Przegraliśmy na mundialu

Nie warto silić się na podsumowania, kiedy jeszcze pięści się zaciskają (bo jak on mógł tego nie obronić, no jak?!), kiedy określenia uznane powszechnie za obraźliwe mkną wycelowane w tego lub owego łotra z gwizdkiem […]


Nie warto silić się na podsumowania, kiedy jeszcze pięści się zaciskają (bo jak on mógł tego nie obronić, no jak?!), kiedy określenia uznane powszechnie za obraźliwe mkną wycelowane w tego lub owego łotra z gwizdkiem (a żeby mu oko odpadło, temu Webbu!), kiedy ucho środkowe pod wpływem wuwuzeli ma zamiar się wyprowadzić, trzasnąwszy drzwiami. Teraz jednak emocje wygasły (u kibicek) lub opadły (u kibiców), czas więc na polski bilans mundialu 2010.

Polski bilans? To nie żart. Trzeba się zastanowić, co nam te mistrzostwa dały, a w jakim zakresie pokazały nam girli-girli. Bilans, remanent, audyt. Zapyta ktoś: a co tu oceniać, skoro reprezentacja nie zafundowała nam choćby i kolejnej uprzykrzonej meczowej trylogii – o wynik, o wszystko, o honor? Nie chodzi tu przecież o noty dla komentatorów sportowych – choć nieoceniony Dariusz Szpakowski z grzeczną skromnością zauważył, podsumowując turniej, że pewnie sporo delicji retorycznych internauci powyłapywali i opublikują, by się mogli też inni nimi nacieszyć. Nie chodzi też o to, czy błogo czas mijał w Afryce naszym kibicom i dostojnym pezetpeenowcom – i czy działo się jak w piosence Formacji Nieżywych Schabuff pod tytułem, który Państwo znają, a ja pamiętam (lecz go nie przytoczę, bo a nuż ktoś mnie pozwie za szarganie imienia pewnego Prezesa): dużo się spało i często piło. Nie chodzi wreszcie o wzloty i upadki Łukasza Podolskiego bądź Miroslava Klosego – niech się w nie wdłubie (bo najwyraźniej to lubi) jegomość odziany w niebieski sweter.

Chodzi o inną ocenę. Trzeba ni mniej ni więcej, tylko oszacować poziom piłkarskiego piękna tej imprezy. Trzeba porachować niepoliczalne, zmierzyć coś, co nie ma parametrów. A dlaczego trzeba? Bo my, brać, która za swój sport narodowy uważa futbol, stoimy pod ścianą. Nasze drużyny ośmieszają się w europejskich rozgrywkach. Kadra w meczach z solidniejszymi rywalami przyjmuje dźgnięcia jak kostka masła z dyskontu o owadziej nazwie. A gdyby na podstawie akt zebranych przez wrocławską prokuraturę nakręcić serial telewizyjny, oglądalibyśmy Fryzjera dłużej niż Ridge’a Forrestera i Rysia z Klanu razem wziętych. Krótko mówiąc: futbol polski zniechęca do futbolu tak skutecznie, że potrzebowaliśmy tego lata najwspanialszych parad, najdramatyczniejszych pojedynków do ostatniej sekundy, strzałów, które nie miały prawa wejść, a weszły, akrobatycznych dryblingów i włosyzgłowyrwących trenerów. Potrzeba nam było piłkarskiej poezji. Takich sportowych koncertów, które zagłuszają nawet świadomość, że ta czy owa legenda została na zimno sformatowana. Oczekiwaliśmy zapierających dech argumentów, że słowo futbol trzeba czasem pisać wielką literą. I że warto co nieco wypocić na Orliku, na trawniku koło osiedla albo i na plaży w Ustce lub Świnoujściu. I że fan piłki nożnej to brzmi dumnie.

Mieliśmy nadzieję, że Brazylijczycy, Hiszpanie, Argentyńczycy, Holendrzy wprowadzą w życie zasadę sportowej solidarności energetycznej – i przez parę dni poczujemy się niesieni ich żywiołowością. Nadzieja ta zdechła nieodwołalnie bodaj po hiszpańsko-niemieckim półfinale. Nie miał kto jej reanimować, skoro zwycięzcy wystarczyło łącznie osiem bramek, a zamiast króla strzelców – widzieliśmy tylko dość mdłą radę regencyjną. Znaczy: przegraliśmy na tym mundialu. Albo wszyscy (wyjąwszy może Urugwajczyków i Japończyków) przegrali w naszym imieniu. Mistrzowie ze świetnych lig, tego się polskim kibicom nie robi!

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa