Prześniona rewolucja w polskim filmie

„Ida” jest pierwszym od lat filmem, który ma realną szansę zdobyć najważniejsze nagrody w branży filmowej.


Niedzielne rozdanie Złotych Globów nie było co prawda tym głównym testem dla filmu Pawła Pawlikowskiego – tym będzie rozdanie Oskarów – ale bez wątpienia stanowiło istotny, o ile nie najistotniejszy, sparing przed lutową galą w Dolby Theatre.

Złote Globy to, jak na warunki amerykańskiej branży filmowej, specyficzne nagrody. Z jednej strony ich rosnąca popularność i wyniki oglądalności (zeszłoroczną galę oglądało – według tzw. systemu ratingowego Nielsena – najwięcej osób od 10 lat; w tym roku ta liczba była nieznacznie niższa) dowodzą, że zbijanie kapitału na rosnącej roli telewizyjnych (lub, w przypadku serwisów streamingowych w rodzaju Amazona czy Netfliksa, które święciły w tym roku tryumfy – internetowych) seriali fabularnych przede wszystkim pod względem prestiżu przynosi konkretne korzyści, podobnie zresztą, jak kierowanie się do nieco młodszej widowni, przynajmniej w porównaniu do rozdania nagród Akademii Filmowej.

Z drugiej strony, przyznające wyróżnienia stowarzyszenie Hollywood Foreign Press Association oskarża się w amerykańskiej prasie o anonimowość, a same Globy traktowane są po prostu jako komercyjna inwestycja, za którą odpowiada instytucja o nieporównywalnie mniejszym dorobku i tradycji od Academy of Motion Picture Arts and Sciences.

Równie gorzkie słowa nieoczekiwanie pojawiły się następnego dnia po tegorocznej gali również i w polskich mediach. Kontrowersje wywołały słowa Pawła Pawlikowskiego, który w lekceważącym tonie wypowiedział się na temat jej organizacji i stojącej za decyzjami jury merytoryki. Reżyser „Idy” skrytykował zarówno nudną i chaotyczną formę wydarzenia, jak i marginalizowanie nieamerykańskich filmów, twierdząc, że  „europejskie kino to jest kompletnie bajka obok, ich to kompletnie nie interesowało. Jak Zwiagincew wygłaszał swoje przemówienie, to w ogóle nikt go nie słuchał”. Choć ta wypowiedź, odczytana w kontekście porażki „Idy”, została instyktownie odebrana jako delikatnie niegrzeczna w stosunku do organizatorów, to trudno nie dostrzec w niej przynajmniej cząstki prawdy. Trudno podejrzewać Pawlikowskiego, reżysera z obszernym, światowym dorobkiem o frustracje spowodowane porażką w konkursie z perspektywy europejskiej tradycji kina wyraźnie drugoligowym.

Chciałbym odczytywać zwycięstwo znakomitego „Lewiatana” jako symboliczny początek przebijania się do najbardziej „opornej” części amerykańskiego mainstreamu kina ekstremalnie peryferyjnego; o bogatej, odsyłającej do tradycji intelektualnej Starego Kontynentu (od subwersywnych interpretacji Księgi Hioba, aż po „Lewiatana” Thomasa Hobbesa) treści oraz o nieprzystępnej, złożonej kompozycji formalnej. W obliczu kryzysu ukraińskiego zwycięstwo filmu Zwiagincewa paradoksalnie unieważnia jednak jego czysto artystyczne własności. „Lewiatan”, pomimo wszystkich swoich subtelności, jest bowiem najmocniejszym komentarzem dotyczącym współczesnej Rosji; wyraźnie artykułującym patologie wynikające ze splotu postsowieckiego porządku symbolicznego, konserwatywno-anarchicznej świadomości kulturowej oraz obowiązywania autorytarnych form dyscypliny i opresji. Wyraża on dziwaczną sprzeczność, z której bierze się siła putinowskiej Rosji: katechoniczną, imperialną wolę kształtowania europejskiego dziedzictwa kulturowego wynikającą z przejmowania gniewu i frustracji mających swoje źródło z dysfunkcjonalnym społeczeństwie. Chyba najbardziej wymownym przykładem tego paradoksu jest fakt, że choć „Lewiatan” został w samej Rosji zakazany, to wciąż oficjalnie reprezentuje ten kraj w walce o Oskara. A przykładem skuteczności – to, że nobilitacja tak antysytemowego filmu przyniesie systemowi kolejne wyróżnienie.

„Ida”, film równie przenikliwy i doskonały pod względem artystycznej realizacji, pozostaje, pomimo całej swojej komunikatywności i zakorzenienia w tradycji Nowej Fali, komentarzem w dyskusji zagranicą raczej niezrozumiałej. Jego niewątpliwy sukces podczas tournée festiwalowego bierze się moim zdaniem raczej z czytania go na poziomie warstwy fabularno-formalnej niż politycznej. W recenzjach zachodnich krytyków czytamy głównie o świetnych kreacjach aktorskich Agaty Kuleszy i Agaty Trzebuchowskiej, nawiązaniach do Buñuela i porywającej pracy obrazu. Próba podjęcia tematu źródeł polskiej modernizacji zostaje raczej pominięta, albo gubi się w ogólnikach.

„Ida” pozostaje przede wszystkim swego rodzaju filmową próbą rozwinięcia tego, jak współczesną historię Polski chcą przepisać współcześni historycy i socjologowie, a w szczególności Andrzej Leder w swojej książce „Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej”, której wydanie zbiegło się zresztą z obecnością filmu Pawlikowskiego w kinach. Historia Wandy Gruz i Idy Lebenstein, nawet jeżeli nie miała być wyłącznie pretekstem do pokazania, w jaki sposób dwa historyczne procesy – antysemityzm klasy ludowej i wyłanianie się politycznej elity oraz klasy średniej w po wojnie – splatają się w wektor nowoczesności, wzdłuż którego procesy społeczne, polityczne i ekonomiczne rozwijają się właściwie do dziś, to, w kontekście coraz wyraźniej nakreślającej się debaty publicznej i akademickiej w tej dziedzinie, trudno w Polsce nie czytać jej właśnie w ten sposób.

Kibicując „Idzie” w drodze do Oskara warto więc pamiętać, że choć zagraniczne wyróżnienia są niewątpliwym wyrazem instytucjonalnej ewolucji polskiej kinematografii, którą trudno deprecjonować (szczególnie, że ewentualna statuetka przypadałaby na dziesięciolecie istnienia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej), to ważniejsza praca dokonuje się tu i teraz; praca rozliczania się z polską historią i poznawania naszych społecznych korzeni, a także otwierania się polskiego kina na tego rodzaju polityczne eksperymenty. I nieważne, jak bardzo będziemy od tego uciekać i jak bardzo „Idę” doceni Amerykańska Akademia Filmowa, to w końcu będziemy musieli dokończyć ją sami.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa