Przełamać syndrom inżyniera Mamonia

Polskimi wyborami rządzi paradoks: niemal wszyscy chcą "jakiejś zmiany", ale niemal nikt nie chce zaufać żadnej nowej sile. Jak inżynier Mamoń, wciąż wybieramy "piosenki, które już raz słyszeliśmy". Przed ruchami miejskimi niezwykle trudne zadanie: w […]


Polskimi wyborami rządzi paradoks: niemal wszyscy chcą „jakiejś zmiany”, ale niemal nikt nie chce zaufać żadnej nowej sile. Jak inżynier Mamoń, wciąż wybieramy „piosenki, które już raz słyszeliśmy”. Przed ruchami miejskimi niezwykle trudne zadanie: w ciągu czterech miesięcy muszą przekonać wyborców, że zmiana jest możliwa. A do tego nie wystarczy nawet najlepszy program.

Zapraszamy do lektury artykuły Karola Kobosa z redakcji TVN Warszawa. To kolejny już, po artykułach Artura Celińskiego, Agaty Dąmbskiej i Lecha Merglera głos w dyskusji o znaczeniu i szansach Porozumienia Ruchów Miejskich. Artur Celiński pisał w artykule „Moc porozumienia”o tym dlaczego dobrze przygotowane merytorycznie ruchy miejskie zrzeszone w Porozumieniu są w stanie zmienić politykę miejską. Agata Dąmbska w swoim tekście „Zabawa w miasto” zwróciła uwagę, że miasto nie jest zabawką, a miejscy aktywiści nie są w stanie podołać wyzwaniom związanym z rządzeniem i zarządzaniem miastami. Lech Mergler zaś przekonywał, że ruchy miejskie są gotowe do sprawowania odpowiedzialnej władzy.

Mijająca kadencja samorządów to dla miejskich aktywistów dobry okres. Powołali do życia Kongres Ruchów Miejskich i zaczęli snuć kuszące wizje polskich miast upodabniających się do Berlina, Amsterdamu czy Kopenhagi. Z pomocą lokalnych mediów, które zawsze chętnie sięgną po głos kogoś, kto z pozycji eksperta skrytykuje aktualnie rządzących, zaistnieli w szerszej opinii publicznej. Wreszcie w Krakowie pokazali swoją siłę i zagrali na nosie prezydentowi Majchrowskiemu. Nie biorąc jeszcze żadnej odpowiedzialności, już zaczęli wpływać na kształt swoich miast. Budżety partycypacyjne, konsultacje społeczne, rowery miejskie – to wszystko w dużej mierze efekty ich działalności. Ich pomysły, choć zrealizowane innymi rękami.

Chcą więcej. Chcą iść po realną władzę, by miasta zmieniać szybciej i mocniej. Za cztery miesiące ich marzenia mogą się spełnić lub zostać brutalnie zweryfikowane. Ale ich sytuacja zmienia się już teraz – dla politycznych konkurentów, z niezależnych ekspertów, których można było słuchać lub nie, stali się z dnia na dzień przeciwnikami. Dla dziennikarzy – z fachowców, którym warto dać głos – politykami, którym trzeba zadawać trudniejsze pytania.

Flickr.com / @2thin2swim
Flickr.com / @2thin2swim

Jak choćby to najbardziej banalne: skąd wziąć pieniądze na miasta przyjazne, zielone, otwarte i dostępne? Na kulturę, edukację i tanią komunikację? Jak zauważyła Agata Dąmbska, ruchy miejskie nie mają odpowiedzi ani na to, ani na wiele pokrewnych pytań. Dla niej to dowód, że cała ich działalność to niepoważna zabawa. Lech Mergler odpowiada, że ci, którzy dziś rządzą miastami, też nie mają gotowych odpowiedzi.

Rację mają oboje. I oboje też jej nie mają. Dąmbska nie zauważa, że w postulatach ruchów miejskich pieniądze nie zawsze są najważniejsze, a czasami – są wręcz zbędne. Mergler zapomina, że jeśli ruchy miejskie mają stanowić nową jakość, która przełamie syndrom Mamonia, to pytań plan restrukturyzacji szpitali nie mogą zbywać, wskazując palcem na obecnie rządzących. Choćby dlatego, że w ten sposób bardzo się do nich upodabniają.

Porozmawiajmy o pieniądzach

Powołane niedawno Porozumienie Ruchów Miejskich zapowiada, że program przedstawi we wrześniu. To za późno – do wyborów zostały tylko cztery miesiące, a cały sierpień rozmowy na temat ruchów miejskich będą się kręcić wokół ogólnikowych haseł. To tylko zniechęci tych, którzy dziś gotowi są poprzeć w wyborach nową siłę polityczną. Tłumaczenie, że w dużym mieście nikt nie może być ekspertem od wszystkiego i że nie na każdy problem trzeba mieć w głowie gotową odpowiedź, choć prawdziwe, nie pomaga stworzyć wizerunku ludzi przygotowanych do rządzenia.

A przecież ruchy miejskie mają się czym pochwalić. Władze wielu miast już dziś mówią ich językiem i realizują ich postulaty. W dodatku robią to bez wyczucia, niezgrabnie, jakby pod przymusem – to sprawia, że kampania już teraz mogłaby się toczyć na warunkach podyktowanych przez ruchy miejskie; na ich gruncie. A wtedy nawet to straszne pytanie o pieniądze nie musiałoby być trudne.

Przecież postulaty miejskich aktywistów często wcale nie wymagają potężnych nakładów – przyjazne, dostępne miasto nie powstaje dzięki wielkim inwestycjom, ale też nie ich kosztem. Ono powstaje m.in. wtedy, gdy przy okazji dużych projektów słucha się mieszkańców i dba o szczegóły. W postulowanej przez aktywistów miejskiej rewolucji nie chodzi przecież o to, żeby zrezygnować z budowy metra, tylko o to, by wyjścia ze stacji i przesiadkę do tramwaju zaplanować w sposób najwygodniejszy dla pasażerów. Nie chodzi o to, by nie budować dróg, lecz o to, by przy okazji otwierania jednej uspokajać ruch na innej, nie chowając ich za ekranami. Nie o to, by wszystkich przesadzić na rowery, lecz o to by stworzyć im taką możliwość przez mądre budowanie ścieżek bez przysłowiowego słupa na środku.

Mówiąc najprościej: chodzi o to, by pieniądze wydawać mądrzej. Od 25 lat słyszymy, że „się nie da”. Bo procedury, bo przepisy, bo nie ma ustawy, bo jest dekret. Zadaniem ruchów miejskich jest pokazać, że się da.

Czas na konkrety

Dlatego swoją kampanię miejscy działacze powinni oprzeć właśnie o to, co już udało się zrobić. To jedyny sposób, by pogodzić oczekiwanie „konkretnego programu” z unikaniem populizmu i obietnic bez pokrycia. To także sposób, by pokazać swoją wiedzę i doświadczenie, i nie dać się zbić z tropu pytaniem o pieniądze na szpitale.

Boję się jednak, że niektórzy działacze pójdą w innym kierunku. Jan Śpiewak z warszawskiego stowarzyszenia Miasto Jest Nasze przekonuje, że jednym z celów Porozumienia Ruchów Miejskich jest zmiana lub uchwalenie niezbędnych ustaw. To idea tyleż szczytna, co nierealna – skoro nie udało się to rządzącej niemal niepodzielnie, przez 8 lat Platformie Obywatelskiej, jakim sposobem miałoby się dokonać teraz? Z pomocą ruchów miejskich czy bez, taki projekt się w nadchodzącej „czterolatce” raczej nie uda, a opowiadanie o nim, w połączeniu z deklaracją, że startuje się tylko do rad dzielnic jest bez sensu. W dodatku znów brzmi to, jak z repertuaru starych partii – ile razy słyszeliśmy, że czegoś „się nie da”, bo nie ma ustawy lub rozporządzenia?

Do potencjalnych wyborców trzeba mówić inaczej – że kandyduje się do rady dzielnicy, bo chce się zmienić najbliższe otoczenie, zadbać o to, by w uchwalanym planie miejscowym znalazła się ścieżka rowerowa, a w prognozie inwestycyjnej – żłobek czy przedszkole. Na to jakiś – choć niewielki – wpływ mają dzielnicowi radni i tylko tak kandydaci mogą pokazać, że warto na nich głosować.

I tu jest miejsce na ten mityczny „konkretny program”. Konkretny, ale zarazem lokalny, detaliczny, łatwy do rozliczenia. Taki, który stworzy jakieś zobowiązanie, do którego wyborcy będą się potem mogli odwołać. Tylko tak da się skłonić Mamoniów do zmiany playlisty.

Im dłużej ruchy miejskie będą opowiadać o ogólnikach, tym gorzej będą wyglądać w oczach potencjalnych wyborców. Jedni powiedzą, że to dzieciaki, którym zachciało się bawić w politykę – inni, że ruchy miejskie upodobniają się do samorządowej opozycji, która władze krytykuje za wszystko, sama rzadko mając inny pomysł, niż tylko zamiana ról.

Może być tak, że i Dąmbska, i Mergler mają rację – oboje na raz. „Konkretny program” jest zarazem potrzebny, jak i niemożliwy. Tylko nie mówcie teraz, że tego „się nie da” pogodzić!

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa