Religia w szkole

Przypominamy - jakże aktualne - argumenty Pawła Śpiewaka w sporze o miejsce religii w Polsce. Redakcja z żalem wspomina jednego z założycieli Res Publiki


Podjęto nieszczęśliwą decyzję: lekcje religii zostały wprowadzone do szkół. W uzasadnieniu przeczytałem, że ta decyzja jest wynikiem szerokiej i poważnej publicznej dyskusji. Nie jestem tylko pewien, czy aby rezultaty tej debaty mają jednoznaczną wymowę. Mam też wrażenie, że dyskusja dopiero się zaczęła i została (jak w wypadku „Otwartego studia” na ten temat z dnia na dzień zdjętego z programu) przerwana.

Ta nieoczekiwana i zaskakująca decyzja wydaje mi się błędna. Po pierwsze, lekcje religii w szkole łacno zamienią się w nudne i nieciekawe lekcje podobne pozostałym. A im bardziej uczniowie traktować je będą z lekceważeniem, tym chętniej katecheci odwoływać się będą bądź do dyscypliny, bądź to do fałszywie pojętego poczucia winy. Lekcje zamienią się w jeszcze jeden przedmiot, który trzeba wkuwać, jeszcze jedną godzinę do przeczekania. (Już teraz mówi się przecież o przeciążeniu programów szkolnych.) Religia w szkole raczej nie będzie służyć samej religii.

Po drugie, wszyscy mówią o wzroście społecznej nietolerancji, wzajemnej niechęci, braku szacunku dla odmienności. Tak się rzeczy mają w świecie dorosłych. Trudno wierzyć, iżby świat dzieci i młodzieży był tak bardzo inny. Czasem nawet wydawać się może jeszcze bardziej okrutny i nielitościwy. Religia, jeszcze jedna nudna lekcja z obowiązkowymi modlitwami, będzie skłaniać do konformizmu zarówno dzieci, którym religijność jest obca, jak i te, które pojmują ją niezwykle serio. W takiej sytuacji zawsze wygrywa przeciętność i stadność.

Bardzo pięknie brzmi instrukcja dotycząca nauczania religii. Ale jest to zbiór wyłącznie pobożnych życzeń, które ani nie mogą być egzekwowane, ani też nie będą wprowadzane w życie.

Nie rozumiem decyzji rządu. Nie rozumiem odpowiedzialnego, wyższego urzędnika Ministerstwa Edukacji Narodowej, który dwa miesiące temu wypowiadał się przeciw wprowadzeniu religii do szkół uzasadniając to przepisami prawnymi (oddzielenie religii od państwa), jak też racjami społeczne—psychologicznymi, a dziś podpisuje stosowną umowę z Episkopatem.

Nie mam zamiaru kwestionować potrzeby nauczania religii. Nie mam zamiaru wygłaszać pochwały ateizmu. Ale tak w imię samej religii, jak też realistycznego widzenia naszego życia zbiorowego wolałbym, by nauczanie religii było ograniczone do kościołów, by o tym, kto chce pobierać stosowne nauki, decydowali rodzice i dzieci, i by te decyzje w jak najmniejszym stopniu wpływały na szkoły i dzieci. A i tak wiele szturchańców i wyzwisk spotyka te dzieciaki, które do kościoła nie chodzą. Teraz dopiero okaże się, kto nie jest nasz.

Decyzja rządu nie została ani uzasadniona, ani naprawdę w społecznej dyskusji potwierdzona. Mam wrażenie, być może głęboko mylne, że posłużono się dziećmi i szkołami w walce politycznej ludzi dorosłych. A tego lubić nie można. Tego należy się wystrzegać. Moja córka sama poprosiła, żeby zapisać ją na lekcje religii w kościele. To był jej wybór. Ale będę głosować przeciw lekcjom religii w „mojej” szkole w imię poważnego jej rozumienia i przeciw temu, by religia wywoływała w dzieciach i dorosłych strach przed własną odmiennością.

Res Publica nr 10/1990, str. 148

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa