Smoleń: Do czego służy krytyka Chin?

Apele intelektualistów ze średniej wielkości europejskiego państwa nie są w stanie poprawić sytuacji uciskanych społeczeństw odległych mocarstw, ale też nie to jest ich głównym celem


Przybysz z innej kultury mógłby uznać, że jest świadkiem uświęconego tradycją rytuału z precyzyjnie rozpisanymi rolami. Scenariusz przebiega tak: rządy państw rozwiniętych zasadniczo niezależnie od deklarowanej ideologii starają się rozwijać pozytywne relacje z zyskującym na znaczeniu globalnym mocarstwem, Chińską Republiką Ludową — lub innym istotnym gospodarczo czy politycznie partnerem, oskarżanym o łamanie praw człowieka, jak Rosja czy państwa arabskie. Wizytom notabli towarzyszy cokolwiek żenujące milczenie rządzących polityków, z których ust nagle znikają goszczące tam zwykle bez ustanku ponadczasowe wartości, oraz obostrzenia i tajemnice, tak, aby oczu szacownych gości nie uraził przypadkiem nieprzyjemny widok protestów. Te, na ulicach lub przynajmniej w formie medialnych apelów, zakorzenione są czy to w walkach dyskryminowanych mniejszości etnicznych, czy to nie znającym podobno granic porządku liberalnej czy lewicowej aksjologii. W Czechach kilka miesięcy temu sojusznikom wolnego Tybetu udało się zakłócić gładki przebieg wizyty przewodniczącego Xi Jinpinga, w Polsce podczas trwającej delegacji za milczenie w kwestii więźniów politycznych prezydenta Andrzeja Dudę skrytykowała partia Razem.

Ekspert mówi jak jest

Po drugiej stronie ustawiają się specjaliści od polityki międzynarodowej, z pewną dozą irytacji tłumaczący, że tego rodzaju protesty nie mają sensu, że nawet rządy globalnych potęg nie byłyby w stanie nic Chinom narzucić, a co dopiero słaba Polska, ba, że tego rodzaju zewnętrzna krytyka pozostaje przeciwskuteczna ze względu na wciąż żywe traumy kolonializmu, każące z podejrzliwością podchodzić do wszelkich płynących z Zachodu dobrych rad. Z tymi wszystkimi spostrzeżeniami trudno się nie zgodzić i nawet z perspektywy lewicowej nie sposób nie docenić wartości wewnętrznej i regionalnej politycznej stabilizacji oraz rozwoju gospodarczego, który wyrwał z nędzy miliony chińskich pracowników. A zresztą —  dodają adepci geopolityki — po co w ogóle to moralizowanie? Stosunki międzynarodowe są przestrzenią gry interesów, jeżeli my nie będziemy handlować z Chinami, z radością zastąpi nas ktoś inny. Darujmy sobie staroświecki paternalizm, niech każdy martwi się własnym państwem. Jeżeli owocna współpraca gospodarcza z Chinami leży w interesie Polski, to kto przy zdrowych zmysłach występowałby przeciwko? Odpowiedź znajdziemy już w komentarzach na portalach społecznościowych: niekompetentna lewacka młodzież albo po prostu leżące w niemieckich kieszeniach media.


Czy pod podszewką każdej demokracji ukrywa się przemoc? O tym nowy numer Res Publiki. Kup już teraz w naszej internetowej księgarni.

2-15-T-cov-wer

Odsuńmy jednak żarty na bok, choć powinno nam dawać do myślenia, jak łatwo radykalna prawica odnajduje się w języku geopolitycznej pragmatyki (porozumienie z „komunistycznymi” Chinami fetuje przywódca zwykle wzywającego do „raz sierpem, raz młotem…” Ruchu Narodowego). Co więcej, załóżmy, że powyższy wywód jest przynajmniej na pewnym poziomie słuszny — stosunkami międzynarodowymi rządzi interes, a nasze zabiegi na rzecz Tybetu, więźniów politycznych, chińskiego społeczeństwa obywatelskiego czy praw tamtejszych pracowników i tak skazane są na niepowodzenie, choćby wobec obiektywnej dysproporcji sił. Może w takim razie należałoby darować sobie coraz mniej ekscytujący zresztą kogokolwiek rytuał i zakrzyknąć zgodnie z rządem: „my, na przykład, witamy naszych nowych chińskich partnerów”, a ewentualnymi wartościami przejmować się tam, gdzie możemy coś osiągnąć, czyli na arenie wewnętrznej?

Krytyka autorytaryzmu na rynek krajowy

No właśnie — haczyk kryje się w samym pytaniu. Dlaczego zakładamy, że zakładana skuteczność moralizujących protestów przeciwko autorytaryzmowi miałaby polegać na faktycznej zmianie społecznej w odległym mocarstwie, w którym nikt przecież o nich nie usłyszy? Nawet rządzący politycy, mówiąc o sytuacji międzynarodowej, w rzeczywistości odnoszą się przede wszystkim do krajowej polityki i wyborców. Małe lewicowe partie, intelektualiści czy politycy korzystają z gorzkiego luksusu ograniczonego wpływu. Ich apele są na dobre i na złe uwikłane w zupełnie lokalny obieg przekazów, w którym odległe problemy, jak model społeczno-polityczny ChRL, stają się symbolami odnoszącymi do aktualnej dynamiki wydarzeń.

To wciąż nie znaczy, że wszelkiego rodzaju krytyka autorytaryzmów jest pozytywnym elementem polityki wewnętrznej — wręcz przeciwnie, niejednokrotnie zasadniczo słuszne stwierdzenia stają się orężem złej sprawy. Krytyka łamania praw człowieka w odległych społeczeństwa bywa wykorzystywana do budowania samozadowolenia i przykrywania lokalnych problemów. Jak pokazali autorzy z nurtu postkolonialnego, w słowach dobrych synów Zachodu często nietrudno usłyszeć echa kolonialnej czy wręcz rasistowskiej przeszłości, tak jak ma to miejsce w przypadku ciągle powtarzanej troski o los muzułmańskich kobiet, za którą jednak rzadko idzie faktycznie zaangażowanie po stronie jakichkolwiek feministycznych postulatów, a częściej zwykła pogarda wobec obcych czy imigrantów (z kobietami włącznie). Zanim homofobiczny dyskurs w Polsce zradykalizował się na tyle, by przezwyciężyć sentymenty antyrosyjskie, realia państwa Putina stawały się argumentem w obronie polskiego status quo: może i prawa osób homoseksualnych w Polsce nie są odpowiednio zabezpieczone, ale przynajmniej nie jest tak źle, jak w Rosji; protestuj najpierw przeciwko tamtejszej katastrofie! Krytyka państw autorytarnych pełniła rolę rozgrzeszającą wszelkie nadużycia naszych zachodnich partnerów, z USA na czele. Także i w przypadku Chin nietrudno wyobrazić sobie analogiczne przykłady: przy całym szacunku wobec tragicznych doświadczeń narodu tybetańskiego i szczerego zaangażowania aktywistów, polskie protesty w tej sprawie mogą w najgorszym przypadku stać się stosunkowo wygodną przestrzenią realizacji pasji zmiany świata na lepsze, gdy trudniejsze walki w Polsce — pracownicze, ekologiczne, równościowe — nie zostały jeszcze wygrane.

Przeciw nieliberalnej nowoczesności

Z drugiej strony, pomiędzy zaangażowaniem w lokalne i odległe tematy nie ma oczywiście żadnej sprzeczności. Te same hasła mogą stanowić element zarówno polityki konserwatywnej, jak i faktycznej walki o poprawę losu ludności w Polsce i na świecie. Gdy środowiska młodej lewicy krytykują prezydenta Dudę za milczenie w sprawie chińskich więźniów politycznych, stanowi to przedłużenie czy wręcz element lokalnych starań w obronie praw człowieka, o poszanowanie państwa prawa czy praw pracowniczych. Dalekowschodnie fascynacje, wykazywane przez część obozu rządzącego, są bowiem składnikiem modelu narodowego populizmu, któremu chcą się te ruchy przeciwstawić.

Wicepremier oraz minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin, zapytany w wywiadzie o nasilające się nastroje rasistowskie, odpowiedział: „Uważam, że posługuje się Pan fałszywymi kliszami. Hasło tolerancja to slogan pseudooświeconego umysłu. Nie zgadzam się też, że w Polsce mamy do czynienia z jakimikolwiek przejawami nietolerancji czy ksenofobii. Zresztą, obecnie najszybciej rozwija się Azja, a nie otwarta, tolerancyjna Europa”. Zauważmy, że w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia, czy „Azja” rzeczywiście rozwija się szybciej, i czy ma to związek z rzekomą odpornością na wirus politycznej poprawności. Na Dalekim Wschodzie (jak i na Węgrzech, w Turcji czy Rosji) obóz rządzący poszukuje inspiracji dla własnego projektu nieliberalnej nowoczesności, w ramach którego odrzuca szereg dogmatów i życzeń z lat 90.: o współzależności postępu gospodarczego, technologicznego i obyczajowego czy o zasadniczej neutralności narodowej kapitału. Towarzyszy mu pojęcie demokracji jako ogólnej zgody in blanco społeczeństwa na suwerenne posunięcia rządu, wiara w historyczną podmiotowość państw, niechęć wobec narzekań społeczeństwa obywatelskiego czy praw mniejszości, przekonanie o zasadniczej zgodności interesów narodowego kapitału i pracowników, prymat rozwoju gospodarczego nad ochroną środowiska.


O NATO, przemocy w demokracji oraz wodzie w mieście piszemy w najnowszych numerach Res Publiki Nowej, Visegrad Insight oraz Magazynie Miasta, które są już dostępne w naszej księgarni!

3-okladki-wiosna-2016


Polityczność geopolityki

Bagatelizowanie roli Unii Europejskiej, przedstawianie państw zachodnich jako dekadenckich pozostałości dawnych imperiów, skazanych wyrokiem historii na marginalizację, które Polska powinna trzymać na dystans, jest zresztą diagnozą popularną w tych samych kręgach, które z entuzjazmem witają rozwój politycznej i gospodarczej współpracy z Chinami. Podczas gdy Jarosław Gowin w swoich wypowiedziach opiera się głównie na własnych fantazjach, podobnie problematyczne bywają tezy specjalistów od geopolityki. Problemem jest bowiem sam paradygmat dyscypliny, przynajmniej w popularnych przejawach uznający za obowiązującą normę bezideowy charakter stosunków międzynarodowych, czy choćby samo założenie o organicznej spójności państw, które „mają interesy”, „rywalizują”, „korzystają”. W tym sensie, oddawanie pola dyskursu pragmatycznej geopolityce oznacza osłabienie czy to liberalnej troski o losy jednostki, czy to lewicowej perspektywy, opartej na przekonaniu o sprzeczności klasowych interesów także w ramach państwa narodowego. W ostatnich latach, przynajmniej w środowiskach intelektualnych, ponownie podważony został dogmat apolityczności ekonomii i jej adeptów, a — niezbyt spektakularny, ale jednak — rozwój ruchu protestu przeciwko zapisom i formom procedowania nad TTIP spowodował tak bardzo potrzebne włączenie oglądu interesów indywidualnych i grupowych w dyskusję nad stosunkami Polski z zachodnimi partnerami. Nie ma żadnego powodu, by także i w dyskusji nad polityką wschodnią nie odrzucić mówienia o abstrakcyjnych „interesach Polski”, gdy w rzeczywistości interesy polskich obywateli i polskich pracowników nie są z konieczności tożsame ani z interesem polskich firm, ani polskiego rządu.

Dyskurs odrzucający istotność praw człowieka czy perspektywę klasową nie da się łatwo zamknąć w jednej skrzynce z napisem „międzynarodowa polityka gospodarcza”.  Zastosowany w tej sferze, rzutuje także na to, jak myślimy o polityce krajowej. Ta już natomiast pozostaje w sferze odpowiedzialności i wpływu naszych lokalnych ruchów społecznych i politycznych. I dlatego warto wyrażać swoje zastrzeżenia, gdy nasi politycy przyjaźnią się z autorytarnymi przywódcami — nie by miało to uratować obywateli Chin, ale po to, by przeciwstawić się (opartym na mniej lub bardziej zakłamanym obrazie sytuacji) chińskim inspiracjom w odniesieniu do polskiej praktyki politycznej. Zresztą, na niewinnego przecież nie trafiło.

A że lewicowy rząd po dojściu do władzy musiałby realizować pragmatyczną politykę opartą na bardziej subtelnym obrazie sytuacji? Bez wątpienia. Jednym z najsłabszych punktów kandydatury Berniego Sandersa w prezydenckich prawyborach w USA była trudność ze sformułowaniem lewicowej wizji polityki zagranicznej. Tego rodzaju progresywny projekt — w USA czy w Polsce — musiałby opierać się na odpowiedniej pracy teoretycznej, odległej od globalnych szachów geopolityków, także tych wyglądających na Zachód. Póki co jednak do wyborczego zwycięstwa polskiej lewicy jeszcze daleko, martwy się więc tym, co dzieje się w Polsce. A jest się czym martwić.

Fot. Ambasada Amerykańska w Hadze | Flickr

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa