Słowacja: terror ideologii?

Co wiemy o Słowacji i Słowakach? To pytanie jest zabójczo retoryczne. Najbliższe sąsiedztwo i najbardziej podobny do naszego język nie służą ani zbliżeniu, ani pogłębianiu znajomości. Kraj między Karpatami i Dunajem pozostaje dla nas białą […]


Co wiemy o Słowacji i Słowakach? To pytanie jest zabójczo retoryczne. Najbliższe sąsiedztwo i najbardziej podobny do naszego język nie służą ani zbliżeniu, ani pogłębianiu znajomości. Kraj między Karpatami i Dunajem pozostaje dla nas białą plamą.

Dla poparcia tego twierdzenia mogę przytoczyć ważki argument. Niedawno przeprowadziłem wśród studentów ankietę dotyczącą wiedzy i skojarzeń związanych ze Słowacją. Jej wyniki są jednoznaczne. Zdecydowana większość przyznała, że nie potrafi wskazać żadnego znanego Słowaka ani Słowaczki. Ci, którzy twierdzili inaczej, wpisali w stosownej rubryce Janosika, Rumcajsa, Andy’ego Warhola, Vladimira Mečiara i Jana Muchę (niegdyś bramkarza stołecznej Legii). Nie jest to na pewno imponująca lista, tym bardziej, że znalazł się na niej także przedstawiciel kultury czeskiej; to mylenie czeskości ze słowackością okazało się zresztą nagminne.

 

Słowacja buduje swój mit narodowy w oparciu o historię Państwa Wielkomorawskiego. Na zdjęciu pomnik Svätopluka. Fot. Guillaume Speurt / Flickr
Słowacja buduje swój mit narodowy w oparciu o historię Państwa Wielkomorawskiego. Na zdjęciu pomnik Svätopluka. Fot. Guillaume Speurt / Flickr

 

Prośba o wskazanie znanych słowackich wyrobów czy dóbr ponownie zaowocowała bądź to brakiem odpowiedzi, bądź skojarzeniową biegunką: dobre piwo, górskie sery, Lentilky, Horalky, czekolada „Studentska”, Becherovka, śliwowica, biżuteria. Słowacja najczęściej jest dla nas krajem tranzytowym w drodze na Bałkany, ewentualnych turystów przyciąga górami i zamkami. Ankietowani nie znają osobiście Słowaków ani Słowaczek, w zasadzie nie znają także żadnego narodowego stereotypu z nimi związanego. Sporadycznie pojawiały się opinie, że są „gościnni”, „tacy, jak Polacy”, „bardziej religijni od Czechów” albo „tchórzliwi”. Pierwsze skojarzenie z nazwą Słowacja to góry, Janosik, dobre piwo, gorące źródła, ale również produkty sojowe, Szwejk, euro i Cyganie.

Co słychać za miedzą?

Nie ma się co oszukiwać, nie interesujemy się Słowacją, w porównaniu z kwitnącą wciąż czechomanią ten kraj jawi się nieomal jako zamorski archipelag. Nie istnieje żaden stereotyp, nawet negatywny, dotyczący Słowacji i jej mieszkańców. Polska i Słowacja są obok, ale wyraźnie osobno. Zważywszy na fakt, że od 20 lat sąsiadujemy z niepodległą Słowacją, wspólnie tworzymy Grupę Wyszehradzką i podobnie przeżywamy kolejne wstrząsy dziejowe, warto – choćby od czasu do czasu – sprawdzić, co się dzieje za miedzą. Bardzo dobrą okazją do takiego spojrzenia jest książką Juraja Buzalki Słowacka ideologia i kryzys. Eseje z antropologii polityki (Slovenská ideológia a kríza. Eseje z antropológie polityky). Tym bardziej, że opinie i diagnozy autora celnie komentują także polską rzeczywistość (warto dodać, że książka ukazała się w bratysławskiej oficynie Kalligram, która programowo popularyzuje nauki społeczne, ale od początku kieruje swoją ofertę także do słowackich Węgrów).

Praca mająca w tytule słowo „kryzys” musi odnosić się do problemów bieżących, także ekonomicznych, czyni to wszelako w oryginalny sposób. Autorowi nie idzie bowiem tylko o kryzys zapoczątkowany w 2008 roku. Trzeźwo zauważa, że każda wielka transformacja społeczeństw Europy Środkowej w XIX i XX wieku była rodzajem kryzysu. Z definicji, jego zdaniem, transformacje społeczne przybierają właśnie postać kryzysu, dotyczącego także ich ideologicznego znaczenia i historycznego sensu. Pierwszym takim transformacyjnym kryzysem była industrializacja, która powołała do życia nowych aktorów społecznych: robotników, rolników, „miastowych”, „wiejskich”. Drugim kryzysem i transformacją jednocześnie było tworzenie narodu i państwa narodowego. Trzecim transformacyjnym kryzysem, którego doświadczyły ludy tego regionu, okazało się przejście od państwowego socjalizmu do kapitalizmu w jego neoliberalnej fazie.

Gros politologów, historyków, socjologów czy psychologów zajmujących się życiem politycznym w Słowacji bezrefleksyjnie powtarza zaklęcia zachodnich badaczy transformacji, które nijak mają się do jej warunków i ścieżek rozwojowych. Według najczęściej powtarzanych teorii, modernizacja sprawia, że religijność wyraźnie przesuwa się do sfery prywatnej, tracąc swój społeczny wymiar. Te koncepcje, pisze Buzalka, nie uwzględniały jednak specyfiki państw dawnego bloku wschodniego. Koniec socjalizmu w tym regionie spowodował sytuację odwrotną: kwestia religijności ze sfery prywatnej przesunęła się na wpływowe miejsce w sferze politycznej. „Kraje takie jak Słowacja albo Polska, które swoją egzystencję po roku 1989 związały z dominującą religią rzymskokatolicką, z pewnością nie są dobrymi przykładami na potwierdzenie teorii modernizacyjnych”, komentuje słowacki badacz.

Kryzys transformacji ukazał swoje paradoksalne oblicze nie tylko w przypadku religijności. Podobnie stało się z identyfikacją narodową. W całym regionie zachowała się silna łączność między identyfikacją religijną a identyfikacją narodową. Obie wedle prognoz miały słabnąć i wygasać, gdy tymczasem nie tracą atrakcyjności. Wiele je zresztą łączy, jak przekonuje Buzalka. Zbiorowe uczucia zarówno religijne, jak i narodowe potrzebują wyrazistych symboli. Mają też swoje „złote czasy”, bądź to w biblijnym raju, bądź w epoce Wielkich Moraw, czy to w mocarstwowej Rzeczypospolitej, czy w czasach Świętego Stefana, do których to toposów odwołują się nacjonaliści ze Słowacji, Polski i Węgier.

W zachodnioeuropejskich kręgach akademickich, zauważa Buzalka, wygasa już powoli debata o multikulturalizmie. Tymczasem na Słowacji i w sąsiednich krajach zaczyna się dopiero przyjmować pogląd o kulturowej wielości, przybierający postać debaty o multinacjonalizmie. Dla Słowacji, która jest – oprócz Ukrainy – najbardziej zróżnicowanym etnicznie i narodowo krajem wśród sąsiadów, ta debata ma kluczowe znaczenie. Nie tylko w wymiarze lokalnym, lecz także międzynarodowym. Dlaczego? Szefowie rządu Słowacji od lat zapewniają Serbów, że nigdy nie uznają niepodległości Kosowa. Słowacja jest ponadto jedynym krajem w Unii Europejskiej, który nie zezwala na przekraczenie granicy osobom legitymującym się kosowskimi paszportami. Oczywiście, za tymi decyzjami nie stoi jakaś specjalna miłość do Serbii. Buzalka tłumaczy to lękiem przed akceptacją wieloetniczności własnego państwa, a zwłaszcza przed dążeniami separatystycznymi mniejszości węgierskiej, która – zdaniem środowisk nacjonalistycznych – mogłaby pójść w ślady Kosowarów. Rodzącą się świadomość multinacjonalizmu jest jeszcze zbyt słaba, by wpływać na decyzje polityczne. „Dopóki Słowacja  nie wyzbędzie się strachu przed własną wieloetnicznością, dopóty nie będzie dobrym miejscem do życia”, czytamy.

Powrót do przeszłości

Siła przyciągania nacjonalizmu ma często brunatny kolor. Słowaccy neofaszyści otwarcie oddają cześć księdzu Józefowi Tiso, prezydentowi profaszystowskiej Republiki Słowackiej, rozdają cukier, który „nie pochodzi od żyda”, biją Cyganów, wygrażają Węgrom, mając jeszcze dość czasu i pieniędzy, aby pomagać swoim pobratymcom z Serbii. W mieście Rajec na centralnym rynku ma stanąć pomnik Ferdinanda Ďurčanský’ego, antysemity i ministra w Tisowskiej republice. Sięganie do przeszłości – nawet bardzo odległej – stało się na Słowacji sposobem na uprawianie jak najbardziej bieżącej polityki. Gorączkowo powołuje się do życia nowe mity w tym duchu: o tym, że Wielkie Morawy to państwo-protoplasta współczesnej Słowacji, że książę Svätopluk (Świętopełk) był twórcą początków narodu słowackiego, który to naród jest z kolei bezpośrednim spadkobiercą dziedzictwa Cyryla i Metodego. To ostatnie kazałoby umieszczać Słowację w kręgu kultury bizantyjskiej, jednak w ideologii narodowej liczą się emocje, a nie fakty.

Buzalka przekonuje, że w słowackiej polityce uwyraźnia się sympatia do osób martwych. Co i rusz wybucha spór o to, kogo z nieżyjących dopuścić do panteonu narodowego, a komu zabronić do niego wstępu. Zgodnie z myślą, że „największymi wodzami są wodzowie martwi” brnie się w coraz bardziej patetyczne wywody. Jest to, jak dobitnie pisze autor, „współczesna słowacka polityczna nekrofilia”, skupiona na tych postaciach, które aktualnie jawią się jako „politycznie sexy”.

Nagle okazało się, że rytuał pogrzebowy może być formą legitymizacji nowej politycznej tradycji. Barwnie opowiada o tym rozdział zatytułowany Polityczne życie szczątków Milana Hodży. Hodża to międzywojenny polityk, premier Czechosłowacji, działacz Słowackiej Partii Narodowej. W 2002 roku sprowadzono z Chicago jego szczątki. Samochodowi wiozącemu je na Cmentarz Narodowy w mieście Martin towarzyszyli na poboczu drogi uczniowie gimnazjum, urnę wystawiono w kościele ewangelickim, przed nim księgę kondolencyjną, a przed nimi wszystkimi straż policyjną. W miejscowym teatrze wystawiono okolicznościowy spektakl, zorganizowano spotkanie z wnukiem nieboszczyka, a w oficjalnym przemówieniu uwypuklono wkład Hodży w członkostwo Słowacji w Unii Europejskiej i NATO. Uroczystości wieńczyła ludowa muzyka i miejscowe wino. „Słowacja oddaje hołd wsi”, słychać było zewsząd. I nawet jeśli Hodża nie stał się bohaterem masowej wyobraźni, to „koniunkturalna nekrofilia i agrarny program polityczny może w nim jeszcze znaleźć ogromne rezerwy”.

Narodowa wieś słowacka

W tym kontekście znaczące jest, że jedyna nowoczesna, słowacka koncepcja geopolityczna – kojarzona z Milanem Hodżą – miała programowo agrarny charakter. Ma to swoją wagę, gdyż dominująca słowacka ideologia polityczna wyraźnie idealizuje świat wiejski. W przeciwieństwie do kosmopolitycznych miast, otwartych na obce wpływy, bukoliczna wieś miała pozostać swojska, niezakłócenie słowacka, czysto narodowa. Nie dziwi przeto, że słowackie przejście od samowystarczalnych rolników do nowoczesnego narodu o charakterze przemysłowym – przypomina Buzalka – znalazło swoje odbicie przede wszystkim w relacjach miasto – wieś. Egzystencja wielkiej (w domyśle – szczęśliwej) rodziny spojona została z życiem wiejskim, natomiast indywidualizm, sekularyzm  i cudzoziemców skojarzono z życiem w mieście. Granica między miastem a wsią stała się w istocie rubieżą światów. Niewinność i autentyczność mieszka dzisiaj w oscypkach, bryndzach i pasterskich fujarkach. „Słowacja ciężko pracuje na to, aby stać się rustykalnym muzeum Europy”, wytyka autor, a przywołana na wstępie ankieta jedynie potwierdza ten pogląd. Co więcej, w jego ocenie słowacki „etnobiznes” ma faszyzujące oblicze, a granica między niewinnością wiejskiej idylli a nacjonalizmem postagrarnego społeczeństwa jest dzisiaj bardzo cienka.

W podobnym tonie i z podobnych pobudek wypowiada się od lat belgradzki etnolog Ivan Čolović. W znanych z polskich przekładów książkach Polityka symboli i Bałkany: terror kultury pokazywał niszczącą moc kultury, która nie tyle uwzniośla, co oślepia i znieczula. Nacjonalistyczne ideologie, czerpiące siłę z wiejskiej swojszczyzny i świętej wiary ojców, prowadziły ostatecznie do mordów i gwałtów dokonywanych w ich imieniu. Eseje Buzalki mają podobnie polemiczny charakter, obnażają słabości słowackiej polityki, jej skłonność do mityzowania i sympatię dla życia raczej w „klaustropolis” niż kosmopolis. Nie widzę powodów, dla których nie należałoby ich czytać jako wariantu opowieści o nas samych i o naszym duchu politycznym. Nam również nieobca jest wizja wsi spokojnej, wsi wesołej, i u nas utrzymuje się gorączka polityki historycznej, także dla nas definiujące stały się rytuały pogrzebowe ostatnich lat. Jedyną różnicę stanowią Węgrzy, dla nas mityczni bratankowie, w Słowacji postrzegani zaś jako nieustające zagrożenie. Niewykluczone jednak, że Viktor Orbán poradzi sobie z tym nieznośnym paradoksem.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa