Przyszłość ma na imię sztuczność

Świat polityki został ukształtowany przez arystokratyczne maniery i wzory zachowania. Jesteśmy skazani na imitowanie tych wzorów przez wkraczających na scenę nowicjuszy.


W felietonie w Gazecie Prawnej Marcin Król – oprócz słusznego utyskiwania na brak poważnych kandydatów startujących w wyborach  prezydenckich – zwraca uwagę na coraz większą sztuczność wdzierającą się do polityki. Powaga w polityce jest rzeczą ważną – poważnie trzeba traktować obywateli, innych polityków oraz głoszone przez nich idee. Nie respektowanie zasady powagi może prowadzić do zbyt późnego reagowania, jak było w przypadku Adolfa Hitlera. Trzeba jednak uważać, bo zbyt paniczna reakcja ociera się o śmieszność.

Polityk musi być człowiekiem poważnym – poważnym nie znaczy nudnym, sztywnym, nie potrafiącym się śmiać czy żartować. Musi jednak wiedzieć, jak się odpowiednio zachować, co powiedzieć, mieć poczucie smaku i przyzwoitości. Problem jednak w tym, że dzisiejsi politycy rzadko taki zmysł posiadają, a jeszcze bardziej sprawę komplikują eksperci od PR.

Świat polityki to świat ukształtowany przez arystokratyczne maniery i wzory zachowania. Nawet od wystąpień publicznych – również tych wiecowych – oczekuje się, by naśladowały przemówienia w związku szlacheckim albo toasty podczas rodowych bali. W mowie ciała polityk również powinien przypominać przedstawiciela szlachty. Być oszczędnym w gestach, nie nazbyt porywczym, można powiedzieć: zachowywać się dumnie. Każdy inny sposób bycia może zostać uznany za właściwy – używając zbyt często obecnego w polskiej polityce i szkodliwego określenia – dla szaleńca, a co najmniej dla rewolucjonisty, niszczycielowi istniejącego porządku.

Polityk, w szczególności czołowy lub aspirujący do tego, powinien więc być typem światowca. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wielu polityków i przedstawicieli elity wywodziło się ze środowisk, dla których taki sposób bycia był oczywisty – Radziwiłłowie, ród Sapiehów, Zamoyscy, Mackiewiczowie, Hutten-Czapscy, Stempowscy, Bocheńscy i wielu innych. Jednak świat ten uległ zagładzie – zniknął z naszego krajobrazu, tak samo jak świat żydowskich Sztetli. Ci, którzy przeżyli, odnaleźli się i to całkiem nieźle – choć może bez entuzjazmu – za granicą, we Francji, Włoszech, Wielkiej Brytanii, Ameryce czy nawet Etiopii.

unnamed

Obok nich, w XX wieku, na scenie politycznej pojawili się przedstawiciele innych klas społecznych. Niektórzy z nich znakomicie wkomponowali się w porządek arystokratycznego świata polityki – wystarczy wspomnieć Anatola Mühlsteina, Jarosława Iwaszkiewicza, Józefa Retingera, Jana Karskiego czy – sięgając do starszego pokolenia – Romana Dmowskiego. Inni, wchodząc do polityki, wnosili elementy swojej przeszłości – i było tak nie tylko w przypadku ruchu chłopskiego, ale także socjalistów, szczególnie tych o rewolucyjnych poglądach.

Pojmowanie polityki przez tych ostatnich – szerokie spektrum dopuszczalnych środków, konspiracyjne metody i pozostałe elementy imaginarium rewolucjonisty – przekładało się na ich działalność w oficjalnej polityce. Niewielu, jak Józef Piłsudski, uważało, że przeszłość trzeba odciąć grubą kreską i działać wspólnie na rzecz dobra państwa. Jednak także na nim przeszłość rewolucjonisty i zamachowca odcisnęła głęboki ślad – być może dlatego nie był w stanie pojąć reguł demokratycznej polityki.

Po II Wojnie Światowej scenę polityczną masowo zaludniać zaczęli nowi aktorzy, którzy musieli zastąpić tych, którzy zginęli, wyemigrowali albo z przyczyn politycznych i ideologicznych nie mogli brać aktywnego udziału w życiu publicznym. Osoby o korzeniach chłopskich lub robotniczych zaczęły kształtować nową rzeczywistość – i nie było tak tylko w przypadku PZPR, ale również znacznej części ludzi „Solidarności”. Było to dla nich nowe doświadczenia, zachowywali się w związku z tym tak, by imitować wyobrażenia o tym, jak polityk powinien się zachowywać.

Z problemem „ciążenia przeszłości” ponownie spotkaliśmy się także na początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy przyjrzeć się działaniom i zachowaniom osób posiadających opozycyjną legitymizację, trudno nie zauważyć piętna – używając zwrotu rodem z dwudziestolecia międzywojennego – „czasów niewoli”. Widać to bardzo wyraźnie, kiedy czyta się wspomnienia z okresu transformacji – na taśmach archiwalnych z lat 80-tych oraz 90-tych nie widać wielkiej różnicy.

Wszyscy politycy musieli uczyć się zachowania w nowej rzeczywistości – medialnej demokracji. Rzecz w tym, że była to nauka wiedzy praktycznej, której nie da się posiąść z instrukcji i podręcznika. Widać to dobrze, kiedy ogląda się programy telewizyjne z tamtych lat. Przesiąknięte są one nieporadnością, wynikającą z prób odnalezienia się w nowej rzeczywistości – natomiast doskonale na ich tle wypadał Gustaw Holoubek, dla którego naturalność w sztucznej sytuacji była chlebem powszednim aktora.

Nic dziwnego, że w Polsce wiele pracy mieli spece od „pijaru”. To oni zajmują się właśnie tworzeniem sztucznego człowieka – zmienianiem jego manier, zachowań, przyzwyczajeń. Chcą to osiągnąć poprzez przekazywanie wiedzy technicznej, czy wręcz racjonalnej. Natomiast w polityce – tak samo jak w gotowaniu – powinna dominować wiedza praktyczna i to tyczy się nie tylko decyzji, ale także zachowań.

Oczywiście, można gotować zgodnie z przepisem z internetu, ale każdy, kto tego próbował, wie, że rzadko w ten sposób otrzymuje się oczekiwane rezultaty. Niezbędne są doświadczenie i obycie. W kuchni jest jednak o tyle łatwiej, że można ponawiać próby wielokrotnie – w polityce natomiast takiej możliwości nie ma. Jest się skazanym na własne „wyczucie” już od pierwszego razu.

Mistrzami sztuczności w polityce są Amerykanie. Kiedy patrzymy na zachowania głównych polityków, z prezydentem Obamą włącznie, dostrzec można żmudną pracę wielu osób, które doprowadziły do tego, by zachowywali się w taki sposób, w jaki się zachowują. Ich wystąpienia są misternie przygotowane przez odpowiednie osoby. Politycy są więc w pewnym stopniu marionetkami w rękach PR-owców, dlatego często z ust przypadkowych obserwatorów – widzów wieczornych wiadomości w Polsce – padają zarzuty, że to pajace.

W ten sposób, często nieświadomie, ludzie odwołują się do starego resentymentu europejczyków wobec Ameryki, która – ich zdaniem – powinna podążać za swoim starszym rodzeństwem. W tym poglądzie to Europa jest wzorem przyszłości. Istnieje jednak również odmienne stanowisko, prezentowane przez – tyleż genialnego, co niesłuchanego – Alexis’a de Tocqueville’a. Twierdził on, że o przyszłości demokratycznych społeczeństw możemy dowiedzieć się spoglądając na Amerykanów.

Jeżeli chcemy by społeczeństwo było jak najbardziej demokratyczne, by panowała równość szans, by ścieżki mobilności społecznej były otwarte, to albo będziemy skazani na imitowanie wzorów przeszłości przez wkraczających w nieznany sobie wcześniej świat nowicjuszy, albo wypracujemy nowe wzory, które jednak będą się różnić od dotychczasowych i uznamy je za oczywiste. I jedno, i drugie dla konserwatysty kulturowego, jakim jest niewątpliwie Marcin Król, jest dość odpychające. Siła inercji będzie nas kierowała w stronę pierwszego rozwiązania, ale to ostatecznie od nas zależy, jak będzie wyglądała przyszłość.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa