Przejąć władzę i odpowiedzialność za miasto

"Byłoby fantastycznie, gdyby ruchy miejskie powiedziały najpierw sobie, a potem na zewnątrz, czego tak naprawdę chcą. Moim zdaniem, prawda jest zaś taka, że chcą przejąć władzę i odpowiedzialność za miasto. Po prostu." - o uwspólnianiu […]


„Byłoby fantastycznie, gdyby ruchy miejskie powiedziały najpierw sobie, a potem na zewnątrz, czego tak naprawdę chcą. Moim zdaniem, prawda jest zaś taka, że chcą przejąć władzę i odpowiedzialność za miasto. Po prostu.” – o uwspólnianiu interesów, budowaniu instytucjonalnych interfejsów i miejskiej rewolucji moralnej Artur Celiński rozmawia z Krzysztofem Nawratkiem.

***

Do kogo należy miasto? Walka ruchów miejskich oparta jest przede wszystkim na chęci przywrócenia miasta mieszkańcom i skłonienia władzy, aby to interes mieszkańców uznać za priorytetowy. Czy rzeczywiście miasto to mieszkańcy? Czy mówiąc tak, nie wykluczamy z tej dyskusji użytkowników miast – niemieszkańców, którzy przyjeżdżają do niego tylko do pracy albo szkoły?

Staram się unikać mówienia „miasto to mieszkańcy”, raczej wolę mówić o użytkownikach miasta. Na tym polega właśnie koncepcja obywatela plug-in, którą przedstawiłem w mojej poprzedniej książce. Wzięła się ona z przekonania, że definiowanie miasta jedynie poprzez ludzi, którzy tam mieszkają, a jeszcze nie daj bóg są tam zameldowani, jest błędne. Dlatego zwracam uwagę, że prawo do miasta mają jego użytkownicy, którzy są w stanie wejść ze sobą i innymi w interakcje.

Jeżeli jednak przeniesiemy te rozważania na poziom wspólnoty politycznej, jaką jest miasto, i prawa mieszkańców bądź użytkowników miast do podejmowania decyzji politycznych, to wyjdzie nam, że miasto tworzą jednak tylko mieszkańcy. Prawo wyborcze przysługuje tylko tym, którzy stale zamieszkują na obszarze gminy.

Masz rację, o ile opisujemy stan istniejący. Natomiast na pewno to nie jest ten model, który uważam za właściwy. To miejskie obywatelstwo musi zostać rozszerzone i nadane praktycznie wszystkim, którzy chcieliby z przysługujących im praw i obowiązków skorzystać.

Ten stan obecny powoduje problemy już teraz. Przez ostatnie lata cały czas mówiliśmy o tym, że to mieszkańcy mają prawo decydować o swoim mieście. Poza nielicznymi ekperymentami z realnie działającą partycypacją obywatelską, to prawo realizowane jest głównie poprzez wybory samorządowe. Z tych zaś niemieszkańcy, choć użytkownicy, zazwyczaj są wykluczeni. W jaki sposób użytkownicy mogą realizować swoje prawo do miasta?

Być może największy problem leży w organizacji naszej demokracji przedstawicielskiej. Trzeba jednak spojrzeć na to szerzej. Na miasto nie wpływamy bowiem tylko swoim głosem oddanym w wyborach, ale również poprzez to, gdzie robimy zakupy, gdzie pracujemy, jakie miejsca odwiedzamy. Na poziomie ekonomicznym, jako konsument, jesteś w miasto bardzo mocno wpięty i pośrednio decydujesz, jak i w którym kierunku miasto się rozwija. Jeżeli biznes planuje np. lokalizację nowego centrum handlowego, to ujmuje w swoich badaniach potencjalnych użytkowników, a nie tylko okolicznych mieszkańców. Tu jasno widać, że rozwiązanie łączące prawo do decydowania politycznego z miejscem zamieszkania jest już nieefektywne. Nasze rozwiązania polityczne są przestarzałe w stosunku do rozwiązań, które stosuje choćby biznes.

Jaka jest alternatywa?

Myślę, że ta możliwość decydowania powinna być uzależniona od tego, co ludzie dla miasta robią, i tego, co chcieliby w nim robić. To nie może być też w żadnym wypadku ekskluzywny projekt, w którym biedni ludzie będą mieli jedną dziesiątą głosu bogatych – przecież częstokroć dzieci czy ludzie na emeryturach są w mieście o wiele ważniejsi niż robiący zakupy w Londynie i spędzający wakacje w Tajlandii bogacz. Ludzie wchodzą z miastem w rożnego rodzaju interakcje i system polityczny powinien być zdolny te interakcje zauważać i odróżniać. Jak dokładnie powinno być to zrobione – to kwestia do dyskusji.

Krzysztofie, skoro już jesteśmy przy systemie politycznym, powiedz proszę – czy ty w ogóle wierzysz w demokrację miejską? Pytam także dlatego, że w Dziurach w całym napisałeś tak: „z powodu rozmycia pojęcia wspólnoty – nie da się dziś uciec od zewnętrznych instytucji i opierać się jedynie na wewnętrznych relacjach budowanych organicznie przez grupy ludzkie. We współczesnym mieście «organicznie» organizowane społeczeństwo prędzej czy później wymaga twardych, autorytarnych struktur kontrolnych”.

Mówię tu tylko tyle, że w pewnych warunkach autorytarny impuls może być bardzo korzystny dla budowania podmiotowości miasta i stworzenia wspólnoty, która będzie zdolna do wzięcia odpowiedzialności za siebie i za miasto. To nie jest więc próba budowania autorytarnego systemu, a przekonanie, że silna, autorytatywna władza może czasem wykształcić demokratyczną i egalitarną wspólnotę. Trzeba tylko zaznaczyć, że to twierdzenie na razie nie znajduje swojego potwierdzenia w Polsce.

Mówisz o potrzebie stworzenia wspólnoty, która będzie odpowiedzialna za miasto. Czy dzisiaj taka wspólnota nie istnieje? Jak byś dzisiaj definiował odpowiedzialność za miasto?

Chociaż każdy jest w jakimś sensie odpowiedzialny, to generalnie mamy problem z bardzo mocnym indywidualizmem mieszkańców. To utrudnia uznanie wspólnoty i wynikających z uczestnictwa w niej zobowiązań. Większość z nas jest zorientowana na swoje prywatne życie i prywatne interesy. Brakuje tu świadomości, że ich realizacja jest możliwa przede wszystkim dzięki istnieniu miasta. Działając partykularnie i zawłaszczając miasto w imię swoich interesów działamy przeciwko innym, ale też – w dłuższej perspektywie – przeciwko sobie. To jest niestety skażenie korwinizmem, które wciąż trzyma się mocno, szczególnie w moim pokoleniu. Jeśli zaś chodzi o władze miejskie, to mamy dzisiaj dwa modele. Pierwszy nazwałbym metodą „pana na włościach” – właściciela folwarku, którzy rzeczywiście bierze odpowiedzialność za miasto, bo uznaje, że należy tylko do niego. To szczególnie widać u prezydentów, którzy rządzą po kilka kadencji. Mamy też model menadżerów, którzy zarządzają miastem w taki sposób, aby stworzyć jak najlepsze warunki dla biznesu – przede wszystkim globalnego. Czyli robią to, czemu ja się z całego serca i ze wszystkich sił sprzeciwiam – tworzą miasta jako zasób dla zewnętrznych sił.

Jednak zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku władze te zostały wybrane w demokratycznych wyborach. Dostały od mieszkańców miast silny mandat do rządzenia i z tego wynika również ich odpowiedzialność. Kto ma rządzić, jak nie ci, którzy mają do tego społeczny mandat?

Z tym silnym mandatem to trochę przesada – frekwencja w wyborach lokalnych jest słabiutka… Na dodatek sam wybór władzy w wyborach nie czyni jej w magiczny sposób nieomylnej czy świętej. Władza przecież się degeneruje, łatwo pojawiają się mechanizmy, które mają na celu manipulowanie wyborcami. Pozostawanie przy władzy przez wiele kadencji ma swoje źródła również w tym, że prezydenci czy burmistrzowie mają w swoich rękach praktycznie cały aparat urzędniczy i zasób etatów w miejskich spółkach. To daje możliwości np. do korupcji politycznej swoich potencjalnych rywali i osłabiania opozycji. Poza tym tej odpowiedzialności politycznej nie ma kto od nich egzekwować. Mówiliśmy o tym wcześniej – nie ma silnej wspólnoty mieszkańców, która mogłaby się im przeciwstawić. Dlatego też, niestety, moja wiara w moc autorytarnego impulsu w polskich warunkach nie ma racji bytu. U nas ten impuls jest przeważnie szkodliwy.

Nie mamy wspólnoty. Mamy autorytatywnych prezydentów i burmistrzów. Czy coś w ogóle można zmienić w tej sytuacji? Jaka jest alternatywa?

Jedyną alternatywą jest budowanie wspólnoty. Ja obsesyjnie mówię o podmiotowości miasta, czyli o tym, że warto je odzyskiwać. Ale to ma sens tylko wówczas, jeżeli będziemy w stanie później coś z tym miastem zrobić. To znaczy, jeśli miasto odzyska możliwość działania, kształtowania swojej przyszłości, a przez to naszego życia. Mówię więc o mieście dla jego mieszkańców i użytkowników, a nie dla globalnych korporacji i spekulacyjnego kapitału. Budowanie wspólnoty jest fundamentalnym zadaniem dla tych, którzy rzeczywiście chcieliby wziąć odpowiedzialność za miasto. Musimy przekraczać nasze pojedyncze, jednostkowe egoizmy i to musi dziać się na każdym możliwym poziomie – od edukacji, działań artystycznych i społecznych, poprzez kooperatywy, spółdzielnie, porozumienia, aż po przejmowanie władzy politycznej.

Skąd pewność, że nowa władza polityczna będzie lepsza od tej poprzedniej? Być może system, w którym to wszystko funkcjonuje, jest bardziej trwały niż nam się wszystkim wydaje i nawet nowy człowiek na stanowisku prędzej czy później stanie się taki sam jak jego poprzednicy?

Dlatego ja właśnie mówię o zmianie systemu. Nie wierzę w to, że nagle się wszyscy zjednoczymy i wystawimy kogoś, kto wygra wybory, a dzięki temu wszystko stanie się piękne i cudowne. Myślę tu o budowaniu wieloskalowego i wielopoziomowego systemu, który wspomoże nas w przekraczaniu naszych partykularyzmów. Szukam sposobów na przekraczanie zarówno egoizmu jednostek, jak i egoizmu wspólnot. Z nimi też bowiem mamy dzisiaj dużo kłopotów. Doskonale wiemy, że często zdarzają się sytuacje, w których to wspólnota mówi, że nie da sobie zbudować nic w swoim sąsiedztwie albo nie dopuści, aby na jej teren wprowadzili się obcy, np. Romowie. To taki komunitariański model, który tworzy mocne, bardzo konserwatywne wspólnoty lokalne nastawione agresywnie wobec tego, co pochodzi z zewnątrz. Dlatego ja mówię o takim modelu, w którym nasze egoizmy są przekraczane również dzięki pomocy instytucji i istniejących pomiędzy nami interfejsów. To rewolucja instytucjonalna, a nie tylko wymiana jednych ludzi na drugich.

Rozumiem więc, że chcesz zmienić system w taki sposób, aby funkcjonujący w nim ludzie stali się lepszymi osobami. Jak się bronisz przed zarzutami o zbyt utopijne myślenie?

To proste. Wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem i tylko czasami źle się zachowuję i robię złe rzeczy. Ale nie zawsze dlatego, że tak chcę. Dużą rolę odgrywają tu czynniki zewnętrzne i warunki, w których funkcjonuję. Muszę tu przywołać poprzedniego papieża i jego nauczanie o strukturze grzechu. Są takie struktury społeczne, ekonomiczne i polityczne, które powodują, że nawet najbardziej przyzwoici ludzie zachowują się jak świnie. W związku z tym dlaczego uważasz, że sytuacja odwrotna, tzn. takie struktury i takie instytucje, które powodują, że świnie zachowują się przyzwoicie, jest niemożliwa?

(CC BY 2.0) by Denisk Bocquet/Flickr

Myślę, że jest możliwa, ale raczej w indywidualnych przypadkach niż w skali całego systemu. Inaczej musielibyśmy odkręcić system, który funkcjonuje pewnie od wieluset lat. I o to właśnie pytam. Jak chcesz swój pomysł przełożyć na rzeczywistość? Teoretycznie to wygląda świetnie, ale w praktyce nikomu się jeszcze nie udało.

Jak to nie? Mieliśmy w historii kilka rewolucji – każda coś zmieniła, każda w jakimś stopniu udowadnia, że zmiana jest możliwa. Nawet Rewolucja Sowiecka…

Czy chcesz więc robić drugą rewolucję sowiecką? Ja rozumiem impuls autorytarny, ale to…

Przykład rewolucji sowieckiej pokazuje, że radykalna zmiana jest możliwa. Rozumiem, że to cię może oburzać, ale to był skok modernizacyjny i jeszcze w latach 50. wielu myślicieli na Zachodzie – również tych o antykomunistycznym nastawieniu – uważało, że sowiecka modernizacja jest modelem, z którego należy brać miarę…

Twoja najnowsza książka nosi podtytuł „Wstęp do miejskich rewolucji”. Czy to właśnie jest dla Ciebie narzędzie albo rodzaj scenariusza, dzięki któremu można tę zmianę udanie zrealizować?

Myślę, książka daje pewną ramę intelektualną, która pokazuje, jak ta zmiana czy rewolucja mogłaby wyglądać i jak mogłaby zostać przeprowadzona. Słusznie w swojej recenzji wypunktowałeś słabości tego mojego scenariusza. Czytelnicy znajdą tam jednak solidną teoretyczną podstawę.

Kto ma być tym czytelnikiem? Kto Twoim zdaniem ma tę książkę przeczytać i co ma z niej wyciągnąć?

Przede wszystkim ci, którzy są w jakiś sposób zaangażowani w ruchy miejskie. Ale również ci, którzy są miastem zainteresowani. Generalnie więc jest ona dla każdego, kto nie tylko marudzi na to, jak te nasze miasta funkcjonują i wyglądają, ale chciałby wziąć sprawy w ręce własne i swoich przyjaciół i pomóc w przeprowadzeniu zmiany.

Cały czas podczas tej rozmowy jesteśmy skoncentrowani na stanie obecnym i koniecznej zmianie. Zróbmy małą wycieczkę w przyszłość i załóżmy, że zmiana już zaszła. Czym jest wtedy miasto?

Miasto to egalitarna, inkluzywna wspólnota. Taka, która jest innowacyjna i nastawiona na rozwój, przy czym ma wszelkie narzędzia, aby ten rozwój kontrolować. Takie miasto nie jest zasobem. Jest instytucją, która za pomocą różnego rodzaju interfejsów umożliwia w miarę bezkonfliktowe uwspólnianie różnych interesów i przekraczanie egoizmów. To również miejsce, w którym wykorzystujemy potencjał i energię wszystkich mieszkańców. To rodzaj 'totalnej mobilizacji’. Dzisiaj mamy w miastach bezrobotnych, którzy z ekonomicznego punktu widzenia uważani są za bezużytecznych i bezproduktywnych. Wizja, którą tu roztaczam. poradzi sobie również z tym aspektem miejskiej rzeczywistości i sprawi, że miasto będzie po prostu silniejsze. Jeśli zaś do tego uznamy, że będziemy żyli w systemie skłaniającym do robienia dobrych rzeczy, to możemy się spodziewać, że to miasto będzie również sprawiedliwe.

A czy w tej miejskiej rzeczywistości mieści się również zmiana porządku światowego? Bo przecież tak głęboka zmiana w jednym tylko mieście bardzo łatwo może zakończyć się na poziomie eksperymentu.

Jestem tego świadomy. Rewolucja tylko w jednym mieście jest co prawda możliwa, ale tylko wtedy, gdy będzie ona początkiem większego procesu. Ale my przez ten proces i tak musimy przejść. Między innymi dlatego, że te zmiany już się rozpoczęły. Przed nami stoją zaś wyzwania, z którymi inaczej nie będziemy umieli sobie poradzić – przede wszystkim zmiany klimatyczne. Poza tym to też nie jest tak, że zaczynamy od samego początku. Takie miasta jak Kurytyba czy Bogota pokazały, że inna droga jest możliwa. I jeśli dzisiaj nie jest to do końca taka rewolucja, jakiej życzyliby sobie jej twórcy, to nie nastąpiła także jakaś wielka degeneracja. To są sukcesy. I to takie, które można mierzyć. Bo spadek przestępczości, wzrost długości życia, spadek poziomu analfabetyzmu jest faktem policzalnym.

Pamiętaj jednak, że te południowoamerykańskie eksperymenty szły jednak w znacznym stopniu od góry do dołu, a nie odwrotnie. Szczególnie w Bogocie, gdzie mieliśmy dwóch odważnych, ale mimo wszystko autorytarnych prezydentów. To był proces wciągnięcia mieszkańców za uszy do nowego systemu niż deliberatywne przekonywanie i wypracowywanie wspólnych zasad.

No tak, ale najważniejszą rolą tych prezydentów było zachęcenie mieszkańców do zaangażowania. System zbierania śmieci w Kurytybie, który tak wszędzie chwalę, nie powstałby bez zaangażowania mieszkańców. To nie jest tak, że mieszkańcy się zbierali, gadali i przedstawiali swoje stanowisko. Powstała za to pewna instytucjonalna rama, która spowodowała, że ludzie swoim działaniem zaczęli tę wspólnotę miejską, a przez to i miasto, budować. Pytałeś mnie wcześniej, czy wierzę w demokrację. Odpowiedź jest oczywista, ale dla mnie bardziej istotna jest demokracja czynu niż demokracja głosu.

Poczekaj. Ten przykład pokazuje, że warto mieć silnych prezydentów, którzy będą umieli tworzyć owe ramy instytucjonalne oraz deprecjonuje znaczenie demokracji miejskiej, o którą tak bardzo ruchom miejskim chodzi.

Ale to nie był impuls egoistycznego pajaca, tylko działanie wynikające ze zrozumienia, co jest miastu potrzebne, działanie stymulujące powstanie warunków dla rzeczywistej miejskiej demokracji. Jeżeli mobilizujemy wykluczonych i niezainteresowanych, to budujemy demokrację.

No i znowu pojawia się wątpliwość. Jeśli chcesz zmobilizować ludzi, których energia i potencjał z różnych powodów nie są dzisiaj wykorzystywane, potrzebujesz miasta, które prowadzi długofalową politykę. Bo na początku trzeba w tę mobilizację sporo zainwestować. Jeżeli nie mamy perspektywy długoterminowej, a miastami rządzi niestety plan na tu i teraz, to może się to po prostu nie opłacać…

To nie jest kwestia tego, co się opłaca lub nie w krótkim terminie. To jest absolutnie walka klas, mówiąc marksistowskim językiem. Tak jak w przypadku relacji posiadaczy nieruchomości i osób je wynajmujących. Posiadaczom po prostu opłaca się wykorzystywać wynajmujących. Jeżeli chcemy zmienić sytuację, to nie możemy sprowadzać tego do zysku jednej grupy kosztem innej, tylko musimy przekroczyć egoistyczny interes i działać w bardziej horyzontalnej i inkluzywnej perspektywie.

Zostańmy na chwilę przy tej walce klas. Myślisz, że może być ona sposobem na wprowadzenie proponowanej przez Ciebie zmiany w Polsce? Pytam o to, ponieważ na warszawskiej promocji książki Harveya Bunt miast wiele osób wskazywało, że tylko w ten sposób możemy odzyskać miasta i odnieść sukces. Tymczasem mam wrażenie, że w Polsce trudno mówić o obecności klas, które mogłyby podjąć walkę. To wywoływanie wilka z lasu, tyle że nie widzę ani tego wilka, ani tego lasu..

Masz absolutną rację. W Polsce po tylu latach komunizmu sytuacja klasowa wygląda zupełnie inaczej niż na przykład w Wielkiej Brytanii. Tego w ogóle nie można porównywać! Oczywiście sytuacja może się zmienić za trzydzieści lat. Mam jednak nadzieję, że w ogóle do tego nie dojdzie. Zamiast opowiadać o walce klas w polskich warunkach, trzeba doprowadzić do tego, żeby ten proces uklasowienia społeczeństwa dało się zatrzymać i odwrócić.

Wróćmy więc do przykładów Kurytyby i Bogoty. Tam zadziałał ów impuls autorytarny, o którym mówiłeś. Tyle że zgodziłeś się, że w polskich warunkach to raczej nie jest możliwe.

Poczekaj – mówię, że jak na razie nie było polskiego przypadku takiego prezydenta czy burmistrza, którego można by porównywać z tymi, którzy odnieśli sukces w Ameryce Południowej. Nie mówię, że to jest niemożliwe.

Na koniec pogadajmy więc o tym, co jest możliwe. Dzisiaj zaczyna się II Kongres Ruchów Miejskich w Łodzi. Powiedz mi proszę, jak oceniasz nasze dotychczasowe dokonania i co byś radził miejskim aktywistom. Co teraz trzeba robić?

Jestem tylko zewnętrznym obserwatorem…

Dlatego właśnie jestem ciekawy Twojej opinii. Masz inną perspektywę.

Tyle że to ci, którzy są w środku, ze względu na to, że w tych miastach mieszkają, wiedzą lepiej ode mnie, co robić.

A właśnie – czy ruchy miejskie wiedzą lepiej?

Myślę, że tak. Z bardzo prostego powodu – są mieszkańcami i użytkownikami miast, interesują się, angażują w proces zbierania wiedzy, przetwarzania jej i wymiany. To w ruchach miejskich odbywa się bardzo dobrze. To, co z tą wiedzą jest robione dalej, to już inna sprawa.

Niedawno odbył się Kongres Urbanistyki Polskiej, którego uczestnicy również twierdzili, że wiedzą lepiej. Nawet przedstawiciel związku deweloperów sugerował, że oni również wiedzą lepiej – bo przecież ich klientami są mieszkańcy, a oni wiedzą, czego chcą ich klienci. Okazuje się więc, że mamy dzisiaj dużo ekspertów od miasta, ale każdy ma problem z tym, że urzędnicy i politycy nie chcą z tej wiedzy skorzystać. Jak ich przekonać, że wiemy lepiej?

Po pierwsze nie ma co porównywać ruchów miejskich z ekspertami. Dlatego, że one wciąż się tworzą, wciąż są ruchami, nadal są otwarte. I ta otwartość ruchów miejskich, przynajmniej na razie, daje im szansę na ominięcie tej rafy ekskluzywnej arogancji. Nie mówię, że to nie może się zdarzyć. Wtedy ruchy przetworzą się w swojego rodzaju NGO, które dostają granty i skupiają się tylko na swoim grantowym wycinku rzeczywistości. To grozi sytuacją, w której takie ruchy będą wiedziały więcej, tylko nie będą w stanie zrobić z tą wiedzą nic sensownego, bo będzie ona im potrzebna do utrzymania swojej przewagi w konkursach na kolejne granty. Natomiast architekci i urbaniści rzeczywiście wiedzą więcej, tylko po pierwsze – najczęściej służą „złemu panu”, a po drugie – większość z nich stoi na bardziej urzędniczych pozycjach. Chociaż czytając wywiady w „Res Publice” wydaje mi się, że powoli zaczyna się to zmieniać. Być może za późno, ale sytuacja rzeczywiście się zmienia.

Jest jeszcze inna kwestia. Ruchy miejskie wygenerowały olbrzymi impuls zachęcający do partycypacji i współdecydowania, ale mam wrażenie, że za tym sukcesem kryje się też potencjalne zagrożenie. Władze miast przejmują nasz język, wykorzystują promowane przez nas metody również w celach sprzecznych z ich ideą. Oczywiście nie wszyscy traktują partycypację jako środek do poprawienia wizerunku, ale coraz trudniej rozpoznać, co jest warte zaangażowania, a co jest tylko fasadą. Czy ty również widzisz to zagrożenie?

Do pewnego stopnia tak, ale nie aż tak bardzo, jak to opisujesz. Wydaje mi się raczej, że władza próbuje ten język zneutralizować i uruchamia metody, które tylko z nazwy są partycypacyjne, jak np. budżety partycypacyjne, które tak naprawdę są tylko konsultacjami. Także nawet jeśli władza przejmuje język, to go straszliwie degeneruje i nadaje mu inne znaczenie. Natomiast rozróżnienie fasady od realnego, partnerskiego działania, jest bardzo proste. Jak popatrzymy na to, co naprawdę dzieje się w mieście, np. to, jak władza w postaci policji usuwa squatersów z Poznania czy rozpędza mieszkańców Łodzi po to, aby właściciel mógł nielegalnie zburzyć zajezdnię tramwajową, to zobaczymy, komu władza realnie chce służyć. Wygląda na to, że władzę mają ci, którzy mają pieniądze.

Tylko teraz jest dylemat – czy angażować się w proponowane przez miasta działania, próbując nadać im sens, ale jednocześnie je trochę legitymizując, czy też powiedzieć głośno „nie”, oburzyć się i oddać pole urzędnikom?

Sam dobrze wiesz, jaka jest odpowiedź. Jak mówił Lenin, „Kapitaliści sprzedadzą nam sznurek, na którym ich powiesimy”. Oczywiście, że należy się angażować, ale mając oczy i uszy otwarte. Alternatywa że siedzimy w kącie obrażeni nie jest żadną alternatywą. Możemy się nie angażować tylko w takiej sytuacji, gdy tworzymy siłę, która może tę władzę odebrać. Tak jak My-Poznaniacy, którzy wystartowali w wyborach samorządowych. Jednocześnie są jednak siłą, która pozostała również po stronie społecznej. I wykorzystują metody dostępne wszystkim innym ruchom miejskim. Mamy też przykład Rozbratu, który – jak mówią niektórzy – jest najlepiej działającą instytucją w Poznaniu. Myślę więc, że potrzebna jest 'wojna totalna’, na każdym szczeblu i na każdym froncie. W niektórych miejscach się uda, w innych nie. Przez to pokazujemy jednak, że jesteśmy poważni i rzeczywiście chcemy te miasta zmienić. Wrócę na chwilę do Twojego pytania o to, co teraz powinien zrobić Kongres Ruchów Miejskich i powiem tak – byłoby fantastycznie, gdyby ruchy miejskie powiedziały najpierw sobie, a potem na zewnątrz, czego tak naprawdę chcą. Moim zdaniem, prawda jest zaś taka, że chcą przejąć władzę i odpowiedzialność za miasto. Po prostu.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa