RADWAN: Decentralizacyjne qui pro quo

Odpowiedź na sumę strachów niektórych konserwatystów związanych z decentralizacją, które wyraził Piotr Semka.


W numerze 14/2019 tygodnika „Do Rzeczy” ukazał się artykuł Piotra Semki Polska dzielnicowa – reaktywacja, w którym autor odniósł się krytycznie do propozycji reform ustrojowych zaproponowanych przez twórców projektu Zdecentralizowana Rzeczpospolita. Tym samym Semka dokonał swoistego przegrupowania intelektualnego. Trudno bowiem nie uznać za przejaw qui pro quo sytuacji, w której prawicowy publicysta pełnymi garściami czerpie z lewicowo-liberalnej szkoły ideowej. W USA to demokraci i elity liberalne doprowadziły do ujednolicenia na poziomie federalnym wielu obszarów, które republikanie chcieli zachować w gestii stanów. Chodzi o dostępność aborcji, małżeństwa jednopłciowe czy Obamacare. Również w Niemczech partie lewicowe i liberalne (die Grünen i FDP) domagają się większych praw dla rządu federalnego, podczas gdy konserwatywny premier Bawarii Markus Söder chce pogłębienia decentralizacji. Piotr Semka sytuuje się zatem w swojej recenzji po bardzo nieoczywistej stronie ideowego spektrum.

Punkty za pochodzenie

Piotr Semka zaczyna od tego, że koncepcji strategicznej decentralizacji odejmuje punkty za pochodzenie. Nie dość, że spośród liderów Inkubatora Umowy Społecznej (IUS) kilkoro demaskuje jako czynnik ideologicznie niepewny, to jeszcze wskazuje, że już wcześniej podobne koncepcje głosili inni, klasowo obciążeni naukowcy i publicyści. Mnie bliższe jest dzielenie koncepcji na trafne i nietrafne oraz na realistyczne i nierealistyczne. Proponuję w ten sposób uporządkować dyskusję nad naszym – i każdym innym – pomysłem ustrojowym. Odejmowanie punktów za pochodzenie nie jest dobrym wstępem do uczciwej recenzji.

Odstawmy jednak na bok genealogię idei i skupmy się na tym, czy Semka, demaskując liderów IUS jako mniej lub bardziej radykalny anty-PiS, ma rzeczywiście trochę racji. Według moich obserwacji prawdziwy anty-PiS zajmuje się obecnie czymś innym: fantazjuje o „Polsce po PiS” i opracowuje plany dePiSyfikacji po „powrocie do normalności”. Na tym tle proponenci Zdecentralizowanej Rzeczypospolitej muszą jawić się jako wolni od zacietrzewienia realiści. Zamiast strategii eskalacyjnych gwarantujących aplauz we własnych środowiskach proponują coś innego – nową Umowę Społeczną, w której podmiotowo i z szacunkiem traktowane są różne wrażliwości, a dzisiejsi wyborcy PiS nie są Januszami, Grażynami ani sektą smoleńską, tylko kluczowym graczem na polskiej scenie politycznej, bez którego nie da się dobrze urządzić Polski.

Więcej o decentralizacji przeczytasz w internetowym numerze Res Publiki


Wersja PDF do pobrania za darmo w naszej księgarni

Moralne prawo do rządzenia

Zdaniem Semki projekt strategicznej decentralizacji nie usuwa głównego problemu, który uwiera wyborców PiS. Jest nim przekonanie, że druga strona faktycznie nie uznaje możliwości sprawowania władzy przez prawicę w skali całego kraju. Sprzeciw wobec PiSu jest „racjonalizowany poprzez podnoszenie zdarzających się w demokracji sporów, w tym sporów konstytucyjnych, do skali manichejskiej walki dobra ze złem”. W tej ocenie ma dużo racji – dużo, czyli… mniej więcej połowę. To diagnoza dotycząca mniej więcej połowy populacji wyborców. Druga, mniej więcej, połowa wyborców myśli dokładnie to samo, tyle że w stosunku do swoich oponentów. Ci pierwsi, czyli zwolennicy obecnej opozycji, obsadzani są w roli resortowych dzieci, czy też spadkobierców Targowicy. Po obu stronach politycznego sporu przekonanie o własnej racji moralnej jest równie silne, a obie strony wykazują przy tym dość duże przyzwolenie na naginanie reguł dla osiągnięcia słusznych (w mniemaniu danej strony) celów.

Prawidłowością rozwoju konfliktów plemiennych, z jakimi mamy tu do czynienia, jest mechanizm spirali – reakcja jest silniejsza niż akcja. Jeśli nie będziemy mieć instytucji obdarzanych przez obie strony zaufaniem, wówczas logikę sporu toczonego według aprobowanych powszechnie reguł gry zastąpi konfrontacja siłowa. Ujmując to obrazowo: wsadzenie do więzienia liderów PiSu po wyborach wygranych przez anty-PiS spowoduje, że po kolejnych wyborach przynoszących zmianę władzy ci pierwsi wyjdą z więzienia, a ci drudzy do więzienia trafią, tylko do gorszych cel. W pewnym momencie – może szybciej niż myślimy – któraś strona uzna jednak, że władzy oddać już nie może. I to będzie kres demokracji w Polsce.

Długie macki euroliberalnej kasty

Dalej Semka wyraża obawę, że opcja, która jest mu bliska, po dokonanej decentralizacji mogłaby być w poszczególnych regionach zagrożona, ponieważ po stronie przeciwnej stoją „środowiska sędziowskie, euroliberalne media i instytucje unijne”. Zajmijmy się tą wyliczanką po kolei.

Nie mam przekonania, że środowiska sędziowskie są programowo lewicowo-liberalne. Orzecznictwo sądowe w kwestiach rodzinnych jest raczej konserwatywne, podobnie konserwatywne jest w rozstrzyganiu kolizji wolności słowa z innymi wartościami, jak chociażby obroną uczuć religijnych czy pamięci historycznej. Wartości bliskie Kościołowi katolickiemu, a także interesy majątkowe Kościoła, spotykały się dotychczas z przychylnością trzeciej władzy. Pogląd o programowym antykonserwatyzmie środowiska sędziowskiego jest zatem kontrfaktyczny.

Problemem sądownictwa jest natomiast nadmierna korporatyzacja. Przygotowany przez nas projekt przewiduje większą rozliczalność sędziów poprzez ograniczenie korporatyzmu środowiskowego oraz przyznanie senatowi wojewódzkiemu prawa współdecydowania o obsadzie najwyższych stanowisk w sądach wojewódzkich. Po szczegóły odsyłam do pkt 13. projektu Karty Województwa Modelowego (www.zdecentralizowanarp.pl).

Jeśli chodzi o lokalne czy regionalne media, to nie są one euroliberalne, tylko po prostu… lokalne bądź regionalne. Wiele z tych redakcji przyjmuje linię konserwatywną. Realnym zagrożeniem dla tychże mediów jest popadnięcie w zależność od lokalnych władz i grup interesów. Nad rozwiązaniem tego problemu konserwatyści i liberałowie mogliby popracować wspólnie. W środowisku IUS dyskutowaliśmy o utworzeniu mechanizmu wsparcia dla lokalnych mediów podobnego do funkcjonującego obecnie „1%”. Chętnie porozmawiamy o innych koncepcjach.

Instytucje unijne przeżywają kryzys legitymizacyjny i mają obecnie poważniejsze problemy niż szukanie sposobności do wtrącania się w sprawy polskich województw. Partnerem Brukseli i Luksemburga jest Warszawa, a nie Wielkopolska czy Lubelskie. Przeniesienie pewnych kwestii na poziom województw zmniejszy po obu stronach skłonność do konfrontacji. Bruksela nie będzie mogła naciskać na Warszawę w sprawach, które należą do samorządów. Warszawa będzie miała mniejszą motywację do wszczynania wojenek z Brukselą, jeśli rządzącej w danym momencie ekipie taka wojenka nie przysłuży się do konsolidacji elektoratu tak bardzo, jak to ma miejsce obecnie.

Nierozdzielność sporu

Semka uważa, że złudne jest przekonanie skupionych w IUS zwolenników decentralizacji, że spory w województwach da się oddzielić od sporów w centrum. Wyjaśnijmy sobie zatem jeszcze jedno: nikt nie twierdzi, że dzięki decentralizacji konflikt zupełnie zniknie. W naszym projekcie chodzi tylko (i aż) o to, aby ulokować konflikt w takim miejscu, aby był on możliwie najmniej kosztowny dla strategicznych instytucji państwa, zwłaszcza tych, które decydują o bezpieczeństwie zewnętrznym i wewnętrznym kraju .

Obie główne siły polityczne mają autentyczne poparcie. Skoro nie wierzymy, że jedna strona ostatecznie i trwale pokona drugą, skoro konfliktu nie rozwiąże perswazja ani darwinizm społeczny, bo ani jedna strona nie przekona drugiej, ani też żadna ze stron nie wyginie, skoro kompromis co do fundamentalnych wartości zazwyczaj jest niemożliwy albo nietrwały, skoro wszelkie wielkie narodowe pojednania trwały nie dłużej niż wzruszenia, które je wywołały, to pozostaje postawić realistyczną diagnozę, która zresztą stanowi motto Inkubatora: „Zgoda, jesteśmy różni”. Powinniśmy uznać ten fakt, a następnie ową różnorodnością tak zarządzić, aby generowany przez nią konflikt był możliwie najmniej kosztowny dla strategicznych interesów Polski.

Niepohamowanie lewicy

Piotr Semka zauważa, że liberalna lewica rzadko ulega samoograniczeniu. Zdaniem publicysty „[liberałowie] mogą uznać swoje województwa za strefę normalności, a nieswoje za miejsca niewolenia kobiet, homoseksualistów czy mniejszości”. W związku z tym „siostry z Wielkopolski będą jeździć wyzwalać kobiety z podlaskiego”. Przytoczone argumenty nawiązują do tego elementu koncepcji strategicznej decentralizacji, który dopuszcza (ale nie dekretuje) zróżnicowanie regulacji prawnych przyjętych przez poszczególne województwa – zgodnie z dominującymi w nich wartościami.

Semka ma rację, że po stronie liberalnej zdarzają się misjonarsko usposobieni aktywiści. Ale czy tylko po tej stronie? Już sama etymologia słowa misjonarz zdradza, że odpowiedź na to pytanie jest przecząca. Nie tak dawno premier Morawiecki wyznawał, że jego marzeniem jest Polska dokonująca rechrystianizacji Europy.

Pójdźmy jednak dalej w spekulacjach na temat dynamiki napięć światopoglądowych. Czy dziś Ordo Iuris walczy o zmianę prawa aborcyjnego w Szwecji albo na Słowacji? Czy Kluby Gazety Polskiej organizują pikiety przed teatrami i galeriami w Berlinie? Skoro tak się nie dzieje, to dlaczego w scenariuszu decentralizacji według koncepcji IUS aktywiści z Pomorza mieliby na siłę „oświecać” Podkarpacie, a organizacje z Podlasia „nawracać” Dolny Śląsk? A jeśli nawet mieli by to robić, to dlaczego miałoby to być bardziej intensywne albo bardziej destabilizujące, niż to, co dzieje się teraz w Warszawie?

Dziś obie strony walczą o wszystko. Obecnie górą jest partia reprezentująca konserwatywne podejście do spraw obyczajowych. Jest zatem zrozumiałe, że sympatycy tej opcji będą skłonni bronić stanu posiadania, albo nawet pójść jeszcze dalej. Wszystko się jednak może zmienić w scenariuszu, w którym PiS przegrywa wybory, a lewicowo-liberalna koalicja wprowadza związki partnerskie i inne zmiany obyczajowe.

Taki scenariusz jest zupełnie realny – wahadło odchyla się bowiem coraz bardziej. Wystarczy przypomnieć, jak rozstrzygnęły się spory obyczajowe w tradycyjnie katolickiej Hiszpanii i jeszcze bardziej katolickiej Irlandii. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w rządzącej przez rządy lewicowo-liberalne Polsce, a w mediach ukazuje się kolejny tekst któregoś z autorów związanych z Inkubatorem i od razu spotyka się on z krytyką ze strony publicystów – tym razem – lewicowych, którzy nie chcą decentralizacji, wolą bronić swojego stanu posiadania skupionego w Warszawie. I znów bijemy się o wszystko.

Wojna hybrydowa

Perspektywa dezinformacji, podsycania konfliktów przez finansowane z zewnątrz NGO-sy czy zgoła pojawienia się „zielonych ludzików”, którą kreśli nasz recenzent, nie może być oczywiście zbyta wzruszeniem ramion.

Tymczasem brakuje jednak podstaw do przyjęcia, że takie konflikty na szczeblu regionalnym miałyby być ostrzejsze niż na szczeblu centralnym. Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze, na szczeblu wojewódzkim istnieje większe prawdopodobieństwo, że ukształtują się bardziej trwałe większości opowiadające się za określonym wyborem aksjologicznym. Po drugie, uczestnicy sporu na poziomie województwa nie będą mieli „pod ręką” instrumentów polityki zagranicznej ani polityki bezpieczeństwa, które mogliby doraźnie wykorzystać dla potrzeb bieżącej walki politycznej. Sejmik wojewódzki nie pójdzie na spór z UE (zmiany w sądownictwie) ani z USA i Izraelem (nowelizacja ustawy o IPN) dla potrzeb wewnętrznego sporu politycznego, bo zwyczajnie nie będzie miał takich kompetencji. A nawet gdyby chciał zrobić coś niemądrego, podyktowanego doraźną polityką, to będzie go mógł skontrować senat województwa składający się z wójtów, burmistrzów i prezydentów miast oddających głos ważony liczbą mieszkańców.

Rozbicie dzielnicowe – reaktywacja

Argument z rozbicia dzielnicowego, tytułowy dla tekstu Piotra Semki, można by w zasadzie skwitować młodzieżowym it’s so 1130s. Świat stawia przed nami nowe wyzwania, wobec których nawet spór o wydarzenia sprzed trzech dekad (okrągły stół) jest dziś w dużej mierze jałowy. Tym bardziej nieprzystające do współczesnych wyzwań cywilizacyjnych Polski, Europy i świata są doświadczenia dziejowe sprzed ośmiu stuleci. W wiekach średnich nie tylko Polska przechodziła długotrwałą fazę rozdrobnienia feudalnego, ale też np. Niemcy i Ruś.

Nawet abstrahując od zamierzchłości tamtego okresu, analogia ta jest chybiona również dlatego, że w rozbiciu dzielnicowym chodziło o mnogość – rozumianych zresztą inaczej niż dziś – suwerenności oraz o walkę o hegemonię. Projekt Zdecentralizowanej Rzeczypospolitej zakłada niepodzielną suwerenność narodu polskiego. Nasz projekt nie przewiduje dzielnicy senioralnej, a władza centralna w Warszawie, posiadająca monopol na kluczowe rodzaje polityki decydujące o niepodległości państwa, będzie wyłaniana w drodze wyborów, a nie w drodze dziedziczenia.

Sen śląskich separatystów

Semka w swoim artykule dostrzega ryzyko śląskiego separatyzmu. Rzeczywiście intelektualiści ze środowisk forsujących ideę autonomii Śląska przyjęli projekt Zdecentralizowanej Rzeczypospolitej pozytywnie. Dyskusja wokół naszych założeń dość szybko ujawniła jednak istotną różnicę między pomysłami IUS a koncepcją ustrojową RAŚ. Różnice te doprowadziły do polemiki na łamach „Dziennika Zachodniego” (A. Radwan, A. Wojciuk, Decentralizacja to umowa dla wszystkich nie dla wybranych, 29.03.2019; M. Myśliwiec, A. König, O decentralizacji. Kawa dla wszystkich, 4.04.2019).

Projekt IUS przewiduje decentralizację symetryczną (czyli taki sam zakres uprawnień dla wszystkich województw, bez żadnych statusów specjalnych), z jednoczesnymi silnymi gwarancjami nadzorczymi ze strony centrum, równoważonymi zakotwiczeniem niezależnych instytucji centralnych w województwach. Z kolei projekt konstytucji RAŚ zakłada decentralizację asymetryczną, która może stać się podstawą do sukcesywnego rozszerzania autonomii poszczególnych regionów, a w konsekwencji do kultywacji szczególnego statusu np. Śląska, skąd już tylko krok do separatyzmu.

Obie koncepcje różnią się również tym, kto z kim zawiera umowę. Według koncepcji IUS stopień decentralizacji jest wynikiem kontraktu (nowej Umowy Społecznej) wszystkich Polaków, podczas gdy w projekcie konstytucji RAŚ jest on wynikiem negocjacji przywódców danego autonomicznego województwa z władzami państwa.

Ciągłe negocjowanie granic autonomii to groźba destabilizacji kraju. W ten sposób dochodzi bowiem do zacierania się różnic między zwykłą polityką (która ma być przedmiotem sporu i konkurencji ofert) a wykuwaniem się instytucji (które następuje w momentach konstytucyjnych). Przykładami niepożądanej decentralizacji asymetrycznej są Hiszpania (Katalonia, Kraj Basków), Wielka Brytania (Szkocja) czy Włochy (Lombardia, Wenecja Euganejska).

Jeśli stopień autonomii jest indywidualnie negocjowany między centrum a regionami, tworzy to zachęty do oportunistycznych działań po obu stronach: władze regionalne mają stale „pod ręką” kartę separatystyczną, wokół której mogą organizować spór polityczny w regionie. Natomiast centrum może rozszerzać zakres swojej władzy, uzasadniając to nadzwyczajną potrzebą obrony spójności kraju. Takiej decentralizacji nie chcemy.

Konserwatyści nie lubią utopii

Piotr Semka podziela pogląd, że samorządy cieszą się w Polsce stosunkowo dużym zaufaniem obywateli. Pełna zgoda. Konserwatysta powinien uznać to za dobry punkt wyjścia do reformy.

Konserwatywnej szkole myślenia o państwie bliskie jest bowiem takie rozumienie reformy, która polega na budowaniu na tym, co się sprawdza, i unikanie sprzecznych z ludzką naturą zabiegów inżynierii społecznej. Subsydiarność i wspólnoty lokalne – to są ważne hasła w konserwatywnej wizji organizacji państwa.

Nie ma władzy ani instytucji idealnych. Taka ocena jest również częścią szkoły konserwatywnej – to na konto doktrynerów lewicowo-liberalnych należy zapisać dążenie do tworzenia nowego człowieka i projektowanie utopijnych organizacji społecznych. Strategiczna decentralizacja nie stworzy państwa idealnego, ale daje szansę na państwo silniejsze w kluczowych obszarach, państwo skuteczniejsze, ale nie omnipotentne, państwo, które wyzwala lokalną energię i pozwala województwom i ich mieszkańcom bogacić się dzięki tworzeniu regionalnych strategii rozwojowych. Centralne planowanie to nie jest idea z konserwatywnej szkoły myślenia o państwie.

* * *

Powyższa konstatacja nie zwalnia oczywiście od dyskusji nad tym, jakie obszary polityki publicznej będą efektywniej rozstrzygane na poziomie wojewódzkim, a dla jakich nawet poziom krajowy nie jest wystarczający i potrzebna jest koordynacja na poziomie ponadnarodowym, zwłaszcza europejskim.

Wiele wyzwań cywilizacyjnych (wyzwania klimatyczne), ale także kwestii technicznych (np. fragmentacja europejskiego rynku kapitałowego jako bariera finansowania innowacji) wymaga mądrej koordynacji, a niekiedy nawet centralizacji na poziomie europejskim. Propozycja ustrojowa strategicznej decentralizacji Rzeczypospolitej to przyczynek do dyskusji nad wielopoziomowym zarządzaniem (multi-level governance). Zapraszamy do tej dyskusji publicystów, aktywistów i naukowców wszelkich przekonań ideowych i sympatii politycznych.

Zdjęcie: Kana Natsuo (via Flickr)

Arkadiusz Radwan  adwokat, profesor prawa na Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie i dyrektor Polskiej Akademii Nauk – Stacji Naukowej w Wiedniu. Jest też członkiem założycielem i współprzewodniczącym rady Inkubatora Umowy Społecznej.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa