TOKARSKI: Jak rodzi się monstrum?

O "Jokerze" Todda Phillipsa


To nie jest komiks

Chudy i zgarbiony człowiek, powłócząc nogami, wspina się po wysokich schodach. Wraca do domu ze spuszczoną głową, pełną zamętu i – jak wyznał swojej psycholog – „samych negatywnych myśli”. Nad nim po obu stronach wznoszą się przygnębiająco ciężkie i wysokie ceglane budynki, na schodach walają się śmieci. Gotham jest równie brzydkie i upadłe, jak bohater, którego mozolną wspinaczkę obserwujemy.

Nazywa się Arthur Fleck i jest (czy raczej chce być) komikiem. Zarabia niewielkie pieniądze, pracując jako klaun. Próbuje rozweselić to wielkomiejskich przechodniów, to znów chore dzieci na jednym ze szpitalnych oddziałów. W niewielkim, ciasnym mieszkaniu czeka na niego matka schizofreniczka, zamknięta w ciaśniejszym jeszcze świecie swych iluzji i rojeń. Syn dba o nią najlepiej, jak potrafi. Ich dom trudno jednak uznać za pełen radości i ciepła. Śmiech w ich smutną egzystencję wprowadza jedynie Murray Franklin – prezenter popularnego rozrywkowego show w telewizji. Jest początek lat 80. – szczytowy moment władzy tego medium nad masową wyobraźnią.

Artykuł pochodzi z nowego numeru Res Publiki, który zostanie zaprezentowany 12 grudnia. Zapraszamy na debatę wokół niego oraz spotkanie świąteczne. Wymagana rejestracja.

W takiej właśnie scenerii, nawiązującej otwarcie (by nie powiedzieć: nachalnie) do estetyki filmów Martina Scorsese, reżyser Todd Phillips postanowił umieścić akcję swojego Jokera – filmowego studium psychologicznego rozkładu pojedynczego człowieka, ale i społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć. Nawiązania do komiksów o Batmanie, którego Joker (kapitalnie zagrany przez Jacquina Phoenixa) będzie głównym przeciwnikiem, są luźne, mają charakter dopisków na marginesie. Filmowi Phillipsa bliżej jest do słynnego Upadku Joela Schumachera z Michaelem Douglasem w roli popadającego w szaleństwo inżyniera czy (toutes proportions gardées) Mechanicznej pomarańczy Stanleya Kubricka niż do Batmanów Tima Burtona, czy nawet Christophera Nolana. Fakt, że tego rodzaju film nakręcił twórca wyjątkowo głupiej i niesmacznej serii Kac Vegas dziwić może jedynie przed obejrzeniem samego dzieła. Wydaje się bowiem, że z Arthurem Fleckiem (późniejszym Jokerem) łączy Phillipsa całkowity brak poczucia humoru. Jego żarty – podobnie jak żarty jego bohatera – nie są śmieszne, lecz złośliwe. To śmiech na wskroś cyniczny, taki, który ma ranić.

Ogromny kasowy sukces Kac Vegas wskazuje jednak na to, że Phillips doskonale rozumie współczesną kulturę wyszydzania. Śmiać możemy się bowiem z kimś, ale możemy również śmiać się z kogoś. W tym drugim przypadku śmiech nie pełni funkcji wyzwalającej, nie przynosi katharsis. Przeciwnie, krzywdzi. Przez sporą część filmu Phillips każe więc nam przyglądać się, jak Arthur Fleck znosi coraz to nowe dawki bólu. W pracy nikt go nie szanuje, uznawany jest za niedojdę. Dla zabawy bije go banda młodych chuliganów, najwyraźniej niedostatecznie rozbawiona jego klaunowskimi popisami na jednej z ulic miasta. W sytuacjach stresowych Arthur miewa napady maniakalnego śmiechu; wstrząsa nim chichot, który jest rozpaczą. Tak zareaguje w autobusie, gdy matka chłopczyka, którego usiłował rozbawić, każe mu odczepić się od syna. Jeszcze mocniejszy atak dopadnie go w metrze, gdy trójka wracających z pracy w Wayne Industries japiszonów zacznie zaczepiać młodą kobietę. Chichot Arthura sprawi, że zaraz to on – a nie ona – stanie się przedmiotem ich ataku. Między mężczyznami dojdzie do szarpaniny, w trakcie której rewolwer, w którego posiadanie Arthur wszedł zupełnym przypadkiem, wystrzeli, zabijając jednego z napastników. Dwóch kolejnych przyszły Joker zabije już w całkowicie świadomy sposób – jednego w wagonie metra, drugiego uciekającego w popłochu na stacji. Fleck, przerażony tym, co zrobił, wybiegnie z miejsca zbrodni, by skryć się w jednej z miejskich toalet. Dopiero tam, ochłonąwszy nieco, spojrzy w swoje umazane krwią odbicie w lustrze i zobaczy w nim klauna mordercę. Tak rozpocznie się powolna transformacja człowieka w monstrum.

„Czy to tylko ja, czy ludzie zaczynają wariować?”

Czy upadek Arthura jest z góry przesądzony? Czy ciąży nad nim jakieś fatum i, bez względu na wszystko, nie ma dla niego innego wyjścia jak tylko stać się Jokerem? Nie, to tylko nasze, widzów, złudzenie. Fleck nie musi pogrążyć się w obłędzie, nie musi stać się zbrodniarzem. Ratunkiem mogłaby okazać się czarnoskóra sąsiadka, mieszkająca w tym samym co on ponurym bloczysku. Albo psycholog, do której chodzi na terapię i która wypisuje mu lekarstwa na jego psychiczne dolegliwości. Wreszcie – ocalenie mogłoby przyjść od innych ludzi, gdyby tylko zechcieli Arthura dostrzec, poświęcić mu nieco uwagi lub chociaż śmiać się z jego dowcipów. „Najgorsze w byciu obłąkanym – notuje Fleck w swoim dzienniku – jest to, że wszyscy oczekują, że będziesz zachowywał się normalnie”.

Obłęd nie jest jednak tylko stanem umysłu Arthura. To również kondycja całego miasta. W jego kanałach, jak podają media, grasują ogromne szczury, a strajk śmieciarzy powoduje, że odpady dosłownie walają się po ulicach. Biedota z przedmieść czuje się wykluczona i pozbawiona godności. Bogacze pokroju Thomasa Wayne’a, ojca przyszłego człowieka nietoperza, mają ją w pogardzie. Umalowany niczym klaun tajemniczy morderca z metra, który odebrał życie trzem przedstawicielom zamożnej i aroganckiej finansjery, zaraz staje się więc symbolem społecznego buntu – mimowolnym bohaterem uciśnionych. Wykrzywiona w złowrogim uśmiechu maska jokera staje się emblematem dla wszystkich tych, których zepchnięto na margines. „Wszyscy jesteśmy klaunami” – transparenty z takim hasłem niosą zrewoltowane masy podczas burd na ulicach Gotham.

Dla Arthura wciąż jeszcze nie jest za późno, jego los nie jest przesądzony. Kropel, które przeleją czarę goryczy, będzie kilka. Matka, do której tak mocno był przywiązany, okaże się oszustką, która pozwalała go krzywdzić, gdy był niemowlęciem. Flecka odepchnie również wspomniany Thomas Wayne – według rojeń matki biologiczny ojciec Arthura. W końcu publiczne upokorzenie przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony: nieudany występ naszego (anty)bohatera w barze dla początkujących komików wyśmieje w swym telewizyjnym programie Murray Franklin. Dopiero gdy spadną na niego te wszystkie nieszczęścia, Arthur nareszcie zrozumie: „Zawsze wydawało mi się, że moje życie to tragedia. Ale teraz wiem, że jest komedią”.

Monstrum narodzi się z bólu, z odrzucenia, z wszystkich doznanych upokorzeń. W świecie pozbawionym autentycznych radości i autentycznych uczuć odnajdzie uciechę będącą ersatzem wszystkiego, czego mu odmówiono: nihilistyczną przyjemnością niszczenia. Phillips obrazuje tę transformację sceną, która ma szansę wejść do historii kina. Oto narodzony właśnie Joker schodzi ze schodów, po których wcześniej z takim mozołem wspinał się Arthur Fleck. Więcej: nie schodzi, ale zstępuje z nich, wykonując maniakalny taniec wyzwolenia i szczęścia. Phoenix wygina się w tej scenie i pręży, zeskakuje radośnie po kolejnych stopniach w rytm kultowej Hey Song Garry’ego Glittera – piosenki puszczanej zwykle w USA w halach podczas wielkich imprez sportowych. Użycie takiej właśnie ścieżki dźwiękowej to jeden z najokrutniejszych żartów, na jakie Phillips pozwolił sobie w całym filmie. Od tej chwili nie istnieje już Arthur Fleck. Jego miejsce zajął Joker.

Czy zło można zrozumieć?

Film właściwie mógłby skończyć się w tym momencie. Wszystko, co następuje później, jest już przewidywalne, a miejscami – nieprzekonujące. Słabo, bo pretensjonalnie, wypada zwłaszcza krótka tyrada Jokera podczas show Murraya Franklina, do którego został zaproszony. Dokonane na wizji zabójstwo popularnego prezentera cementuje pozycję Jokera jako ikony nihilistycznej rewolty. Złaknione krwi, przyodziane w maski klaunów masy wychodzą na ulice, by siać zamęt i zniszczenie. W jednej z ciemnych uliczek ktoś dostrzeże uciekającego z rodziną Thomasa Wayne’a i postanowi ukarać multimilionera za jego arogancję. To jedyny w całym filmie moment, w którym Wayne senior budzi w nas współczucie.

Film Todda Phillipsa nie jest arcydziełem. To solidne, dobrze zrobione kino. Całość niesie porywająca kreacja Jacquina Phoenixa, którego Arthur Fleck jednocześnie przeraża i którego zwyczajnie, po ludzku, jest nam żal. Tym, co w tym filmie szczególnie ciekawe, jest jednak, moim zdaniem, swoisty „powrót wypartego”. Otóż wydawać by się mogło, że kultura masowa z samej swojej istoty prowadzi do spłaszczenia wszystkich ludzkich problemów i dylematów, redukuje człowieka do jednego banalnego wymiaru. Tymczasem niezaprzeczalnie związany ze światem komiksu Joker okazuje się, paradoksalnie, zaprzeczeniem ducha komiksowych uproszczeń i przewidywalnych schematów. Odwieczne pytanie o źródło zła – undo malum? – postawione tu zostaje na serio i w ciekawej formie. Czy Arthur Fleck musi stać się Jokerem? Nie wiadomo. Z jednej strony Phillips zdaje się odpowiadać jasno: zło nie bierze się znikąd. Jest dzieckiem bólu, samotności, odrzucenia. Jest zemstą życia, które samo siebie uznało za śmieszne i pozbawione wartości; za jeden więcej śmieć zalegający na ulicach miasta. Z drugiej strony jednak – pozostaje tajemnica. W ostatniej scenie filmu zamknięty w zakładzie psychiatrycznym Fleck śmieje się obłąkańczo, choć – jak możemy przypuszczać – po raz pierwszy autentycznie, a nie w związku z trawiącą go chorobą. „Co cię tak bawi?” – pyta rozmawiająca z nim psycholog. „Nie, nie zrozumiesz tego” – brzmi odpowiedź chichoczącego Flecka. Również my nie rozumiemy.

Jednak za to, że podjął się próby przedstawienia ludzkiej twarzy zbrodniarza, na Todda Phillipsa posypały się gromy. Entuzjastycznie przyjęty przez część krytyków Joker spotyka się również z zarzutami, że zawiera nihilistyczne przesłanie, a nawet, że zachęca do przemocy. Twórców oskarża się również o mizoginię (Fleck, oględnie rzecz ujmując, nie ma szczęścia do kobiet), stygmatyzowanie osób chorych psychicznie, a nawet rasizm (kobieta opryskliwie traktująca antybohatera w autobusie jest czarnoskóra).

Tylko w przypadku pierwszego z tych zarzutów jest coś na rzeczy. Phillips próbuje pochylić się nad Jokerem ze zrozumieniem – czy to jednak znaczy, że go usprawiedliwia? Nie sądzę. Fascynuje go natomiast (podobnie jak nas, widzów, skoro zdecydowaliśmy się wejść na kinową salę na ten właśnie film) genealogia zła – ów trudno uchwytny moment, w którym w człowieku coś pęka i nagle staje się zdolny do wszystkiego. Pytać o ten moment, badać go, prześwietlać jest zawsze ryzykownym zajęciem. Ale niemniej ryzykowne jest również przekonanie, że morderca to tylko monstrum – pozbawiony ludzkich cech potwór, z którym my, zwyczajni ludzie, nie mamy nic, ale to nic wspólnego.

Jan Tokarski – eseista, filozof, redaktor „Przeglądu Politycznego” i kwartalnika „Kronos”. Niedawno ukazała się jego nowa książka Moment Tukidydesa.

Na zdjęciu fragment kolażu stworzonego przez AntMan3001 na Flickr. 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa