Sztuka znikania

Wizerunek osoby powstający ze śladów zostawionych w przestrzeni wirtualnej ma konsekwencje w życiu społecznym. Każdego dnia w sieci trafiamy na mnóstwo komunikatów, które w różnym stopniu wpływają na nasze wybory. W tej sytuacji granica pomiędzy […]


Wizerunek osoby powstający ze śladów zostawionych w przestrzeni wirtualnej ma konsekwencje w życiu społecznym. Każdego dnia w sieci trafiamy na mnóstwo komunikatów, które w różnym stopniu wpływają na nasze wybory. W tej sytuacji granica pomiędzy off- i online staje się przezroczysta. Internet to już nie alternatywny świat, a raczej narzędzie do kształtowania rzeczywistości. A nadrzędna zasada działania nie odbiega od obsługi maszynki do mielenia mięsa – dobrze używana może pomóc w przygotowaniu obiadu, źle – pozbawić palców.

Internet to wielozadaniowe narzędzie – doskonale trafiające w ludzką skłonność do upraszczania życia. Za jego pośrednictwem można załatwić prawie wszystko, stąd czas spędzany przed monitorem wydłuża się. Wprost proporcjonalnie spada liczba godzin poświęcanych na aktywności z kategorii offline. Wiele osób uświadamiając sobie to, decyduje się na internetowy detoks: podejmując wyzwanie w rodzaju „trzydzieści dni bez portali społecznościowych/telefonu/komputera” lub ograniczenie korzystania z nich do niezbędnego minimum. Amerykańska dziennikarka Susan Maushart wraz ze swoją rodziną przeprowadziła całkowity „medialny detoks”. Swoje doświadczenia opisuje w książce „E-migranci. Pół roku życia bez internetu, telefonu i telewizji” (oryginalny tytuł wiele mówi o sytuacji wyjściowej u Maushartów: The winter of our disconnect: how three totally wired teenagers (and a mother who slept with her iphone) pulled the plug on their technology and lived to tell the tale). Autorka chciała w ten sposób przekonać się, w jakim stopniu codzienne funkcjonowanie – na płaszczyźnie rodzinnej, ale też indywidualnej – przesiąknięte jest obecnością mediów, sprawdzić, czy używamy ich, czy „mieszkamy w nich” – a one w nas (Maushart pisze, że kiedy wydarzy się coś śmiesznego, jej dzieci nie wydawały dźwięku „ha ha”, ale mówiły LOL). Półroczne życie bez ekranów doprowadziło ją nie tyle do totalnej krytyki cyfrowego świata, co raczej zdobycia umiejętności kontrolowanego użytku technologii – odsiewania wartościowych stron i usług od zjadaczy czasu.

Susan Maushart tym razem online. Fot. susanmaushart.com
Susan Maushart tym razem online. Fot. susanmaushart.com

Jedni decydują się wyłączyć wifi i odciąć grubą kreską od swojej przeszłości w sieci, żeby pełniej korzystać z życia. Inni podejmują znacznie bardziej radykalne kroki – takie jak kasowanie swojej medialnej tożsamości – z pobudek dla ochrony prywatności. Media co i rusz informują o tym, że zamieszczenie w internecie określonej treści narobiło komuś problemów. Przykłady – mniej lub bardziej zatrważające – można by mnożyć godzinami. Równie dużo czasu trzeba poświęcić na wymazywanie śladów pozostawionych w sieci – na blogu Who Is Hosting This? pojawiła się infografika prezentująca w dziewięciu krokach jak zniknąć z wirtualnej przestrzeni.

„Internetowy dorobek” może się okazać nadspodziewanie duży, jeśli zsumujemy wszystkie serwisy, z których korzystamy aktywnie, jak i te, na które zarejestrowaliśmy się, bo zapowiadały się ciekawie, a po pierwszym logowaniu okazały kompletnie bezużyteczne. Szukanie na własną rękę wszystkich utworzonych profilów może być żmudne i frustrujące – a przede wszystkim trwać długo. Pojawiają się jednak strony pomagające „uśmiercić” konta na różnych portalach, jak justdelete.me. Znajdziemy tam listę ponad trzystu stron wraz z linkami prowadzącymi do podstrony umożliwiającej wykasowanie swojego profilu na danym portalu (trzeba przyznać – nieraz dobrze ukrytej przed użytkownikiem). Just Delate Me informuje również o stopniu trudności usuwania konta z danego serwisu – tu pojawia się zła wiadomość: w przypadku wielu stron okazuje się to niemożliwe, a jedyną metodą może być zmiana danych na fikcyjne. Okazuje się, że niektóre portale (np. Netflix) kasują konto, ale zachowują dane użytkownika. Kasowanie internetowej tożsamości można też powierzyć profesjonalistom – istnieją firmy oferujące nie tylko zlikwidowanie kont danej osoby w serwisach, ale też usuwanie informacji o niej z baz danych oraz tworzenie raportów dotyczących prywatności użytkownika przez opłacony czas. Ostatnim krokiem na drodze do zniknięcia – przy jednoczesnym nierezygnowaniu z dobrodziejstw internetu – jest korzystanie z witryn, które nie przechowują danych o użytkownikach oraz posługiwanie się fikcyjnymi profilami.

Kasowanie tożsamości to zabieg dla ludzi stawiających na radyklane rozwiązania, ale dbałość o ochronę prywatności – to po prostu zdrowy rozsądek i świadectwo odpowiedzialności za siebie i innych. Internet jest pamiętliwy, co obrazuje maksyma: „co raz trafi do sieci nigdy nie może być usunięte”, konsekwencje zachowań w świecie wirtualnym – często ponosi się w realu. W Niemczech pojawiła się kampania skierowana do młodych użytkowników „Koszmary selfie” („Selfie Nightmares”) przestrzegająca, że jedno niefortunnie opublikowane zdjęcie może całkowicie zniszczyć reputację. W obliczu wszechobecności i wszechkonieczności posługiwania się nowymi mediami niezbędne wydaje się położenie większego nacisku na edukację użytkowników – we wszystkich grupach wiekowych. Warto uświadamiać społeczeństwu, jak może skończyć się zamieszczanie pewnych treści w Internecie, dlaczego warto zwracać uwagę na punkty w regulaminie dotyczące standardów prywatności oraz pokazywać możliwości samodzielnego usuwanie treści z sieci.

Absolutną pamięć internetu ma przełamać dyskutowane od kilku lat w Unii Europejskiej tzw. prawo do bycia zapomnianym – czyli nałożenia na dostawców i operatorów różnych portali i wyszukiwarek obowiązku usunięcia z historii wyszukiwarek np. danych i zdjęć, które naruszają dobra osobiste właściciela. (Le droit à l’oubli inicjatorzy tego prawa wywodzą je z francuskiego prawodawstwa, w którym osądzony przestępca po odbyciu kary mógł zażądać, aby dane o jego skazaniu i uwięzieniu, zostały wyeliminowane z archiwów). Z jednej strony taki zapis prawny powodowałby zmianę obrazu rzeczywistości, tworzenie trochę zmanipulowanej wersji oficjalnej. Z drugiej strony: może uchronić przed nieustannym pozostawianiem w polu widzenia Wielkiego Brata – bo to prowokowałoby zachowania konformistyczne, powszechnie akceptowalne, „pilnowanie się”. Kłopotów może też nastręczać realizacja tego zadania przez operatorów: łatwiej wywiązać się z obowiązku skasowania danych we własnych bazach, lecz zupełnie niewykonalne wydaje się dotarcie do wszystkich przetwarzających je podmiotów. Internet jest narzędziem globalnym – stąd zmiana prawna w skali jednego kraju czy grupy państw nie rozwiązuje problemu.

Funkcjonowanie jednostki w internecie wpisuje się skomplikowany układ punktów odniesienia. Przeświadczenie o podwójnej tożsamości – jednej w „realu”, drugiej w internecie – odchodzi do lamusa. Nie ruszając się z miejsca, za pomocą kilku kliknięć możemy dokonać poważnych zmian w życiu, zarówno zawodowym jak i prywatnym – przemyślane prawodawstwo i edukacja dająca świadomość reguł, wg których informacje o nas przepływają w sieci, i pokazująca sposoby kontroli nad tym procesem mogą sprawić, że będą to zmiany na dobre.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa