ROGOWSKA: Ulica i okolica

Co osiągają ludzie, wychodząc w proteście na ulice? Jak politycy odwracają uwagę od manifestacji?


Demonstracje czy happeningi

Wczoraj na ulicach Pragi protestowało 50 tysięcy osób, kolejne protesty zapowiedziane są na przyszły tydzień.

Na najbliższą sobotę, 14 grudnia, zaplanowany jest z kolei Sardines Day. W Rzymie, Berlinie, Paryżu, Dublinie, Londynie, Edynburgu, Amsterdamie, Madrycie, Helsinkach, Wiedniu, Lizbonie, Bordeaux, San Francisco, Dreźnie, Grenoble, i innych miastach, których przybywa z dnia na dzień, ludzie wyjdą na ulice, by zaprotestować przeciwko polityce populizmu, nienawiści i strachu. Wydarzenie planowane jest także w Warszawie.

We Włoszech, gdzie ruch się narodził jako sprzeciw wobec polityki Matteo Salviniego, w przeciągu zaledwie miesiąca Sardynki zyskały setki tysięcy zwolenników. Pierwsze wydarzenie zorganizowano 14 listopada w Bolonii, tradycyjnie lewicowym mieście.

Tego dnia startowała kampania wyborcza Ligi  przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi w regionie Emilia Romania. Lider prawicy Matteo Salvini zaplanował spotkanie w hali widowiskowo-sportowej PalaDozza mogącej pomieścić 5,570 osób, organizatorzy sardynkowego fleshmobu postawili sobie za cel zgromadzenie 6 tysięcy osób, by pokazać, że ludzi niezgadzających się z polityką wykluczania jest więcej niż zwolenników Salviniego.

Na Piazza Maggiore w Bolonii przyszło wtedy 12 tysięcy osób. Musieli rzeczywiście scisnąć się jak sardynki. Dwa tygodnie później na Piazza del Duomo w Mediolanie, mimo rzęsistego deszczu, przyszło 25 tysięcy protestujących. Wczoraj (10 grudnia) w Turynie zgromadziło się 35 tysięcy manifestantów. Z pewnością nie bez znaczenia był element współzawodnictwa, „pokażemy wam, że nas jest więcej”.

Sardynki na podwieczorek

Protesty uliczne są stare, jak stara jest ulica. W demokracji to sposób wyrażenia czegoś więcej niż preferencji. To fizyczne zamanifestowanie przynależności, samoreprezentacja, użyczenie ciała idei politycznej. To także najbardziej naoczny sposób budowania wspólnoty, która występuje w swoim imieniu, by zabrać głos w ważnej sprawie.

Ale wbrew pozorom manifestacje uliczne mają niewielki wpływ na politykę rządów. Zmieniają ją dopiero, jeśli odbiją się na wynikach sondaży. Albo, jak to się stało w przypadku włoskich Sardynek, gdy na trochę dłużej skupią na sobie uwagę medialną i wirtualną, odciągając ją od tych, którzy w sieci święcą triumfy, jak lider Ligi.

Nic więc dziwnego, że po fiasku akcji publikowania kotów, które jedzą sardynki, tzw. Bestia[1] Salviniego wykonała następny clickbaitowy ruch. Wykorzystała najbardziej popularny w tych dniach temat we Włoszech związany z sukcesem wypuszczonych na rynek ciastek z kremem orzechowym, o których mówiło tak wielu użytkowników sieci, że hashtag #nutella dostał się do czołówki internetowych trendów. Salvini postanowił podczepić się do tego pociągu, mówiąc, że przestaje jeść rzeczony smakołyk ze względu na to, że użyte w nim orzechy laskowe pochodzą z Turcji, a nie Włoch. Wiadomość okazała się fałszywa, ale internet połknął haczyk, zaczęto mówić o Salvinim i nutelli.

Nie od dziś wiadomo, że to, na co zwracamy uwagę, istotnie wpływa na to, co i jak postrzegamy. Wystarczy przypomnieć doświadczenia Daniela Simonsa i Christophera Chabrisa. Ciężko jest doliczyć się dokładnej liczby odbić drużyny w białych strojach, gdy obok piłkę przerzucają gracze w czarnych, nieprawdaż?

Od Czarnych poniedziałków do Piątków dla Przyszłości

Ulica, jakkolwiek wypełniona, będzie zawsze mniej pojemna od internetu. Jedna sukienka noblistki może wywołać podobny efekt, co tysiące maszerujących kobiet. Jeden post o nutelli, przekierować uwagę milionów użytkowników sieci. Gra cały czas toczy się o uwagę opinii publicznej i umiejętność zamienienia wytworzonej energii w polityczne projekty.

W ostatnim czasie na ulicę wychodzi coraz więcej ludzi na całym świecie. Głośno jest o protestach w Hong Kongu, Wenezueli, o strajkach Żółtych Kamizelek, protestach Francuzów przeciwko reformie emerytalnej.

Ulicznych manifestacji nie brakuje też w Europie Środkowej. W 2019 roku wielkie protesty zorganizowano na Węgrzech przeciwko tzw. „slave law”, na Słowacji po zabójstwie Jana Kuciaka i Martiny Kusnirovej, w Polsce były demonstracje w obronie praworządności, w Rumunii przeciwko zmianom w kodeksie karnym, w Czechach antyrządowa manifestacja w czerwcu przyciągnęła najwięcej osób w postkomunistycznej historii kraju.

Czesi protestowali też wczoraj (10 grudnia), i to w ogromnej liczbie ponad 50 tysięcy. Po wycieku informacji o konflikcie interesów i pobieraniu funduszy unijnych przez firmę premiera Andreja Babiša, organizator protestów stowarzyszenie „Milion chwil dla demokracji” zapowiedział przełożenie na 17 grudnia zaplanowanych na styczeń manifestacji. Czy tego typu wydarzenia mają szansę coś zmienić? Początek przyszłego roku udzieli nam odpowiedzi.

Niewidzialne goryle polityki

Czeski „Milion chwil dla demokracji” i włoskie „6000 Sardynek” występują w podobnej roli demaskatora destrukcyjnych dla demokracji zjawisk. Obie organizacje zastrzegają, że nie chcą utworzyć partii politycznej. Obie nawołują do tego, by polityce przywrócić należną powagę i oprzeć ją na wartościach konstytucyjnych.

Organizowane przez nie manifestacje uliczne ważne są przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, gdy jest się ściśniętym na placu w imię jednej idei łatwiej o czułość, o której wspominała Tokarczuk w szeroko komentowanym odczycie noblowskim. „Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny”. Po drugie, przyciągają medialną uwagę, zakotwiczając percepcję na nowych elementach, choć – o czym warto pamiętać – nie na długo.

W zantagonizowanej grze politycznej, skupieni na śledzeniu odbijanej piłki, z trudem dostrzegamy przechodzącego przez pokój goryla. Ta swoista ślepota nie jest żadną nowością. Zmieniło się tylko to, że teraz dodatkowo wystawiani jesteśmy na działanie internetowych algorytmów, których mechanizmów nie do końca jesteśmy świadomi. Prawdą jest jednak i to, że raz zobaczone, już się nie odwidzi, i drugi raz goryl nie przejdzie niezauważony.

Gabriela Rogowska – redaktorka „Res Publiki Nowej” i „Visegrad Insight”, tłumaczka.

Zdjęcie z oficjalnego profilu ruchu 6000 sardine na Facebooku.


[1] „Bestią” nazywana jest obsługa profili w mediach społecznościowych oraz stron internetowych Matteo Salviniego i Ligi przez firmę Sistema Intranet SNC kierowaną przez doradcę wizerunkowego Lukę Morisiego.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa