Przemysł poradnictwa. O „Dawaj i bierz” Adama Granta

W bestsellerowym poradniku Dawaj i bierz młody badacz psychologii organizacji Adam Grant przekonuje, że warto wyjść poza regułę wzajemności, żeby odnieść życiowy sukces. Jednak w horyzoncie takiego myślenia nie mieści się prawdziwy „zwrot empatyczny” W 2014 roku sprzedaż poradników przewyższy sprzedaż celebryckich autobiografii, […]


W bestsellerowym poradniku Dawaj i bierz młody badacz psychologii organizacji Adam Grant przekonuje, że warto wyjść poza regułę wzajemności, żeby odnieść życiowy sukces. Jednak w horyzoncie takiego myślenia nie mieści się prawdziwy „zwrot empatyczny”

W 2014 roku sprzedaż poradników przewyższy sprzedaż celebryckich autobiografii, które do tej pory królowały na szczytach bestsellerów – tak przewiduje „The Guardian”. W Stanach Zjednoczonych to przemysł wart około 10 miliardów dolarów rocznie. Poradnictwo zawsze rozwijało się wczasie kryzysów. Najbardziej poczytne dwudziestowieczne przewodniki samorozwoju zostały opublikowane w latach 30. Nowożytny trend samodoskonalenia zaczął się jednak o wiele wcześniej, kiedy Benjamin Franklin w 1758 roku opublikował Drogę do dobrobytu (The Way to Wealth).

Pojęcie „samopomocy” (self-help) pojawiło się sto lat później w tytule książki szkockiego filozofa Samuela Smilesa Self-Help; with Illustrations of Character and Conduct, nazywanej biblią wiktoriańskiego liberalizmu. Dwie klasyczne pozycje z kanonu „osobistego rozwoju“ to Myśl i bogać się (Think and Grow Rich) Napoleona Hilla – opublikowana w 1937 roku, sprzedała się w ponad 70 milionach egzemplarzy, a nakład wciąż rośnie – a także Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi (How to Make Friends and Influence People) Dale’a Carnage’a z 1946 roku. Współczesną odmianę „troski o siebie” nie bez powodu określano jako entrepreneurship of the self – jej główną funkcją stało się bowiem osiąganie wymarzonego statusu.

Niezwykły entuzjazm rzeszy czytelników wobec poradników od zawsze szedł w parze z krytycznym dystansem elit intelektualnych. Opór wobec praktyk poradnictwa wyrażał między innymi Ralph Waldo Emerson, krytykując posługiwanie się „myślami pożyczonymi” zamiast praktykowania „polegania na sobie” (zob. Self-Reliance, przełomowy esej z 1841 roku). Dobrym przykładem podobnej niechęci jest też filipika G.K. Chestertona, który w artykule O zawodności sukcesu stwierdził, że

W naszych czasach pojawił się pewien szczególny rodzaj książek, które mogą być szczerze i z powagą nazwane najgłupszymi, jakie kiedykolwiek istniały wśród ludzi. Są to książki o niczym; akonkretniej – o osiągnięciu sukcesu. (…) Poradniki dotyczą sukcesów we wszystkich dziedzinach życia; ich autorami są ludzie, którzy nie potrafią nawet odnieść sukcesu w pisaniu książek. Należy oczywiście zacząć od tego, że nie ma czegoś takiego jak Sukces. Albo, jeśli woli się to tak ująć, nie istnieje nic, co nie byłoby czynione z sukcesem. To, że coś odnosi sukces, oznacza ledwie, że istnieje; milioner odnosi sukces w byciu milionerem, aosioł w byciu osłem. Każda żyjąca osoba osiąga sukces, żyjąc; każdy zmarły mógł był równie dobrze osiągnąć sukces wpopełnieniu samobójstwa.

Być może niektórzy intelektualiści nie mogli zdzierżyć poradników z tego powodu, że książki z półki self-help często, co prawda zazwyczaj nieudolnie, podszywały się pod dzieła z serii „wielkich idei”. Kiedyś, zgodnie z maksymą historia magistrae vitae, żeby rozwiązać aktualne problemy, zwracano się ku doświadczeniom przeszłości. Na pytanie o to, jak dobrze i mądrze żyć, odpowiedzi szukano także w filozofii. Rezultatami takiego podejścia są Medytacje Marka Aureliusza czy traktat Boecjusza O pocieszeniu, jakie daje filozofia. Powrót na tę drogę wczasach współczesnych postulował z kolei między innymi Michel Foucault. Dla Foucaulta, propagatora odnowienia idei „troski o siebie”, a jednocześnie zaangażowanego intelektualisty, teoria była skrzynką z narzędziami do indywidualnej i społecznej zmiany.

Jednak w obliczu obecnej dewaluacji pozycji amerykańskich „publicznych intelektualistów”, którą w książce Public Intellectuals: AStudy of Decline udowadnia Richard Posner, porad szuka się dziś gdzie indziej, często na styku sali uniwersyteckiej z gabinetem terapeutycznym. Przykładem na to jest działalność londyńskiej The School of Life, instytucji założonej przez filozofa Alaina de Bottona i kuratorkę Sophie Horwath. Program tej szkoły obejmuje wykłady, warsztaty i sesje terapeutyczne. Działa tam również dyskusyjny klub śniadaniowy, sklep zgadżetami sprytnie reklamowanymi jako „narzędzia do myślenia”, a także księgarnia, nazywana „apteką dla duszy”. Na jej półkach na pewno nie zabraknie Dawaj i bierz Adama Granta, które świetnie wpisuję się w niszę, wykorzystując autorytet akademii, a jednocześnie sprawnie operując regułami życiowego poradnictwa.

Adam Grant "Dawaj i bierz", MUZA 2014
Adam Grant Dawaj i bierz, MUZA 2014

Grant, uczony o aparycji „chłopaka z sąsiedztwa”, jest nie tyle publicznym intelektualistą, ile coachem, wykorzystującym swoje akademickie doświadczenie tak samo jak charyzmę i własny życiowy sukces. Grant z wyróżnieniem skończył Harvard, w trzy lata napisał i obronił doktorat. Pracuje w prestiżowej szkole biznesu Whartona na Uniwersytecie w Pensylwanii, gdzie według uczelnianych rankingów jest najbardziej cenionym przez studentów wykładowcą. Doradzał między innymi Microsoftowi, Pixarowi, amerykańskim siłom zbrojnym i ONZ. Napisał też bestseller Dawaj i bierz, w którym przekonuje, że hojność to doskonały sposób na udane życie zawodowe, łączące osiąganie korzyści materialnych oraz symbolicznych.

Grant, który jest psychologiem organizacji, badał ludzkie preferencje dotyczące wzajemności – stosunku dawania do brania. Doszedł do wniosku, że większość osób w życiu zawodowym zachowuje się według jednego z trzech schematów: „biorcy”, „rewanżyści” lub „dawcy”. „Biorcy” (takers) kalkulują, w jaki sposób uzyskać od innych jak najwięcej dla siebie. „Rewanżystom” wystarcza poczucie ekwiwalentności świadczeń. Z kolei „dawców” (givers) nie interesuje natychmiastowa, indywidualna gratyfikacja, lecz dobro innych jednostek i ogółu.

Uczłowieczanie karierowiczów

Grant chciałby przesunąć środek ciężkości społecznego systemu wychowawczego, który często czyni uprzywilejowanymi bezlitosnych karierowiczów w stylu Gordona Gekko, żeby pokazać, że liderzy nie muszą dochodzić do sukcesu po trupach. Sugeruje, że strategia „dawcy” to tak naprawdę lepsza strategia adaptacyjna. Długoterminowo przynosi bowiem co najmniej takie same, a często lepsze, efekty w sferze zawodowej, dodatkowo zapewniając korzyści pozamaterialne: sympatię iszacunek innych. Jedną ze stawek jest posiadanie życia zawodowego, które nie alienuje, lecz jest bogate w znaczenia.

Dla „biorców” liczą się majątek, władza, satysfakcja, przewaga nad innymi, podczas gdy wśród wartości ważnych dla „dawców” znajdziemy gotowość do pomocy, odpowiedzialność, sprawiedliwość społeczną (troskę o tych, którym gorzej się powodzi) czy empatię. Zaangażowanie na rzecz innych czasami bywa postrzegane jako naiwniactwo. Grant chce obalić negatywny stereotyp osoby, która działa nie tylko w swoim interesie, lecz także na rzecz innych. Robi to przy pomocy wyczerpujących studiów przypadków iargumentów z autorytetu. Współczesne przypowieści rozgrywają się w biurach Doliny Krzemowej, pokojach hollywoodzkich scenarzystów i ultranowoczesnych laboratoriach, za swoich bohaterów obierając pracowników gospodarki opartej na usługach oraz nowych technologiach komunikacji.

Dzisiejsi pracownicy stają przed wyzwaniem pracy zespołowej i budowania sieci kontaktów w epoce mediów społecznościowych. Jednak, przynajmniej w interpretacji Granta, mentalność inwestorów startupów niewiele różni się od weberowskiego ideału pracowitego człowieka godnego kredytu: koniec końców w biznesie liczy się dobre imię. W biznesie chodzi o budowanie relacji z innymi i ustalanie swojej reputacji. Sukces jednostki jest współzależny od opinii oraz życzliwego zachowania towarzyszy.

Preskrypcje Granta mają niewiele wspólnego z silnie zakorzenioną w Stanach Zjednoczonych filantropią. Do stworzenia tego etosu przyczynił się artykuł Ewangelia bogactwa (The Gospel of Wealth, 1889),w którym przemysłowiec Andre Carnegie argumentował, że nowo wzbogaceni powinni redystrybuować zgromadzoną fortunę. Adam Grant porzuca model: „najpierw sukces, potem hojność”. Zaleca za to przemyśleć inny: „najpierw hojność, później większy sukces”. Sugeruje, że kiedy zwycięża „biorca”, ktoś inny zawsze traci, natomiast gdy udaje się „dawcy”, zyskują też inni. Z utylitarystycznego punktu widzenia wybór właściwszej ścieżki postępowania wydaje się jednoznaczny.

Adam Grant
Adam Grant

Zawieszone przysługi

Zaproponowany w Dawaj i bierz trójpodział typów osobowości sugeruje, że „biorcy” i „rewanżyści” są nastawieni na zwracanie wyświadczonych im przysług, podczas gdy„dawcy” mieliby postępować według kantowskiego imperatywu, żeby drugiego człowieka traktować jako cel, ale nigdy jako środek. Grant wytrwale przekonuje, że w danym momencie warto poświęcić coś stosunkowo niewielkiego – na przykład dać przysługę każdemu, kto o nią poprosi, jeśli nie zajmie nam ona więcej niż pięć minut. Jednak w tej optymistycznej wizji „dawców” coś zgrzyta. Grant zbyt często podaje przykłady na to, że warto inwestować w relacje również z niepozornymi ludźmi, „nieoszlifowanymi diamentami”, ponieważ nigdy nie wiadomo, czy już nie są bądź nie staną się kiedyś wpływowi. Czyżby „dawcy” byli po prostu „rewanżystami” myślącymi wdalszym horyzoncie? Przecież ich cierpliwość zostanie wynagrodzona: swój wkład kiedyś odbiorą z nawiązką. Wszak premia smakuje najlepiej, gdy jest odroczona i serwowana nieoczekiwanie.

Zwrot empatyczny

Marcel Mauss w klasycznym Szkicu o darze z 1924 roku zastanawiał się nad strukturą transakcji międzyludzkich. Francuskiego antropologa interesowały między innymi paradoksy moralności kontraktowej. Wpolinezyjskim zwyczaju potlaczu – ceremonialnej wymianie dóbr, która prowadzi do ich zniszczenia – dostrzegł mieszaninę symetrycznych iprzeciwstawnych obowiązków, trudne do rozgraniczenia bezinteresowność i przymus występujące przy okazji ofiarowywania, przyjmowania oraz odwzajemniania podarków. Mauss zastanawiał się, czy ogóle powinno mieć dla nas znaczenie, że „bezinteresowny dar” to tak naprawdę jedynie formalizm i społeczna fikcja. Dla George’a Homansa, twórcy teorii wymiany społecznej, ta kwestia nie miała już większego znaczenia. Uczony uznał po prostu, że człowiek zawsze robi coś, mając na uwadze kompensację, czy to materialną czy symboliczną.

Grant i Mauss mogliby zgodzić się co do jednego: sukcesu nie trzeba osiągać kosztem innych, ale wraz z innymi. Konkluzja wspomnianego już Szkicu o darze jest następująca: „Ludy, klasy, rodziny, jednostki będą mogły wzbogacić się i żyć szczęśliwie tylko wtedy, gdy (…) zasiądą wokół wspólnego bogactwa. Nie trzeba szukać daleko, żeby przekonać się, czym jest dobro i szczęście. Ono jest tu, (…) we wpajanych przez wychowanie wspólnym szacunku i wzajemnej szczodrości”.

Roman Krznaric, wykładowca londyńskiej The School of Life, zauważył, że taki sposób myślenia nie był uprzywilejowany w XX wieku, epoce nazywanej niekiedy „stuleciem introspekcji”. Krznaric przewiduje jednak, że XXI stulecie zwróci się na zewnątrz: już niebawemouterspection wyprze introspection. We współczesnych rozwiniętych społeczeństwach dostrzega on bowiem deficyt empatii i postuluje konieczność zajścia „zwrotu empatycznego”. Chętnie wtórują mu politycy, na przykład Barack Obama, który w licznych przemówieniach zwracał uwagę na „deficyt empatii” jako na zagrożenie o wiele poważniejsze niż federalny deficyt budżetowy. W 2006 roku na Uniwersytecie Northwestern w nieco kaznodziejskim tonie przekonywał studentów, że powinni się starać zrozumieć położenie innych:

nie dlatego, że macie zobowiązania wobec tych, którym gorzej się powodzi, choć macie takie zobowiązania. Nie dlatego, że jesteście dłużni wobec tych, którzy pomogli wam stać się tym, kim jesteście, chociaż macie takie długi. Ale dlatego, że macie zobowiązanie wobec samych siebie. Ponieważ nasze jednostkowe zbawienie zależy od zbawienia zbiorowego. (…) Tylko wtedy, kiedy mierzysz ku czemuś, co wykracza poza ciebie samego, możesz w pełni zrealizować swój prawdziwy potencjał – i osiągnąć dojrzałość.

Te słowa amerykańskiego prezydenta, podobnie jak lekcja czerpana z poradnika Granta, pokazują, jak wysoce sfunkcjonalizowaliśmy dziś empatię. W Dawaj i bierz nie wychodzimy poza mentalność księgowego: saldo ma w końcu wyjść na naszą korzyść. Aspiracje bohaterów są doczesne, trzeźwe, wymierne. Naczelną wartością pozostaje indywidualny sukces, choć ten nie jest bynajmniej rozpatrywany jedynie w znaczeniu materialnym, jako dobrobyt, lecz szerzej, jako dobrostan (well-being).

W świecie Granta ukierunkowanie na innych to zawsze swego rodzaju inwestycja, która pewnego dnia się zwróci, choć nie można wykluczyć, że w przypadku dawców zainteresowanie losem innych bywa szczere i czasem wynika nie z zimnej kalkulacji, lecz z odruchu serca. Szkoda jednak, że ten zwrot ku drugiemu człowiekowi jest tak powierzchowny.

 

Recenzja ukazała się w 215 numerze Res Publiki Nowej pt. „Zdrada dziedzictwa”

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa