Rok Bidena, czyli gdzie jest Polska w polityce amerykańskiej?

Poparcie dla Joe Bidena spada, ale to wciąż przywódca, który ma wolę zmieniać USA i świat. Czy uda mu się zmienić także relacje polsko-amerykańskie?


20 stycznia mijającego roku, po kilku miesiącach bezprecedensowej w historii Ameryki walki o formalne uznanie wyboru i kilkanaście dni po dramatycznych wydarzeniach na amerykańskim Kapitolu, zaprzysiężony został nowy prezydent Stanów Zjednoczonych. W swoim inauguracyjnym wystąpieniu 79-letni Joseph R. Biden obiecał zmieniać Amerykę od pierwszego dnia urzędowania, scalić rozdarte społeczeństwo i przywrócić blask globalnemu imperium. Blisko dwanaście miesięcy po zaprzysiężeniu kandydata demokratów, prawie połowa Amerykanów, zwłaszcza skrajnie konserwatywnych, wciąż uważa, że podczas elekcji doszło do manipulacji, a nawet oszustwa, a media społecznościowe aż kipią od spiskowych teorii, które mają tłumaczyć porażkę Donalda Trumpa i republikanów. Uwaga szerokiej publiczności, poważnych mediów i ekspertów jednak coraz bardziej skupia się na osiągnięciach i porażkach nowej administracji. Suma ocen złoży się zapewne na wyniki tzw. wyborów uzupełniających, które w listopadzie 2022 r. dokonają zmiany 1/3 Senatu i całej Izby Reprezentantów, a to z kolei zadecyduje na ile prezydent będzie mógł liczyć na wsparcie i współpracę amerykańskiego Kongresu w drugiej połowie swojej kadencji. To wprawdzie jeszcze nie wybory szefa państwa, ale z pewnością ważny sygnał, w jakim kierunku może podążyć Ameryka w drugiej połowie trzeciej dekady XXI w.

Spadające poparcie: czy już czas się martwić?

Listę najważniejszych zadań czekających nową administrację, prezydent Biden sprowadził do pięciu punktów: scalenie podzielonego społeczeństwa, walka z pandemią, rekonstrukcja gospodarki, reformy socjalnej i powrót Ameryki na światową arenę. Ambitna i klarowna agenda wzbudziła naturalny entuzjazm większości społeczeństwa amerykańskiego i oczekiwania przerastające realia. Entuzjazm tym bardziej zrozumiały, że poprzedzony czteroletnią kadencją nieprzewidywalnego i aroganckiego przywódcy, jakim okazał się Donald Trump. Przekonanie, że wyborcy wskazali lidera, który jest w stanie, pomimo zaawansowanego wieku, udźwignąć wyzwania, jakim jest przywrócenie jedności i wielkości Ameryce, udzieliło się nawet części środowisk republikańskich. Słupki poparcia i zaufania poszybowały w górę. Według amerykańskiego portalu wyborczego Project 538, 25 stycznia, a więc 5 dni po zaprzysiężeniu, 55 proc. Amerykanów aprobowało nowego przywódcę, podczas gdy 37 proc. wyrażało brak zaufania. Zestawiając te wyniki z poparciem poprzednich prezydentów, w tym także Ronalda Reagana – symbolu sukcesu, był to rezultat rewelacyjny.

Już latem, a więc po pięciu miesiącach urzędowania, okazało się jednak, że zaplecze Bidena, a więc Partia Demokratyczna, dalekie jest od jednomyślności, a realizacja haseł mniej skuteczna od oczekiwanej. Zwolennicy i przeciwnicy nowej administracji praktycznie zrównali się (47,2 proc. za, 47,0 proc. przeciw), ale w ostatnich dniach listopada 2021 r. popularność prezydenta spadła do 42,9 proc., podczas gdy grupa oponentów urosła do 51,8 proc. Zdaniem niektórych analityków rekrutujących się także ze środowisk sympatyzujących z demokratami, przyczyny zjawiska pogorszenia się notowań prezydenta Bidena są dość jasne. Jeśli nawet jego ekipa osiągnęła postęp w niektórych, wymagających pilnej interwencji obszarach, to były to wyniki dalece niekompletne, w innych zaś zaliczyła porażkę. Przyjrzyjmy się tym wyzwaniom.

Wyzwanie pierwsze: połączyć dwa brzegi

Podziały w amerykańskim społeczeństwie nie są niczym nowym i mają swoje historyczne, ekonomiczne, rasowe, a nawet geograficzne podłoże. Nigdy jednak różnice poglądów nie nabrały takiej ostrości jak w przededniu kampanii wyborczej 2016 r. Później było już tylko gorzej. Prezydentura Trumpa wyostrzyła i uzewnętrzniła podział na konserwatywną i liberalną Amerykę. Dziś wiemy, także z własnego doświadczenia, że rozpad ten ma charakter cywilizacyjny i nie dotyczy wyłącznie Ameryki.

Z wielu wystąpień kampanijnych, powyborczych, ale przede wszystkim całego politycznego dorobku Joe Bidena wiemy, że należy on do coraz rzadszego gatunku polityków, którzy cenią sobie porozumienie i posiadają wyjątkową zdolność koncyliacyjną, a więc działania w poprzek linii partyjnej. Jako umiarkowany demokrata i wieloletni senator, Biden udowodnił, że współpraca z bardziej konserwatywnymi partnerami nie jest mu obca, a nawet bliska jego myśleniu o polityce. Jeśli komuś więc miałoby się udać pogodzenie stron, a przynajmniej zbudowanie mostów porozumienia w najbardziej palących sprawach wagi państwowej, to tym kimś z pewnością może być Biden, a być może tylko Biden. Mimo tych przymiotów, scalanie Ameryki nie udało się, bo zapewne udać się nie mogło. Pewne jest natomiast, że destrukcyjny wpływ na niwelowanie różnic miała z jednej strony agresywna działalność skrajnie prawicowych mediów społecznościowych oraz rosnące aspiracje prospołecznego, lewicowego skrzydła demokratów. Obie strony „dołożyły do pieca”, sprawiając, że obecnie 90 proc. wyborców Partii Demokratycznej popiera Joe Bidena, podczas gdy jednocześnie odrzuca go 94 proc. stronników republikańskich. Tej przepaści nie da się zasypać przez następne dwa–trzy pokolenia. I choć prezydent nie tyle obiecywał efekty, ile zapowiadał podejmowanie działań, to w oczach wielu obywateli oczekujących uspokojenia sceny politycznej była to porażka.

Wyzwanie drugie: pandemia, czyli fala za falą

Po roku zaniechań, lekceważenia, a nawet ośmieszania zagrożeń pandemicznych przez samego Trumpa, początek walki ekipy Bidena z covid-19 wyglądał dynamicznie i skutecznie, zapowiadając sukces. Miliony obywateli ruszyły do punktów szczepień. Zadziałała dystrybucja, ale przede wszystkim zachęty do skorzystania z szansy płynące z Białego Domu i rządowych agencji. Wkrótce Stany Zjednoczone mogły się pochwalić jednym z najwyższych poziomów wyszczepień na świecie. Początkowy entuzjazm jednak szybko przerodził się w apatię, którą odnotowały statystyki. W maju 2021 r. liczba przyjętych dawek spadła niemal o połowę. W miesiącach wakacyjnych było jeszcze gorzej, a ogólnokrajowe dane ratowali przede wszystkim szczepiący się po raz drugi i trzeci. W październiku liczba zgonów od początku pandemii przekroczyła 700 tysięcy. Statystyki na koniec roku podają, że ogółem zaszczepiło się 60 proc. uprawnionych Amerykanów i nie jest to wynik imponujący. Szczepionkę przyjmowali głównie głosujący na Bidena i demokratów, środowiska wielkomiejskie i lepiej wykształceni. Zestawienie zaszczepionych wśród demokratów i republikanów jest szokujące: 83 do 40 proc. Zjawisko korelacji pomiędzy poglądami politycznymi a gotowością zaszczepienia przeciw koronawirusowi pokazały niemal wszystkie badania sondażowe. Kto wierzył w zwycięstwo wyborcze Trumpa i generalnie teorie spiskowe, na ogół nie ufał rządowi i sile szczepionki. W dziewięciu stanach o mniejszej gęstości zaludnienia i jednocześnie konserwatywnym profilu politycznym, poziom wyszczepień przekroczył ledwie 40 proc. populacji. Na skalę różnic pomiędzy stanami nałożyły się także dane o śmiertelności w poszczególnych grupach etnicznych, gdzie najbardziej dotkniętymi okazali się rdzenni mieszkańcy Ameryki, a następnie Hispanics i Afro-Amerykanie.

Na pytanie o to, czy administracja prezydenta Bidena podjęła rzeczywiście skuteczną walkę z pandemią, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Biały Dom i Departament Zdrowia z pewnością zachowały się racjonalnie. Aktywnie promowano szczepienia, choć wsparcie największych autorytetów, także politycznych, dla jednych stanowiło zachętę, w drugich wywoływało niewiarę i zniechęcenie. Poprawiono dystrybucję środków, wykonywano zalecenia głównych ekspertów, włączając w proces decyzyjny władze stanowe, odważnie podejmowano decyzje restrykcyjne, a przede wszystkim wymuszono zwiększenie produkcji szczepionek do takiego stopnia, że do 30 października wyekspediowano 220 milionów darmowych dawek do 100 krajów o najniższych dochodach. Jednocześnie jednak, podobnie jak na całym świecie, narastało zniecierpliwienie i zniechęcenie wywołane kolejnymi falami i mutacjami wirusa. To właśnie powracające uderzenia pandemii stoją też za wolniejszym i niższym od oczekiwanego odbiciem ekonomicznym.

Wyzwanie trzecie: reaktywacja gospodarki

Pandemia covid-19 spowodowała w USA ogromne spustoszenia gospodarcze. Przestoje w produkcji i bankructwa dotknęły przede wszystkim nisko i średnio uposażonych robotników i drobnych przedsiębiorców. Przedstawione przez Joe Bidena programy wsparcia gospodarczego i socjalnego stały się flagowym okrętem nowej ekipy i zostały określone mianem rewolucji na miarę Franklina Delano Roosevelta. Proces zatwierdzania w obu izbach Kongresu dwóch, rekordowych pakietów finansowych: wspomagania oraz infrastruktury na poziomie 1,9 oraz 1,2 biliona dolarów odpowiednio, ujawnił słabość i głębokie różnice w ramach rządzącej partii. Różnice zdań pomiędzy umiarkowaną i lewicującą, prosocjalną frakcją demokratów, zmusiły prezydenta do negocjacji z republikanami, co początkowo zostało odczytane jako wyraz słabości, pomimo iż samo ostateczne uchwalenie i podpisanie ustaw uznano za osobisty sukces Bidena.

Spadające bezrobocie, wsparcie socjalne i zapowiedź uruchomienia dużych inwestycji w infrastrukturze, choć obiecujące i napędzające koniunkturę, nie miały jednak zasadniczego wpływu na poprawę nastrojów społecznych, a wzrost konsumenckiego optymizmu w okresie poprzedzającym Święto Dziękczynienia (trzykrotnie większa sprzedaż w stosunku do ubiegłego roku), okazał się jedynie okolicznościowym przypadkiem. Analiza rynku pokazuje, że główne czynniki decydujące o nastrojach amerykańskiego społeczeństwa to zauważalne pustki na półkach sklepowych i rosnąca inflacja, która przekroczyła już 6 proc., konsumując część środków publicznych przeznaczonych na wsparcie rodzin. O ile inflacja jest w dużej mierze pochodną światowego trendu wzrostu cen surowców energetycznych, o tyle za zubożenie rynku odpowiada przerwanie łańcuchów dostaw gotowych wyrobów, półproduktów i surowców. Sytuację tę dobrze obrazuje gigantyczna kolejka masowców oczekujących na rozładowanie w największych portach USA. Podczas jesiennej narady w Białym Domu szefowie największych amerykańskich dystrybutorów i sieci detalicznych jasno wyrazili opinię, że zatory w transporcie, zwłaszcza morskim, nie zostaną rozładowane w krótkim okresie, a planowane inwestycje mające na celu zwiększenie przepustowości portów przyniosą efekty, ale w dłuższej, dwu–trzyletniej perspektywie czasowej. Tymczasem rynek i oczekiwania konsumentów narzucają krótkie terminy, a kluczową cezurą jest okres świątecznych zakupów.

Administracja Bidena poczyniła znaczący krok w kierunku wydobycia gospodarki z pandemicznej zapaści. Podjęto też programy socjalne, które, choć ostatecznie okrojone z części inicjatyw, powinny pomóc odbudować upadającą klasę średnią. Większość działań ma jednak dłuższy horyzont realizacji, stąd może nie wpływać bezpośrednio na przebieg politycznych zmagań w przyszłym roku.

Wyzwanie czwarte: powrót Ameryki

Hasło przywrócenia Ameryce wiodącej roli w świecie (America is back) było i pozostaje nośne. Większość komentatorów odczytała je jednak jako powrót do tradycyjnej formuły super potęgi globalnej, która nie cofa się przed użyciem wszystkich środków celem utrzymania dominacji. Ci eksperci zapewne są rozczarowani. Bidenowska koncepcja polityki zagranicznej, po części wzorowana na praktyce Baracka Obamy, łamie jednak tradycję muskularnej wszechobecności, stawiając na multilateralizm i dzielenie się odpowiedzialnością za stabilność globalną, a przy tym nie rezygnując z roli przywódcy demokratycznego świata. Jeśli tak rozumieć strategię dyplomacji amerykańskiej obecnej ekipy, a jednocześnie zestawić jej działania z trumpowską grą na podziałach, nieprzewidywalnością i mało efektywnym stosowaniem metody maximum pressure, Stany Zjednoczone w ciągu roku Bidena osiągnęły wiele. Za największy sukces uznać należy powrót USA do Porozumienia Paryskiego, ale – co szczególnie ważne dla nas – także rekonstrukcję współpracy transatlantyckiej. Po okresie dezawuowania Paktu Północnoatlantyckiego i upokarzania UE, Amerykanie osiągnęli znaczące zbliżenie z europejskimi partnerami, wskazując Berlin i Paryż jako główne ośrodki polityki europejskiej. Wspierając NATO i Unię Europejską, Biden potrafił – mimo brexitu – podtrzymać też bliską więź ze Zjednoczonym Królestwem, historycznie najbliższym sojusznikiem USA. Symbolem pojednania z UE stało się zniesienie podniesionych przez administrację Trumpa ceł na import stali i aluminium. Dyplomacja amerykańska, i osobiście sekretarz stanu Antony Blinken, wykazali się też dużą elastycznością w łagodzeniu zadrażnień z rządem francuskim, zrodzonych po ogłoszeniu sojuszu AUKUS i „aferze” z kontraktem na łodzie podwodne. Padły, rzadkie w języku amerykańskich polityków słowa, „przepraszam” i obietnice wspólnych działań militarnych i gospodarczych w innych regionach świata. Za krok w dobrym kierunku należy też uznać zainicjowanie negocjacji z Iranem, przeciwnikiem, którego jednowymiarowa polityka Donalda Trumpa nie potrafiła złamać.

Znacznie trudniejsze zadanie czeka amerykańską dyplomację w relacjach z dwoma najsilniejszymi adwersarzami: Chinami i Rosją. W tych zmaganiach Waszyngton potrzebuje głównie europejskich partnerów, a niektórzy z nich w ostatnich latach stali się zapleczem wpływów gospodarczych Pekinu albo podjęli współpracę inwestycyjną z Moskwą.

Wciągnięcie Europy w wojnę Ameryki z chińskimi gigantami przemysłu elektronicznego nie jest prostym zadaniem, ale trzeba przyznać, że główni partnerzy europejscy uczynili ostatnio wiele, aby rozwiać wątpliwości Waszyngtonu po czyjej stronie jest Europa. Ogłoszona przez przewodniczącą KE Ursulę von der Leyen inicjatywa Global Gateway jest wyrazistą odpowiedzią na amerykańskie oczekiwania. Stany Zjednoczone postawiły także na Australię i Indie, które zaczęły odgrywać rolę polityczno-militarnych przyczółków hamujących zapędy Chin wobec Tajwanu i na Morzu Południowochińskim. Odtwarzanie wpływów na Dalekim Wschodzie może być trudne, ale atutem Amerykanów bez wątpienia jest większa zdolność do zawierania sojuszy i z tej przewagi dyplomacja amerykańska zapewne zechce skorzystać.

Mimo iż w relacjach z Pekinem padają niekiedy mocne słowa, a czasem dochodzi do aktów demonstracji siły, dobrą wiadomością jest, że obie strony podtrzymują chęć do dialogu i negocjacji. Potwierdzają to ponawiane bezpośrednie kontakty na linii Biden – Xi. Waszyngton wychodzi z założenia, że Chiny są i będą potęgą globalną. Nie chodzi więc o zniszczenie rywala, a jedynie skłonienie go do przestrzegania międzynarodowych norm i wzięcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo i ład światowy. Pokojowe, choć nie pozbawione rywalizacji współistnienie wymaga jednak powstrzymania rosnącego ekspansjonizmu Chin, ale w drodze porozumienia, a nie bezpośredniego starcia. I tego właśnie procesu jesteśmy świadkami.

Stosunki amerykańsko-rosyjskie dawno nie zawierały tak znacznego ładunku wzajemnej wrogości i nieufności. Po czterech latach kuszenia Trumpa przez bardziej doświadczonego Putina, Stany Zjednoczone, przy wsparciu natowskich sojuszników, podjęły zdecydowaną próbę ograniczenia mocarstwowych aspiracji Moskwy, która wykorzystuje fakt, że uwaga Waszyngtonu skupiona jest przede wszystkim na Azji. Terenem amerykańsko-rosyjskiego zmagania stała się przede wszystkim, choć nie wyłącznie, walcząca o niezależność Ukraina, a więc kraj posiadający rozległą granicę ze wschodnią flanką NATO i o fundamentalnym znaczeniu dla bezpieczeństwa sojuszu. Grę o Kijów, ale też Bliski Wschód, Arktykę i zahamowanie wyścigu zbrojeń, Departament Stanu prowadzi jednocześnie na kilku stolikach i choć czyni to w sposób przemyślany i stanowczy, na wyniki trzeba będzie jeszcze poczekać. Wiele będzie zależeć od ustaleń madryckiego szczytu Paktu Północnoatlantyckiego, który pokaże jak dalece USA osiągnęły zbieżność w myśleniu i działaniu sojuszników. Przekonanie o zbiorowej sile Zachodu Joe Biden wyraził już w pierwszych, prezydenckich wystąpieniach. Czy Berlin, Paryż, Londyn, ale także Rzym i Madryt pójdą razem z Ameryką, dowiemy się już wkrótce, ale wiele wskazuje, że tak się stanie.

Jednomyślność w NATO zostanie zapewne w Madrycie potwierdzona, pomimo poruszenia, a właściwie rozczarowania jakie przyniosło spodziewane, a jednocześnie chaotyczne, a dla wielu obserwatorów w USA, upokarzające wyjście Amerykanów z Afganistanu. Jeśli nawet uznać, że decyzja zakończenia misji, nota bene podjęta przez Trumpa, była zasadna, to sam przebieg operacji był obrazem szokującym i głęboko szkodliwym dla wizerunku całego Zachodu. Pytanie o przyczyny wydarzeń w Afganistanie wciąż pozostaje otwarte i choć formalnie prezydent odpowiada za całość polityki państwa, to źródeł tej katastrofy politycznej, militarnej, ludzkiej i wizerunkowej należy szukać głębiej, w środowiskach, które były zainteresowane przedłużaniem tej obecności. Moment rozliczenia „wpadki” jest wciąż przed nami, ale z pewnością nastąpi.

Biden i my

W stosunku do Federacji Rosyjskiej Polskę i Węgry dzieli przepaść, ale już w relacjach z Zachodem, Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi kroczymy tą samą drogą zniszczenia relacji z najważniejszymi partnerami. Tempo dyktuje Budapeszt, którego marka, jako solidnej demokracji została zburzona do tego stopnia, że podczas wysłuchań w tzw. Komisji Helsińskiej Kongresu pojawiły się wątpliwości czy Węgry powinny utrzymać status członka NATO. Warszawa podąża tą samą ścieżką, usilnie nadrabiając zaległości.

Skupmy się na naszych relacjach, które są pochodną zapaści w stosunkach z Unią, ta zaś jest obecnie oczkiem w głowie amerykańskiej administracji. Ameryka potrzebuje UE tak jak Unia Ameryki, w tym także Polski. To oczywista prawda, choć w tym działaniu nie ma znaku równości. Posądzanie prezydenta Bidena, znanego z propolskiej postawy, oraz jego gabinetu o niechęć, a nawet wrogość do nas jest absurdem, którego nie warto komentować. Nie kupuję też stosowanego powszechnie przez nasz rząd argumentu, że Amerykanie nie wiedzą i nie rozumieją. Wiedzą dobrze i rozumieją, o czym świadczy przebieg kilku debat w ich Kongresie. Po okresie rozchwiania i wątpliwości, do czego zmierza prezydentura Trumpa, mamy jasność, że podstawą transatlantyckich relacji sojuszniczych są wartości, a więc praworządność, poszanowanie indywidualnych wolności i wolności mediów, wreszcie tolerancja i uznanie różnic, jakie dzielą ludzi, a wszystko to oparte na idei rozwiniętego społeczeństwa obywatelskiego, a więc państwa, które służy obywatelom, a nie odwrotnie. Unia Europejska w pełni podziela to stanowisko, poza dwoma członkami, którzy kurczowo trzymają się koncepcji autonomizacji państwa narodowego, zbliżając się niebezpiecznie do modelu autorytarnego, w którym wszyscy mają mówić jednym głosem, a opozycja polityczna przedstawiana jest jako wróg, którego trzeba zniszczyć. W wyniku działań rządu polskiego, ale także bijącego w oczy braku profesjonalizmu naszych służb dyplomatycznych, osiągnęliśmy najniższy poziom relacji z USA po 1989 r. Zaryzykowałbym nawet tezę, że druga połowa lat 80., a więc wciąż w czasach PRL, była bardziej owocna w dialog i kontakty niż obecny stan. Niech nikogo nie zwiedzie udział prezydenta Dudy w waszyngtońskim Szczycie Demokracji. To gest łaski ze strony organizatorów, którym na Polsce wciąż zależy i którzy chcieliby nam dać kolejną szansę. Czy skorzystamy z niej? Wątpię. O stosunku rządu Morawieckiego do państw UE i NATO, w tym także Stanów Zjednoczonych, decyduje obłędna i cyniczna kalkulacja oparta na badaniach sondażowych, które po raz kolejny potwierdzają, że elektorat Prawa i Sprawiedliwości kocha narodowe zadęcie i politykę polegającą na ustawicznym trzaskaniu drzwiami. Budowanie wizerunku Polski jako kraju opuszczonego przez sprzymierzeńców, niedocenionego i w konsekwencji obrażonego na świat, zbiegło się z myśleniem o przedmurzu, romantycznym mitem samotnego, bohaterskiego rycerza, który ponosi ofiarę za swoją niezłomność. Tych meandrów myślenia, które mają swoje źródła w religijnym uniesieniu, współczesny, pragmatyczny świat nie rozumie i zrozumieć nie może.

Jaka będzie przyszłość naszych relacji ze Stanami Zjednoczonymi? To pytanie, na które odpowiedź przyniosą wydarzenia polityczne najbliższych miesięcy i to nie w Waszyngtonie, Nowym Jorku czy Miami, ale u nas, w Warszawie, Bydgoszczy i Mińsku Mazowieckim.

Biden raz jeszcze

Jesienne sondaże popularności pokazały spadek zaufania do Joe Bidena. Budzi to zrozumiałą niepewność wśród wyborców Partii Demokratycznej, ale i większości Europejczyków, którzy obawiają się powrotu Donalda Trumpa. Jednocześnie doświadczeni analitycy przestrzegają przed pochopnym pogrzebem obecnej ekipy. Uzupełniające – tzw. połówkowe wybory zawsze premiowały partię stojącą w opozycji, a krzywa sondaży wszystkich poprzednich prezydentów wykazuje wspólną tendencję spadku w pierwszej części kadencji. Wielu z nich uzyskało reelekcję. Taki może być też los tej administracji, której główne atuty, a więc inicjatywy gospodarcze i społeczne zbiorą żniwo po dwóch–trzech latach. Czy będą to żniwa urodzaju czy posuchy, przekonamy się wkrótce.

Od redakcji: Niniejsza analiza powstała przed Lex TVN.

Ryszard Schnepf – doktor nauk humanistycznych, dyplomata. Były sekretarz stanu w KPRM odpowiedzialny za politykę zagraniczną i bezpieczeństwa, wiceminister spraw zagranicznych i czterokrotny ambasador RP, m.in. w Hiszpanii i USA. Obecnie jest wykładowcą w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW.

Fot. Chris Lawton / Unsplash.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa