, lobbing) po kontrainstytucjonalne (marsze, blokady, bojkoty, niszczenie mienia, przemoc). Mobilne NGO mogą tworzyć koalicje, błyskawicznie przegrupowywać swoje siły, zaskakując zbiurokratyzowane biznesowe molochy. W ten sposób zwracają uwagę mediów, modyfikują postawy konsumentów, a nade wszystko obniżają morale pracowników korporacji. Jak zbadali Yaziji i Doh, to nie bojkoty konsumenckie czy destrukcja produktów, lecz właśnie utrata wiary i zaangażowania pracowników korporacji jest tym, co w wyniku kampanii społecznych przynosi firmom największe straty. Po prostu w przedsiębiorstwach oskarżanych o łamanie prawa, zanieczyszczanie środowiska czy męczenie zwierząt nikt przyzwoity nie chce pracować.

Szefowie i menedżerowie korporacji zaczynają to rozumieć i coraz częściej podejmują współpracę z tak zwaną „pozarządówką”. Niektórzy wskutek ataku ze strony NGO, inni z własnej woli szukają legitymizacji swojego przedsiębiorstwa. Choć wymaga to poniesienia kosztów bardziej ekologicznej produkcji lub działań charytatywnych na rzecz lokalnych społeczności, to w dłuższym czasie jest opłacalne, ponieważ zapewnia zaufanie konsumentów i pozytywny wizerunek firmy. Dlatego przekonanie monetarystów i neoliberałów, że business of business is business (funkcją firm jest wyłącznie przynoszenie zysków) odchodzi do lamusa, zastępowane przez corporate social responsibility. Ciekawe, kiedy uzmysłowią sobie to także polscy przedsiębiorcy, dla których jakiekolwiek obowiązki społeczne biznesu są wciąż zamachem na tzw. świętą własność prywatną. Choć CSR w praktyce nieraz okazuje się kwiatkiem do kożucha, daje nadzieję, że w ślad za nim pójdą głębsze zmiany w myśleniu o gospodarce.

Brakujące ogniwo

Yaziji i Doh zdają sobie sprawę, że sama współpraca poszczególnych korporacji z NGO niewiele zmieni, podobnie jak agresywne kampanie radykalnych organizacji. Wciąż będą czarne owce, raz po raz doprowadzające do tragedii wspólnego pastwiska, czyli sytuacji, w której korzyść jednostki przynosi zgubę całej grupie. Konieczne są szersze porozumienia dotyczące przestrzegania określonych standardów. Układy branżowe są w tej mierze niewystarczające, ponieważ zawsze ktoś może się wyłamać, a poza tym nie ma dość sprawnych mechanizmów kontroli i egzekwowania zadań. Dynamika relacji między organizacjami pozarządowymi a korporacjami wskazuje na konieczność ustalania obowiązujących wszystkie podmioty przepisów na poziomie państwowym oraz międzypaństwowym. Bez wsparcia ze strony rządowej fundacje i stowarzyszenia mogą zostać wchłonięte i zasymilowane przez kapitał, wykorzystane jako brand w kampaniach marketingowych.

Państwo musi znów stać się aktywnym graczem tym bardziej, że tylko w ramach prawnych i kulturowych nakreślonych przez model ustrojowy możliwy jest rozwój społeczeństwa obywatelskiego, którego przejawem są NGO. Wśród aspektów, które pozytywnie wpłynęły na przyrost organizacji pozarządowych w ostatnim dwudziestoleciu, należy zwrócić uwagę szczególnie na dwa: wolność polityczną i dobrobyt gospodarczy. Oba są charakterystyczne dla państw zachodniej demokracji liberalnej, a autorzy Organizacji pozarządowych… konstatują, że w innych regionach świata sektor pozarządowy rośnie tam, gdzie zwiększają się swobody polityczne i zamożność społeczeństwa. Zatem państwo obok roli regulatora rynku odgrywać też powinno rolę inkubatora postaw obywatelskich.

Mój niewielki tekst swoim tytułem nieskromnie nawiązuje do słynnego wykładu Michela Foucaulta Trzeba bronić społeczeństwa. Ta przekorna trawestacja jest zarazem kontynuacją: dziś, podobnie jak w 1976 roku, społeczeństwa trzeba bronić. Relacje między NGO a korporacjami pokazują jednak, że wyłaniające się z ruchów społecznych organizacje nie są w stanie zapewnić wystarczającej obrony przed zagrożeniami zglobalizowanej gospodarki. Potrzebne jest państwo.

Michael Yaziji, Jonathan Doh, Organizacje pozarządowe a korporacje (Wydawnictwo Naukowe PWN 2011).

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa