„Tak” dla deregulacji

Ciężar dowodu zawsze powinien spoczywać po stronie tych, którzy chcą ograniczenia wolności. W tym przypadku ciężar dowodu obciąża zwolenników reglamentacji – niech udowodnią, że dobro wspólne, a nie tylko interesy wąskich grup, wymaga bronionych przez […]


Ciężar dowodu zawsze powinien spoczywać po stronie tych, którzy chcą ograniczenia wolności. W tym przypadku ciężar dowodu obciąża zwolenników reglamentacji – niech udowodnią, że dobro wspólne, a nie tylko interesy wąskich grup, wymaga bronionych przez nich ograniczeń.

Bariery są zbędne

Publiczna debata wokół deregulacyjnych (tudzież dereglamentacyjnych) projektów Jarosława Gowina oparta jest na błędnym założeniu, że to zwolennicy otwierania dostępu do zawodów powinni udowodnić w każdym przypadku, że reglamentacja w obecnej formie jest szkodliwa. Słyszy się często głosy pozornego zdrowego rozsądku: poczekajmy, zbadajmy, przecież jeśli wprowadzono jakieś ograniczenia to musiał być ku temu dobry powód. Otóż nie!

Drugim znaczącym mankamentem wspomnianej debaty jest niepotrzebna fiksacja na perspektywie stworzenia nowych miejsc pracy. Rzeczywiście, prawdopodobne jest, że po deregulacji statystki wykażą wzrost zatrudnienia w niektórych zawodach, spowodowany rejestracją osób wykonujących dziś te zawody „na czarno” lub w imieniu posiadających odpowiednie uprawnienia (np. osoby wykonujące czynności pomocnicze na rzecz pośrednika w obrocie nieruchomościami – w branży zwane pieszczotliwie „owcami”). Sceptycznie podchodzę jednak do otwierania oficjalnego dostępu do zawodów jako istotnego narzędzia do walki z realnym bezrobociem. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, gdyż zasadnicze argumenty za deregulacją zdecydowanie przeważają.

Pierwszym i zarazem wystarczającym argumentem za usuwaniem barier w dostępie do zawodów jest to, że bariery te są zbędne. Innymi słowy, albo nie służą dobru wspólnemu wcale, albo w zamierzeniu miały w jakiś sposób chronić interes publiczny, ale robią to w sposób nieproporcjonalny.

Rola rzetelnej informacji

Za przykład niech posłuży czołowy argument zwolenników reglamentacji, którym  jest rzekoma potrzeba naprawienia asymetrii informacji pomiędzy konsumentem a usługodawcą. Mówi się na przykład, że przeciętny konsument nie będzie umiał z góry ocenić kompetencji prawnika. Odpowiedź jest bardzo prosta – reglamentacja dostępu do zawodu nie jest proporcjonalnym środkiem zaradczym na asymetrię informacji. Jeśli rzeczywiście rynek nie dostarcza wystarczającej ilości informacji (fakt zdecydowanie dyskusyjny), to dlaczego nie nałożyć obowiązków informacyjnych? Na czym takie obowiązki mogą polegać? Niech każdy, kto świadczy usługi doradztwa prawnego ma obowiązek zgodnie z prawdą informować, czy skończył studia prawnicze, czy skończył aplikację, czy jest adwokatem lub radcą prawnym.

Co więcej, fakt, że dzisiaj brakuje informacji, jest po części spowodowany tym, że państwo podtrzymuje iluzję gwarancji jakości usług świadczonych przez osoby posiadające wszelkiego rodzaju uprawnienia zawodowe. Pokutuje wciąż błędne przekonanie, że zdany państwowy egzamin udowadnia czyjeś kompetencje. Brak tutaj miejsca, by wykazywać, że to konkurencja jest najlepszym gwarantem jakości, a państwo najczęściej równa w dół i dbając jednocześnie o to, żeby się nikt nie wybijał. Z jednej strony konsumenci potrzebują informacji, z drugiej prawo lub wiążące zasady etyczne znacznie ograniczają możliwości reklamy wielu usługodawców.

Nadrzędność możliwości wyboru

Mimo tych wszystkich przeszkód rynek sam odpowiada na zapotrzebowanie. Szukając dobrego lekarza zwykle radzimy się rodziny, znajomych. Od niedawna również możemy sprawdzać opinie o danym lekarzu w specjalnie do tego celu stworzonych serwisach internetowych. Oczywiście pozostaje jeszcze wielkie spektrum usług informacyjnych, które są słabo rozwinięte w Polsce – żeby wspomnieć tylko o testach i rankingach konsumenckich przygotowywanych przez dziennikarzy lub organizacje konsumentów. Deregulacja ma szansę przyczynić się do zwiększenia popytu konsumentów na rzetelną informację.

Wbrew wyobrażeniom przedstawicieli korporacji prawniczych, świadczenie usług prawnych nie jest działalnością na tyle specjalistyczną, by wymagało kompleksowej regulacji. Nie przekonują tu argumenty o nieodwracalności konsekwencji błędów w sztuce – błąd mechanika samochodowego może skutkować śmiertelnym wypadkiem, a jakoś powierzamy nasze bezpieczeństwo osobom bez 5-letnich studiów, 3-letniej aplikacji i dwóch egzaminów państwowych. Nie przekonują też argumenty o tym, że od prawnika można wymagać staranności, ale nie efektów. Ta bardzo wygodna dla prawników mrzonka jest falsyfikowana przez rynek. Klientów interesuje efekt i coraz częściej wymagają od prawników partycypowania w ryzyku.

Może czas na „prywatyzację” korporacji prawniczych? Wystarczy uchylić odpowiednie ustawy o adwokaturze, o radcach prawnych. Niech samorządy rządzą się same, przyjmują kogo chcą, szkolą kogo chcą. Niech bronią się jakością usług. Oczywiście, trzeba jednocześnie odebrać im monopol na nieograniczone reprezentowanie klientów przed sądami powszechnymi. Na pewno poradzą sobie świetnie w nowej wolnorynkowej rzeczywistości.

Na koniec jedna myśl, którą mam nadzieję kiedyś zrozumie przynajmniej część zwolenników reglamentacji: nie pomaga się ludziom, zabierając im możliwość wyboru.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Jeden komentarz “„Tak” dla deregulacji”

Skomentuj

Res Publica Nowa