TOKARSKI: Powrót ideologii?

Nieliczne ideologie z początku XX wieku zastąpiło XXI-wieczne mrowie „złych wiar”: od hiperkapitalizmu po alterglobalizm, od pacyfizmu po fundamentalistyczny terroryzm, od tradycjonalizmu po radykalną postępowość.


W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia ogłoszono śmierć ideologii. Wielkie religie polityczne, mające dać ostateczne wyjaśnienie wszystkich ludzkich bolączek, bezpowrotnie utraciły wiarygodność. Potrzeba było bezprecedensowej katastrofy dwóch wojen światowych oraz doświadczenia totalitarnego terroru, aby do tego doprowadzić. Niemniej jednak sam fakt wydawał się wielu wybitnym intelektualistom niepodważalny. Ślepa ideologiczna wiara stała się niemożliwa. Mające moc zniewalania umysłów utopie zostały „odczarowane” przez wydarzenia historyczne. Zupełnie jak wcześniej filozofowie oświecenia odczarowali religijne wierzenia organizujące wyobraźnię przednowoczesnych społeczeństw.

Tę radosną nowinę głosili wybitni socjologowie, tacy jak Raymond Aron czy Daniel Bell. Ludzie sceptyczni tak wobec tradycji oświecenia, jak i idei postępu. Czy formułując myśl o końcu ideologii, nie ulegali jednak analogicznym złudzeniom, co luminarze racjonalizmu? Czy przez ich twierdzenia nie przeświecał historyczny optymizm, każący wierzyć, że z czasem ludzkość pozbywa się złudzeń i zastępuje je racjonalnymi, mocno ugruntowanymi w rzeczywistości przekonaniami? Z dzisiejszej perspektywy łatwo wykpić tezę o końcu ideologii jako wyraz naiwności. Czy oznacza to jednak, że była całkowicie fałszywa? Czy mamy uznać, że między pierwszą połową XX wieku a początkowymi dekadami XXI w przekonaniach zachodnich społeczeństw nie zmieniło się nic istotnego?

Czym jest ideologia?

Zanim spróbuję odpowiedzieć na te pytania, warto zastanowić się, czym właściwie jest ideologia. Słownikowa definicja określa ją neutralnie, jako „całokształt haseł i poglądów jakiegoś kierunku, prądu politycznego, ekonomicznego, artystycznego, jakiejś grupy społecznej, politycznej, artystycznej; pogląd na świat”. Ideologią jest więc z tej perspektywy zarówno bolszewizm, jak i wegetarianizm. Tym samym powyższa definicja nie wychwytuje wyraźnie pejoratywnego zabarwienia, jakie interesujące nas słowo ma w mowie potocznej. Na co dzień nikt przecież nie ucieszy się, kiedy powiemy mu, że myśli ideologicznymi kategoriami.

Proponuję więc przyjąć ostrzejszą, moralnie zaangażowaną definicję tego pojęcia oraz ograniczyć je do sfery polityki. Ideologia polityczna to kłamstwo zorganizowane w spójny światopogląd. Kłamstwo czasami ordynarne, a w innych przypadkach subtelne. Nie chodzi bowiem o to, że podstawowa treść ideologicznej wiary jest zawsze, z definicji, fałszywa. Jej kłamliwość polega raczej na tym, że rości sobie pretensje do bycia prawdą wyłączną, rozstrzygającą o całej rzeczywistości. To absolut, któremu wszystko musi zostać bezwzględnie podporządkowane. Stąd iście diabelska siła przyciągania ideologii. Dając całościowy obraz świata, stanowi coś w rodzaju metafizycznej morfiny. Potrafi ukoić każdy lęk, zaleczyć każdą ranę. Daje klarowną odpowiedź na wszelkie pytania, jakie człowiek może sobie zadać. Jest żarliwą wiarą przebraną dla niepoznaki w szaty niepodważalnej wiedzy. A poza tym wszystkim daje również swoim wyznawcom coś jeszcze. Uwalnia ich od nieznośnego poczucia odpowiedzialności. Już nie muszę wybierać i brać na swoje ramiona ciężaru dokonywania wyborów. Ktoś (lub coś) o wszystkim rozstrzyga za mnie. Dość udręki bycia podmiotem. Witaj, rozkoszne poczucie bycia rzeczą!

W tym, jak mi się wydaje, tkwi sama istota ideologicznej pokusy. Mówi ona: „Oddaj mi siebie, a w zamian obdarzę cię sensem istnienia”. Myli się, kto za istotny uważałby jedynie drugi element tej przewrotnej transakcji. Nie chodzi jedynie o to, co jednostka zyskuje. Konformistyczne kalkulacje pojawiają się zazwyczaj dopiero, gdy dana ideologia zajęła pozycję dominującą, oferując swym wyznawcom materialny dostatek i wysoką pozycję społeczną. Dla kasty głęboko wierzących, od których wszystko się zaczyna, istotne znaczenie ma raczej odwrotna strona wspomnianego równania. Ideologia pociąga ich nie dlatego, że wszystko ofiarowuje, ale – paradoksalnie – dlatego, że wszystkiego pozbawia. Jest ołtarzem, na którym można się poświęcić. Sprawa jest święta właśnie z tej przyczyny, że w całości się jej oddałem.

To osobliwe, zaszyte w sercu ideologicznej wiary „jądro ciemności” potwierdzają dzieje zaangażowania intelektualistów w komunizm. Próbując zrozumieć jego przyczyny, wylano morze atramentu by wyjawić „symfoniczny urok marksizmu” (określenie François Fureta) czy zrozumieć naturę „heglowskiego ukąszenia” (o którym pisał u nas choćby Czesław Miłosz). Tym, co zazwyczaj pomijano w tych skądinąd niezwykle cennych i przenikliwych analizach, był pewien prosty, ale muszący budzić niepokój fakt: im bardziej krwawy i bezwzględny był reżim komunistyczny, z tym większą ochotą zachwalali go rozmaici filozofowie i pisarze. Czasy stalinowskie to okres najgłębszego zaangażowania, najbardziej fanatycznej wiary. Po przełomowym roku 1956 magnetyzm ideologii zdecydowanie osłabł. Nie dlatego, że referat Chruszczowa obnażył nieludzką twarz komunizmu. Dokładnie na odwrót: z tej przyczyny, że pokazał jej ludzkie oblicze. Nagle, ustami przewodniczącego partii komunistycznej ZSRR przyznano, że do wyznaczanego przez ideologię celu – społeczeństwa bezklasowego – nie należy dążyć za wszelką cenę, nie zważając na koszty. A skoro cel nie usprawiedliwiał już całkowicie bezwzględnego działania, tracił otaczający go nimb świętości. Bóg mordu osobiście skrytykował rytuał składania mu krwawych ofiar. Tak w umysłach intelektualnych fellow travelers prysła magia komunistycznego zaklęcia.

Cząstki elementarne

Warto zastanowić się nad tym, dlaczego w człowieku w ogóle pojawia się potrzeba tworzenia i wyznawania ideologii. Czy nie rodzi się w ludzkim sercu wraz z poczuciem dotkliwego osamotnienia, niepewnością sensu własnej egzystencji? Jeżeli tak jest, będzie dla nas jasne, dlaczego czasy nowoczesne (a zatem epoka rozumu, nauki, zrywania z przesądami) przyniosły ze sobą istną erupcję ideologicznych wierzeń. Że tak właśnie może się stać, przewidywał wielki XIX-wieczny myśliciel francuski, Alexis de Tocqueville. Jak pisał, „kiedy mieszczanin został dokładnie odcięty od szlachcica, a chłop od szlachcica i mieszczanina, kiedy analogiczne dzieło dokonało się w łonie każdej klasy i każda z nich podzieliła się na małe grupki, niemal tak samo od siebie izolowane, jak jedna klasa od drugiej – wówczas okazało się, że całość społeczeństwa stanowi już tylko jednorodną masę, ale jej cząstki nie są już ze sobą powiązane”.

Pojedynczy człowiek stawał więc osamotniony wobec przybierającego postać ogromnego ludzkiego roju społeczeństwa. Pozbawiony wyraźnych punktów oparcia (nowoczesna nauka podważyła właśnie wiarygodność chrześcijańskiego opisu świata), stawał się złakniony nowej wiary. Czegokolwiek, co byłoby zdolne wyjaśnić mu nie tylko, kim sam jest jako jednostka, ale również dokąd zmierza świat jako całość i jakimi rządzi się regułami. Zachłanne, obsesyjne niemal pragnienie odzyskania twardego gruntu pod stopami staje się w epoce nowoczesnej jednym z najgłębszych pragnień jednostki. W sytuacji, gdy – jak pisał Gustaw Herling-Grudziński – „rozkleja się stopniowo i kruszy spoiwo społeczne, pozostaje jednorodna masa złożona z izolowanych, nie powiązanych już ze sobą cząstek”. A cząstka elementarna pragnie jednego: nie być oderwanym od reszty świata atomem. Chce przynależeć do czegoś większego; czegoś, w czym może się zatracić i odnaleźć sens. Dlatego, jak zauważał polski pisarz, dzieje ideologii w XX wieku można opisać w kategoriach epidemii, jako rodzaj dżumy. Dodam od siebie: dżumy metafizycznej, potwierdzającej nieusuwalność ostatecznych wyobrażeń (absolutnego dobra i zła, początku i końca, prawdy i fałszu) z ludzkiej wyobraźni.

Jeżeli tak jest w istocie, ideologii nie można traktować jako przejściowego etapu w ewolucji nowoczesnych społeczeństw. Nie można na nią patrzeć jak na rzecz, która w pewnym okresie rozwoju przydarzyła się ludzkości, ale z której może ona wyrosnąć, jak wyrasta się z rozmaitych młodzieńczych złudzeń. Przeciwnie: rozumiana w ten sposób ideologia jest nieodłączną stroną nowoczesnego społeczeństwa. Ponieważ wytwarza ono coraz bardziej niezależne (a więc naraz „wolne” i „wyizolowane”) jednostki, wytwarza również stale pragnienie posiadania ideologii. Tworzy tęsknotę za głębszym sensem. A także – niejako wbrew najgłębszym tendencjom naszej zachłyśniętej ideałem samorealizacji epoki – pragnienie oddania się czemuś, co nas przekracza. Rewersem iście faustycznej pogoni za absolutną wolnością jest pokusa ucieczki od niej. To nie sprzeczność. To dwie strony tej samej monety.

Ideologia dziś

Czy zatem nic się nie zmieniło? Kilka lat przed tym, jak Raymond Aron i Daniel Bell sformułowali swoje śmiałe hasło o końcu ideologii, włoski filozof Nicola Chiaromonte napisał na łamach prestiżowego pisma „The Encounter”: „Nasza epoka nie jest ani czasem wiary, ani niewiary. To czas złej wiary: poglądów, które przyjmujemy z braku prawdziwych, głębokich przekonań. Czas użytecznych kłamstw – świadomie preparowanych i świadomie przyjmowanych fikcji, które zajmują miejsce zarezerwowane dotąd dla prawdy z tej prostej przyczyny, że są niezmiernie poręczne. Korzystamy więc z nich bardzo chętnie, mimo, że prowadzi to do powstania języka, w którym nawet prawdomówny człowiek czuje się jak w potrzasku”. Zdania te jednocześnie wieszczą zmierzch starych, „wielkich” ideologii oraz narodziny nowych, mniejszych – nie tak krwiożerczych, ale nie mniej wszędobylskich. Owe wielkie, polityczne ideologie, które właśnie utraciły swą wiarygodność, przynależały jeszcze – przynajmniej w jakiejś swojej części – do epoki wiary. Zawarte w nich obietnice traktowano bardzo serio; do tego stopnia, że posuwano się w ich realizacji do najbardziej radykalnych środków politycznej przemocy. Nowe ideologie, o których pisze Chiaromonte, charakteryzuje nie idealizm, lecz cynizm. To fikcje preparowane z całą świadomością ich fałszu i równie cynicznie przyjmowane, jako poręczne kłamstwa, przez swoich „wyznawców”. Tak wiarę ślepą i fanatyczną zastępuje „zła wiara” – ostatnia deska ratunku przed drążącym współczesnych poczuciem bezsensu i pustki. Nihilistyczna ucieczka przed nihilizmem.

Owa zła wiara jest przy tym tak wszędobylska, że z łatwością można jej nie zauważyć. Współczesna wersja ideologii to przede wszystkim język wprzęgnięty w służbę kłamstwu. To kłamstwo przetworzone w system samopotwierdzających się „prawd”. Racjonalnie zorganizowane i skrupulatnie obliczone; mające zapewnić tym, którzy je preparują osiągnięcie pożądanego rezultatu. Z całkowitą świadomością fałszywości swojego przekazu, podsuwa się nam pod nos rozmaite „prawdy”: o tym, która pasta do zębów da mi śnieżnobiały uśmiech, dzięki któremu uwiodę każdą dziewczynę; jaki napój da mi poczucie „bycia sobą”; która zabawka uszczęśliwi moje dziecko, a ze mnie uczyni najlepszego tatę pod słońcem. W tym sensie przemysł marketingowy jest z samej swojej natury ideologiczny. Co gorsze, oswaja nas z tym, że można (i należy) kłamać „systemowo” – tj. przedstawiać całościowo fałszywy obraz rzeczy. Media tożsamościowe, sprzedające swoim odbiorcom spójny światopogląd na rynku tak wolnym, że aż zwolnionym z obowiązku bezstronnego opisywania rzeczywistości, są dzieckiem, czy może raczej przedłużeniem świata kampanii reklamowych. Tak jak produkty coraz częściej mają mówić o tym, kim jesteśmy niż odpowiadać na konkretne potrzeby (zegarek, który mam na ręce, jest znakiem mojego statusu społecznego, a nie zwyczajnym urządzeniem pozwalającym mierzyć czas), tak media tożsamościowe dają nam wizję jasnej hierarchii wartości i oferują mocne poczucie przynależności. Dzięki nim wiem, kim jestem. Wiem również, kogo mam uważać za swoich wrogów.

A zatem ideologie nie umarły. Zmieniły jedynie swoją postać. Te nie tak liczne z początku XX wieku (nazizm, komunizm, faszyzm) zastąpiło XXI-wieczne mrowie „złych wiar”: od hiperkapitalizmu po alterglobalizm, od pacyfizmu po fundamentalistyczny terroryzm, od tradycjonalizmu po radykalną postępowość. Przykłady można by mnożyć. Jak wyzwolić się od złej wiary? Nie ma na to chyba żadnej prostej recepty. Być może warto zacząć od przekonania, że lustro rzeczywistości zostało rozbite. Że nie ma żadnej pojedynczej idei zdolnej wyjaśnić wszystko. Najprostszym sposobem na odparcie ideologicznej pokusy może więc być pochwała naszej niewiedzy w sprawach ostatecznych: tej największej z przygód bycia człowiekiem.

Jan Tokarski – eseista, filozof. Redaktor „Przeglądu Politycznego” i kwartalnika „Kronos”. Ostatnio opublikował książkę pt. Zderzenia (Warszawa 2018).

Zdjęcie: za Wikipedia, Domena Publiczna (CC0)

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa