Ruchy miejskie – do rad!

Miniony rok w polityce miejskiej podsumowała Hanna Gill-Piątek. Powinniśmy być jej za to wdzięczni. Skoro wzięła na siebie obowiązek uporządkowania przeszłości, można bez wyrzutów sumienia zająć się przyszłością i tym, co może ona przynieść. Najpoważniejsze […]


Miniony rok w polityce miejskiej podsumowała Hanna Gill-Piątek. Powinniśmy być jej za to wdzięczni. Skoro wzięła na siebie obowiązek uporządkowania przeszłości, można bez wyrzutów sumienia zająć się przyszłością i tym, co może ona przynieść. Najpoważniejsze chyba wyzwanie przed nami – czyli ruchami miejskimi – to najbliższe wybory samorządowe. Wyobrażam sobie, że nasz udział w wyborach rad i prezydentów miast to efektywny i realistyczny dowód naszego istnienia oraz okazja do integracji i szybszego rozwoju. To nie tylko wyobrażenia – w wielu miastach poważnie się to rozważa. Udział w wyborach to konieczna reakcja na to, co robią władze miast.

Miasto jest „modne” i co z tego..

Widoczna od 2–3 lat obecność „kwestii miejskiej” w obiegu publicznym raczej nie świadczy o przewartościowaniu postaw wobec problemów miast: ani polityki, ani biznesu, ani mediów, ani ogółu mieszkańców. Kwestie, postulaty, tezy I, II i III Kongresu Ruchów Miejskich zostały zaabsorbowane przez politykę i media – instrumentalnie oraz retorycznie – jako werbalne opakowanie znanej już, tylko inaczej opowiedzianej bajki. Cel I KRM w 2011 roku został osiągnięty – wywołanie tematu na forum i poruszenie opinii publicznej stało się faktem. Równolegle doszło do przejęcia naszego języka. Przede wszystkim dlatego, że był atrakcyjny. Ale co z tego wszystkiego przełożyło się na realną politykę? To już zupełnie inna sprawa.

Trzeba najpierw powiedzieć o sytuacji, którą można określić jako zagmatwanie obrazu nic już nie jest przejrzyste, a często pojęcia i ich definicje  zdecydowanie do siebie nie przystają  (na przykład „transport zrównoważony” może być określany  jako nowe przywileje dla samochodów). Dwa i pół roku temu mogliśmy sobie po prostu powiedzieć, że w naszych miastach panuje kacykoza, partyjniactwo i prywata (trwa suburbanizacja, miasta się wyludniają, gentryfikują, komercjalizują, stale dokonuje się gwałtu na przestrzeni, degradują się centra, narasta kryzys komunikacyjny i inne zarazy – nieuzasadnione eksmisje, drogie inwestycje wbrew potrzebom, prywatyzacja szkół i tak dalej) – i wszyscy wiedzieliśmy, o co chodzi. A dziś pojawi się ileś „ale”. Bo rozprzestrzenia się odgórnie zaprowadzany budżet obywatelski. Bo szerzą się konsultacje społeczne, na przykład na temat tego, czy nowe ławki na rynku mają być zielone, czy czerwone. Bo szaleje partycypacja w sprawie przebiegu linii autobusowej albo tego, co teraz zrobić ze stadionem, kiedy już na niego wydano 750 milionów złotych. Przykładów nie brakuje, a kolejne tylko zwiększają wagę pytania: czy mamy w miastach nową jakość polityki miejskiej i realny udział społeczeństwa w niej, czy tylko nową, przewrotną propagandę? Inaczej – czy te krytyczne diagnozy z I KRM w Poznaniu są nadal aktualne, czy już nie?

Czy „więcej partycypacji” oznacza w tym przypadku „więcej demokracji”? Może jest odwrotnie? Czy mamy więcej demokracji, jeśli władze namawiają nas do wyrażenia opinii o przeznaczeniu tych okruchów z budżetu, które pozostały w kasie po przepuszczeniu wszystkiego na stadiony, aquaparki, tramwaje do centrów handlowych, igrzyska, miejskie autostrady, źle zlokalizowane lotniska i tak dalej. To jest więcej demokracji? A może to jest wciąganie we współodpowiedzialność, bo kasa pusta, więc dzielić i tak nie ma czego? We współodpowiedzialność za  ogromne społeczne koszty (zadłużenie miast, pusta kasa, nierozwiązane problemy) tych inwestycji, tych prywatnych albo tylko partykularnych korzyści, w tym rozdętych ambicji władz. Współodpowiedzialność pozorną – bo my możemy co najwyżej opiniować, ale już nie decydować. Chyba że o nieistotnych szczegółach, jak ten kolor ławek. Wbrew tytułowi podsumowania Hanny Gill-Piątek w „Krytyce Politycznej” nie tylko nie odwołamy prezydenta, lecz także nie zdecydujemy o budżecie, co najwyżej o tych okruszkach rzuconych publice, by ją zająć czymś innym niż krytyka władz.

@Keith Bacongco, Flickr.com
@Keith Bacongco, Flickr.com

Konserwacja czy zmiana?

Uogólniając, wydaje się coraz bardziej oczywiste, że wikłanie nas, uczestników ruchów i organizacji miejskich w rozmaite rytuały konsultacyjne/partycypacyjne, sondaże i konferencje, niezliczone projekty, faktycznie konserwuje obecny, krytykowany system władzy, zarządzania i gospodarowania miastami, utrwala status quo, również stan naszej niemocy. Bo z głosowania nad tym, co zrobić z 0,3% budżetu nic nie wynika dla pozostałych 99,7%. Natomiast problemy całego budżetu – w tym zadłużenie i weryfikacja sensu największych wydatków – znikają z pola widzenia. Nikt już władzy na ręce nie patrzy. Konsultacje w sprawie – ważnych skądinąd – mebli miejskich albo mianowania nowego plastyka miejskiego, by ratował śródmieście przed degradacją, to nie są sprawy tej samej wagi co systemowe regulacje miejskie na przykład planów miejscowych, sprzyjających odpływowi kapitału z sypiących się centrów na peryferie. Ale konsultując meble, mamy poczucie, że ratujemy śródmieście – resztę możemy sobie odpuścić.

Jak rozumiem, naszą intencją było i pozostaje działanie na rzecz zdecydowanej, prospołecznej zmiany systemu, by uczynić życie w miastach lepszym dla ogółu mieszkańców, i uczynić ich w mieście podmiotami. Stworzyć miasto przyjazne dla ludzi, nie tylko dla pieniądza. Co jest podstawą dobrego życia w mieście, co czyni je atrakcyjnym miejscem życia, determinuje dobrą jakość życia ogółu? Mieszkanie dostępne ogółowi; praca minimalnie choćby przyzwoita; możliwość przemieszczania się po mieście w sensownym tempie i w ludzkich warunkach; nietoksyczne środowisko (w tym znośny hałas); podstawowe usługi publiczne, dostępne w sensie fizycznym (są), geograficznym (lokalizacja), instytucjonalnym (szerokie uprawnienia) i ekonomicznym (nie tylko komercyjne) – żłobek, przedszkole, szkoła, służba zdrowia, pomoc i opieka społeczna. Plus dostęp do kultury i rekreacji.

Władza nie chce udziału ruchów miejskich w kształtowaniu miejskich potencjałów zaspokajania tych właśnie podstawowych potrzeb. Albo pozostawia to tak zwanemu rynkowi, albo respektuje monopol władzy i ideologiczny beton, czyli „rządy” dużych interesów silnych podmiotów, wyznaczających granice uspołecznienia decyzji – my mamy się nie wtrącać. Władze chętnie podchwyciły więc politycznie lekkostrawne tematy: estetyka miast (dzikie reklamy), mikroskopijne budżety obywatelskie, ogólne konsultacje bez zobowiązań, na przykład dróg rowerowych, skwerów, mebli miejskich i tym podobnych. Władze wikłają nas w tę kosmetykę miast, zajmowanie się gadżetami, luźnymi imprezami, gadulstwem i nie mamy już kiedy walczyć o sprawy podstawowe. To jest trochę jak taktyka rozdawania krajowcom przez władze kolonialne nic niewartych, ale efektownie błyszczących paciorków, by pozyskać ich przychylność lub choćby neutralność. Nie do końca jeszcze ulegliśmy – walczyliśmy z podwyżkami cen biletów komunikacji publicznej, z eksmisjami i „czyszczeniem kamienic”, zamykaniem, prywatyzacją szkół albo komercjalizacją żłobków, z zajmowaniem terenów zieleni przez deweloperów, zamykaniem publicznych basenów i domów kultury, przeznaczaniem kin na dyskonty, koszmarnie drogimi inwestycjami drogowymi zamiast nakładów na komunikację publiczną, bronimy prawa do zmiany władz przez referendum. To jest właśnie robienie polityki przez ruchy i organizacje miejskie.

Powyższe pokazuje pole wyboru, alternatywę – czy ruchy miejskie chcą konserwować status quo, koncentrując się na kosmetyce miasta, czego oczekują od nich władze, traktujące nas paternalistycznie jak ciało pedagogiczne traktuje z góry działaczy samorządu szkolnego?  Czy też chcą status quo zmieniać, co było naszym pierwotnym celem? A zatem – czy wiemy PO CO mamy iść do wyborów?

 

@BlueAndWhiteArmy, Flickr.com
@BlueAndWhiteArmy, Flickr.com

 

Poznań – kryzys jako lekcja

Słowo o sytuacji w Poznaniu w kontekście tematu – nie z próżności, lecz ze względów praktycznych: My-Poznaniacy jako pierwsza miejska organizacja poszła do wyborów. Zwięzłe zdanie sprawy z naszych własnych przejść w ostatnich dwóch latach, wraz z okolicznościami, może być pożyteczne, instruktywne dla innych. Bo, minimum, może pozwaliłoby ostrzec ich przed naszymi błędami. A maksimum – skorzystać z naszych doświadczeń, by osiągnąć więcej i dojść dalej.

Jako główne osoby bezpośrednio zaangażowane w konflikt, w My-Poznaniacy żywiołowo i bez uzgadniania przyjęliśmy, że nie zajmujemy publiki naszymi „wnętrznościami”. Chcę się tego trzymać z dala od publicznego magla. Jednak na tej drodze: od „sukcesu wyborczego” przez wewnętrzny konflikt po zaistnienie dwóch organizacji da się zauważyć pewne uniwersalne prawidłowości. Pokazać je – to sensowna lekcja. Według niektórych już sam udział w wyborach przyczynił się do podziału w stowarzyszeniu, ale nie podzielam w pełni tej opinii. To prawda – wybory z zasady przynoszą rywalizację i konflikt, wielkie emocje, także natury osobistej, co radykalizuje zachowania. Ale poważne konflikty zaczęły się u nas dopiero rok po wyborach. Wchodząc w brutalną grę wyborczą, organizacja społeczna ryzykuje, że wyjdzie z niej poobijana. Wybory to gra o sumie zerowej, większość zawodników odpada. Jej mechanizm, logika, napięcia, ambicje mogą zatruć harmonijnie wcześniej funkcjonującą organizację.

Sądzę że pokonała nas „choroba wzrostu”. W ciągu roku od wyborów liczba członków My-P wzrosła ponad dwukrotnie, potem jeszcze bardziej. Nastawienie na taki wzrost wynikało ze strategii kreowania siły społecznej – miało nas być wielu, żeby było komu ogarniać kolejne dziedziny polityki miejskiej. Założyciele stowarzyszenia, którzy razem z innymi przez kilka lat je budowali, przeprowadzili przez wybory, nagle znaleźli się w mniejszości. Spowodowało to napięcia – nie na tle różnic programowych, aksjologicznych, odmiennych „miastopoglądów”, co standardów codziennego funkcjonowania organizacji, przyniesionych różnych wyobrażeń i oczekiwań, których nie dało się zawczasu uzgodnić. Różnice uobecniające się na forum stowarzyszenia wynikały z odrębności indywidualnych strategii oraz sposobów działania i ekspresji, nawet gustów i nawyków. Nasze założenie – dobrowolna dyscyplina w komunikacji, samoograniczanie w wyrażaniu różnic światopoglądowych, politycznych, a także, na przykład, temperamentu polemicznego, sympatii i antypatii, w celu wzmocnienia tego, co łączy – upadał.

Dlaczego nie potrafiliśmy temu sprostać mimo formalnej „władzy”? Bo mieliśmy szeroki i stale rozszerzający się, z czasem przytłaczający wręcz „front robót miejskich”, wymuszający skupienie na zewnętrznych zobowiązaniach. Za mało uwagi pozostawało na kwestie wewnętrzne, adaptację „nowych” i negocjacje standardów. Strategia instytucjonalizacji My-P (budowania silnej i trwałej instytucji społecznej) nakładała rygory, które także wywoływały napięcia, bo ograniczały żywiołową demokrację wewnętrzną. By działać skutecznie, musieliśmy w większym stopniu stawiać na indywidualną kompetencję i decyzyjność osób odpowiedzialnych za kolejne zadania, co powodowało nierówności – nie wszyscy mogli robić wszystko i o wszystkim decydować… Dodatkowo cały czas, jako organizacja opozycyjna, byliśmy/jesteśmy stroną w pokojowej „wojnie”, czyli wchodzimy w sytuacje konfliktowe z otoczeniem niedemokratycznym (partie, biznes, administracja – to nie są podmioty demokratyczne, lecz hierarchiczne lub o charakterze wodzowskim), co przyczyniało się do napięć w szybko rosnącej organizacji.

Pojawiły się teorie spiskowe (ktoś nas „rozrobił”). Ale też psychologizujące – że w tak dużej grupie musiały znaleźć się inteligentne i sprawne osoby „toksyczne”, które zatrują i rozwalą najlepszą organizację. I inne tłumaczenia. Nowi członkowie mieli zapewne prawo zakwestionować status quo. „Starzy”, w większości, mieli prawo nie zgodzić się z ich opinią. I mieli prawo odejść, bo tak działają organizacje wolnych ludzi – nikt niczego nie „musi” i nikogo do niczego zmusić nie można –co innego przekonać, uwieść, zniechęcić. Rozstaliśmy się z My-P i utworzyliśmy PRAWO do MIASTA, gdy czas, emocje i energię pochłaniała w większym stopniu walka wewnętrzna niż zadania statutowe, a konflikt wewnętrzny zarządu rozlał się na całe stowarzyszenie. Dalsze trwanie razem było nie do wytrzymania. I było już tylko stratą – osobistą, dla organizacji i dla zobowiązań zewnętrznych, więc i miasta. To była decyzja trudna i bolesna, ale racjonalna, to dzięki niej działamy dalej.

Zapraszamy do księgarni!
Zapraszamy do księgarni!

Poznań – społeczna koalicja wyborcza?

Powyższe przynosi lekcję, że nie ma drogi ekspresowej, że zadaniowe struktury społecznego współdziałania długoterminowego, podobnie jak inne struktury społeczne, muszą mieć czas, by urosnąć, dojrzeć, okrzepnąć. A uwaga bardziej szczegółowa – że zbudowanie skutecznie działającej i demokratycznej, politycznej organizacji obywatelskiej w mało demokratycznym otoczeniu jest trudne, uczymy się tego. Ale takie właśnie organizacje, wielkie polityczne ruchy społeczne, popychały dzieje do przodu.

Naszych wyborców nie obchodzą różnice między nami, kłótnie i bóle, to dla nich raczej irytujące niż dramatyczne. I słusznie – weszliśmy w politykę, tysiące ludzi nam zaufało, głosując w wyborach, a to oznacza, że złożyli w nasze ręce los swój i naszego miasta. I albo się do tej roli nadajemy, zasługujemy na wybór, bo jesteśmy odpowiedzialni i godni takiego zawierzenia, a w takim razie pro publico bono przezwyciężymy problemy i mimo ewentualnych oporów staniemy do wyborczej walki, albo nam kury szczać prowadzać, że zacytuję Piłsudskiego. Uznanie i zaufanie wyborców jest nadal wiążące, bo „nieskonsumowane”. Wiele wskazuje, że „konsumpcja” jest możliwa w wyniku tegorocznych wyborów.

Podstawowe fakty są takie: w wyborach rady miasta w 2010 roku kandydaci Komitetu Wyborczego Wyborców My.Poznaniacy (tworzonego bezpośrednio przez osoby fizyczne, mieszkańców, nie organizacje) uzyskali niemal 15 tys. głosów, co stanowiło 9,36% ogółu głosów (kandydat na prezydenta ponad 7%). Andrzej Białas, teraz prezes Prawa do Miasta, uzyskał ponad 1400 głosów, Arleta Matuszewska, prezes My-Poznaniacy, niemal 1300 – oboje więcej niż duża część urzędujących radnych. Wystawiliśmy kandydatów we wszystkich 7 okręgach, po dwóch na mandat, z wyjątkami. Sondaże wyborcze nas ignorowały lub nie przewidywały przekroczenia progu wyborczego – 5%. Nie zdobyliśmy mandatów, ich podziałem rządzi bowiem bezwzględna metoda d’Hondta, a ordynacja wyborcza preferuje silne komitety i nie gwarantuje wyniku proporcjonalnego. Komitet SLD miał o około 50% większe poparcie i uzyskał aż 5 mandatów. Mieliśmy najtańszą kampanię w mieście. Więcej szczegółów na www.poznaniacy.org.

Taki wynik przyniósł między innymi taki skutek, że staliśmy się trwałym podmiotem życia publicznego. I dlatego często słychać nasz głos w sprawach miejskich, bo za nami stało/stoi 10% elektoratu. Tę trwałą i wysoką pozycję w opinii publicznej potwierdziły dwa listopadowe sondaże przedwyborcze, uwzględniające w jednym przypadku obie nasze organizacje – My-Poznaniacy 8,4% głosów, Prawo do Miasta 5,3%, a w „sondażu prezydenckim” Anna Wachowska-Kucharska, jedyna kobieta i spoza partii, uznana przez Gazetę Wyborczą za kandydatkę My-P, uzyskała 13%.

Takie wyniki w sondażach uzyskane na rok przed wyborami wyglądają obiecująco… Jasne, ich wyniki są mało wiarygodne i zawyżone – według kolegów-socjologów uzyskane wspólnie 13-14% trzeba pomniejszyć do ok. 10%, a na kolejne punkty ciężko trzebabędzie zapracować. Ale żeby nie polec jak przed trzema laty, musimy stworzyć JEDEN społeczny komitet wyborczy, koalicję mieszkańców – wtedy nastąpi konsolidacja głosów przy dzieleniu mandatów metodą d’Hondta. Inaczej – poparcie 8,4% i 5,3%, i niższe nie gwarantuje żadnych mandatów. Za to te głosy połączone w jednym komitecie mogą przynieść 4 do 5 mandatów! To czysta matematyka – plus premia od wyborców za porozumienie i współpracę. W stowarzyszeniu Prawo do Miasta (PdM) podjęliśmy się przekonania PdM, że nie ma innej drogi niż dążenie do utworzenia jak najszerszej, społecznej koalicji wyborczej. Stąd wystąpienie w tej sprawie i publiczna deklaracja startu w wyborach. Szanse koalicji społecznej są dziś większe, bo od wyborów w 2010 roku w Poznaniu nastąpiło społeczne ożywienie, powstało szereg nowych organizacji i przybyły masy aktywnych osób, zaangażowanych w sprawy miasta i swojego otoczenia, a krytycznych wobec polityki władz.

Ruchy miejskie – do rad!

Nie ma żadnego powodu zakładać, że to, co w pewnym stopniu udało się w Poznaniu, nie może powieść się gdzie indziej – może, i nawet lepiej, bo bez naszych błędów, za to z lepszymi narzędziami, zwłaszcza masowej komunikacji elektronicznej. W ciągu szeregu ostatnich miesięcy odwiedzałem, czasem kilkakrotnie, wszystkie największe polskie miasta, niektóre parę razy, rozmawialiśmy między innymi o tym, co i jak robić. Po tych wszystkich rozmowach wydaje mi się, że w ogóle nie ma takiej możliwości, aby przynajmniej w kilku z nich społeczne komitety wyborcze, niezależne od partyjnego establiszmentu i rządzącej biurokracji, nie były w stanie uzyskać kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy (Warszawa) głosów poparcia. Może to nie gwarantować mandatu w radzie miasta, ale ma ogromne znaczenie. Nawet mała grupa w radzie może być „języczkiem u wagi”, a pozostawanie poza radą mimo poparcia wyborców, daje pewną polityczną moc.

Myślę tak między innymi dlatego że wszędzie widać rozczarowanie partyjno-biurokratycznymi rządami, partie nie mają już żadnego autorytetu, mają go co najwyżej pojedynczy politycy, o ile potrafią odnieść się z sensem do realnych wyzwań i konfliktów. Wzrosło natomiast znaczenie opinii publicznej. W takiej sytuacji nie pójść do wyborów to postąpić krok do tyłu i oddać punkt establiszmentowi miejskiemu, który paroma zapowiadanymi zmianami ustawowymi jeszcze bardziej umocni swoją udzielną władzę. Trudno sobie wyobrazić, że na przykład w Warszawie po kompromitacji partii mainstreamu przy okazji referendum nie zostałyby oddane tysiące głosów na kandydatów alternatywnych. Albo w Krakowie, gdzie w związku z forsowaniem chorych ambicji władz w sprawie organizacji igrzysk olimpijskich powstała inicjatywa Kraków Przeciw Igrzyskom (6400 lajków na FB, a to dość świeża inicjatywa). W Łodzi trwa wielopodmiotowe poruszenie społeczne, także masowe. W Gdańsku przygotowania do wyborów toczą się… chyba od zawsze. A to tylko podręczne przykłady, te najbardziej znane.

Nie ma wątpliwości, że możemy w naszych miastach reprezentować obecnie tylko mniejszość, nawet jeśli liczną, to nie dominującą. Ale to mniejszość oznaczająca przyszłość – progresywna i budująca. Tworzymy teraz przyczółki demokracji miejskiej. Według fachowych twierdzeń, jeśli jakaś opinia jest w stanie objąć 710% społeczności sieciowej, to bardzo szybko obejmie ją całą. Jest to może najbliższy cel strategiczny, którego realizacji mógłby służyć start w wyborach.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

2 komentarze “Ruchy miejskie – do rad!”

Skomentuj

Res Publica Nowa