Socjaldemokratyczne Stany Ameryki

Pierwsze kroki Joe Bidena wskazują, że jego ambicją jest zasadniczy zwrot w amerykańskiej polityce i zerwanie z, obowiązującymi od epoki Ronalda Reagana, wolnorynkowymi dogmatami.


„Prawie sto lat temu Franklin Roosevelt w czasach ogromnego bezrobocia, niepewności i strachu obiecał zaprowadzenie Nowego Ładu. Trapiony chorobą, trapiony wirusem, FDR uparł się, że wyzdrowieje i przezwycięży przeciwności. Wierzył, że Ameryka również może to uczynić. I tak się stało. I teraz możemy to powtórzyć” – mówił w sierpniu ubiegłego roku Joe Biden po otrzymaniu prezydenckiej nominacji Partii Demokratycznej.
Słowa te można było wówczas odebrać jako rytualną kampanijną zagrywkę. Który kandydat nie odwołuje się do dziedzictwa swoich wielkich poprzedników? A nuż dzięki temu uda mu się choć na chwilę ogrzać w blasku ich dawnej chwały? Biden potrzebował tego być może bardziej niż inni. Nie był przecież politykiem kojarzonym z przełomowymi pomysłami, które zapisują się na kartach historii. Nie inspirował swoją historią życiową, ani nie porywał błyskotliwymi przemówieniami. Programem Bidena był jego wizerunek – polityka centrowego, umiarkowanego i przewidywalnego.
Dlatego w zasadzie nikt nie formułował wobec prezydentury Bidena wielkich oczekiwań. Po czterech latach gorszących rządów Donalda Trumpa miał on po prostu przywrócić powagę i godność urzędu i uczynić prezydenturę bardziej… prezydencką. Sam Biden postrzegany był – nie tylko z racji wieku – jako przywódca przejściowy, który swoje najważniejsze zadanie spełnił jeszcze przed formalnym objęciem urzędu – przepędził Trumpa z Białego Domu.

Państwo nie jest wrogiem

Debata: 100 dni Bidena. Zmiana czy kontynuacja?

Po stu dniach prezydentury Bidena widać jednak, że kampanijne nawiązanie do Franklina Delano Roosevelta nie było jedynie pustą retoryczną zagrywką. Jeśli zrealizuje on swoje plany, odciśnie na amerykańskiej historii niemniejsze piętno niż właśnie Roosevelt czy Lyndon B. Johnson i to mimo trudniejszej sytuacji politycznej. Roosevelt i Johnson dysponowali bowiem potężnym zapleczem w Kongresie. Obecnie przewaga demokratów w obydwu izbach jest minimalna.
Uchwalenie w marcu wartego 1,9 biliona dolarów American Rescue Plan, którego głównymi beneficjentami są najbiedniejsi Amerykanie i klasa średnia, zapowiedzi jeszcze większego, bo 2,3 bilionowego pakietu inwestycyjnego American Jobs Plan, a także podwyżek podatków korporacyjnych i dla najbogatszych Amerykanów oraz wprowadzenie globalnego minimalnego podatku dla firm zwiastują początek nowej ery, w której państwo ponownie zajmuje kluczową rolę w zarządzaniu procesami gospodarczo-społecznymi. Oczywiście, prezydentów należy oceniać po efektach, a nie po zapowiedziach. Zapał Bidena może jeszcze opaść, jego reformy utknąć w Kongresie, a w efekcie jego prezydentura okazać się może rozczarowaniem. Niemniej wyznaczony kierunek zdaje się być jasny, a prezydent i jego ludzie zdeterminowani, aby wykorzystać okno możliwości, które właśnie się przed nimi otworzyło.
Być może nie byłoby bowiem tego zwrotu, a koła amerykańskiej historii nie zaczęłyby kręcić się w lewo, gdyby nie koronawirus. Choć państwo w ostatnich latach wielokrotnie interweniowało w gospodarkę, ratując choćby banki w czasie kryzysu finansowego, a odejście od idei small government postulowała nie tylko amerykańska lewica, ale szerokie grono uznanych, mainstreamowych ekonomistów, to dopiero pandemia unaoczniła Amerykanom, że państwo nie jest ich wrogiem.
W czasach zarazy, teza Reagana o tym, że nie ma nic bardziej przerażającego niż urzędnik rządowy, który chce pomóc, brzmi bowiem groteskowo. To państwo wypłacało zapomogi, gdy Amerykanie masowo tracili pracę. To państwo za sprawą kolejnych zasiłków pomaga klasie niższej i średniej wyjść obronną ręką z kryzysu. To państwo miliardowymi inwestycjami umożliwiło najpierw ekspresowe opracowanie szczepionek, następnie ich masową produkcję i wreszcie błyskawiczną dystrybucję. Dlatego Biden zamiast powtarzać wyświechtane zaklęcia o tym, że każdy jest kowalem własnego losu, mógł ogłosić, że „rząd nie jest jakąś obcą siłą w dalekiej stolicy. Rząd to my wszyscy”.

Okiełznać kapitalizm

Pandemia wyważyła drzwi, które blokowały drogę do naprawy Ameryki. Od dekad amerykański system gospodarczy nie służył bowiem wszystkim obywatelom, ale jedynie wąskiej elicie. Z setek potwierdzających to statystyk wybierzmy symbolicznie jedną: w latach 1979–2019 pensje 1 proc. najlepiej zarabiających urosły o 160 proc., topowe 0,1 proc. zanotowało oszałamiający wzrost o 345 proc., natomiast pensje dolnych 90 proc. wzrosły o marne 26 proc. Im niżej ktoś stoi na drabinie, tym gorzej: realne zarobki pracowników na stanowiskach niekierowniczych nie urosły niemal od pół wieku.
To na tym poczuciu beznadziei i niepewności, które dodatkowo potęgowały zmiany kulturowe, wyrósł Donald Trump. Nowojorski milioner potrafił politycznie zagospodarować frustrację i antyestablishmentowe resentymenty, ale nie był zainteresowany usunięciem ich źródeł. Sam był przecież ich beneficjentem. Dlatego uchwalony przez republikanów w pierwszej fali pandemii pakiet ratunkowy zawierał nie tylko powszechne zapomogi w wysokości 1200 dolarów, ale i potężne ulgi podatkowe dla 43 tysięcy najbogatszych Amerykanów w wysokości 70 miliardów dolarów.
Demokratyczny następca Trumpa natomiast nie tylko zrozumiał, że amerykańskiej demokracji nie uda się uzdrowić bez naprawy systemu gospodarczego, ale wykazuje determinację, aby tę konieczną korektę przeprowadzić. Biden, który służył jako wiceprezydent w administracji Baracka Obamy, nie jest oczywiście rewolucjonistą, który wywróci istniejący porządek do góry nogami – tak jak nie był nim Roosevelt, którego z lewej strony podgryzał Huey Long. Bidenowi w żadnej mierze nie chodzi o obalenie kapitalizmu, ale o okiełznanie go. Zachowując jego zalety, chce jednocześnie roztoczyć nad obywatelami parasol chroniący ich przez jego negatywnymi skutkami. W tym celu sięga po klasyczne narzędzia socjaldemokratyczne. Dla wielu może to być zbyt mało ambitna agenda, ale to właśnie on może milionom Amerykanów przywrócić to, o czym tak pięknie mówił Barack Obama – nadzieję.
Sędziwy prezydent uczy się przy tym na błędach swojego dawnego szefa. Obama chciał pogodzić kraj słowem – w Kongresie szukał porozumienia z republikanami, aby wypracować możliwie szeroki, ponadpartyjny kompromis. W efekcie jego reformy były rozwodnione i nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań, a wyborcy większością w Kongresie zamiast demokratów nagrodzili republikanów. Biden na republikanów w Waszyngtonie się nie ogląda, za to jego działania znajdują uznanie wśród części republikańskich wyborców.

Umiarkowany wujek Joe

American Rescue Plan popierają trzy czwarte Amerykanów, w tym ponad 40 proc. Republikanów, szczególnie tych o najniższych dochodach. Przedłożony pakiet inwestycji w infrastrukturę America Jobs Plan cieszy się tylko niewiele mniejszym poparciem. Wspiera go dwie trzecie wyborców, w tym jedna trzecia republikanów. Bidenowi skutecznie udaje się przekierować dyskusję z polaryzujących kwestii kulturowych na ekonomiczne i tym samym obniżyć temperaturę sporu. Pomaga mu w tym jego umiarkowany wizerunek, dzięki któremu wyborcom łatwiej oswoić się nowym kursem. Proponowane reformy nie mogą być przecież radykalne, skoro proponuje je centrowy „wujek Joe”.
W czasie kampanii Biden jak mantrę powtarzał, że chce zjednoczyć Amerykę. Jak trudne będzie to zadanie cały świat zobaczył 6 stycznia br., gdy inspirowana przez Trumpa, tłuszcza dokonała szturmu na Kapitol, aby uniemożliwić zatwierdzenie przez Kongres wyniku głosowania elektorów. Po pierwszych stu dniach prezydentury widać, że deklaracje Bidena – podobnie jak odwołanie do dziedzictwa Roosevelta – nie były jedynie kampanijnymi sloganami. Tak jak jego wielki poprzednik, Biden rozumie, że demokracja to nie tylko zbiór procedur, reguł i obyczajów. Demokratyczny system, aby przetrwać, musi stale odnawiać swoją legitymizację w oczach obywateli – także poprzez zapewnienie im godnych warunków życia i bezpieczeństwa ekonomicznego. Tylko takie efektywne demokratyczne rządy są skutecznym antidotum na wszelkie formy autorytaryzmu i politycznego ekstremizmu.
Roosevelt nie tylko obronił demokrację w Stanach Zjednoczonych, ale przywrócił ją Europie pokonując faszyzm. Wyzwania stojące przez administracją Bidena nie są tak dramatyczne, co nie znaczy, że nie są epokowe. W kraju Biden musi skleić spolaryzowane i poturbowane społeczeństwo. Wykonał w tym kierunku pierwszy krok, ale przed nim jeszcze długa droga. Zawarte w marcowym pakiecie stymulującym regulacje – jak dodatkowe zasiłki dla bezrobotnych czy amerykańskie 500+ – wygasną z końcem roku lub nawet wcześniej i czekają jeszcze na przedłużenie. W zawieszeniu jest sprawa podniesienia płacy minimalnej. Pakiet inwestycyjny i podwyżki podatków musi jeszcze zatwierdzić Kongres.
Na arenie międzynarodowej Waszyngton prowadzi z kolei systemową rywalizację z autorytarnymi Chinami i w drugiej kolejności Rosją. Powodzenie Ameryki, a wraz z nią całego demokratycznego świata, w dużej mierze zależeć będzie od tego, czy uda się jej odzyskać wewnętrzną siłę. Jak mówił bowiem John F. Kennedy: „Żaden naród nie może być silniejszy poza swoimi granicami, niż jest w swoim domu”. Dlatego trzeba mieć nadzieję, że Bidenowi wystarczy determinacji i głosów w Kongresie.

Fot. Colin Lloyd/Unsplash


Adam Traczyk – prezes Fundacji GlobalLab oraz współpracownik berlińskiego instytutu DGAP.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa