Pożydowska nowoczesność. Na marginesie „Złotych żniw”

Debata wokół Złotych żniw toczy się w szczególny sposób. Paradoksalnie – jest debata, ale książki (oficjalnie) nie ma. Polemika nie jest jednak zupełnie bezpodstawna. Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski napisał na swoim blogu, że „maszynopis książki Grossa […]


Debata wokół Złotych żniw toczy się w szczególny sposób. Paradoksalnie – jest debata, ale książki (oficjalnie) nie ma. Polemika nie jest jednak zupełnie bezpodstawna. Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski napisał na swoim blogu, że „maszynopis książki Grossa krąży po Krakowie”. Oczywiście – nie tylko po Krakowie.

Repertuar ocen był łatwy do przewidzenia: mamy zatem oskarżenia o szkalowanie narodu polskiego, o przeinaczanie faktów i manipulowanie nimi, o nieuprawnioną generalizację czy wreszcie – po prostu o kłamstwo. Z drugiej strony pojawiły się głosy (przykładem niech tu będzie wypowiedź Jana Grabowskiego w programie Tomasza Lisa), że to, co Gross napisał, jest prawdą. Gross nie osiągnął zatem swoją książką niczego – przekonał tych, którzy już wcześniej byli przekonani, rozsierdził rozsierdzonych. Jego strategia jest zresztą identyczna ze strategią polemistów. Polega ona na budowaniu uogólnień na bazie jednostkowych przykładów. Tak np. przywołanie „osoby po maturze”, czyli przedstawiciela elity, który próbuje na warszawskiej ulicy zmusić napotkanych Żydów do oddania posiadanych przez nich pieniędzy, służy Grossowi do odrzucenie przekonania, że podłość występuje tylko wśród niższych warstw społecznych. Słabość tej argumentacji jest widoczna gołym okiem – wystarczy znaleźć inną „osobę po maturze”, która wówczas pomagała Żydom. Taką właśnie strategię obrał Isakowicz-Zaleski, który we wspomnianym wpisie podaje przykłady osób, które bezinteresownie niosły pomoc Żydom. Tyle tylko, że – znowu – te przykłady niczego przecież nie dowodzą. Zatem, jeśli celem dyskusji wokół Złotych żniw ma być rozstrzygnięcie, czy Polacy „pomagali”, czy „nie pomagali” oraz szerzej: czy Polacy są, czy nie są antysemitami – to obawiam się, że nie otrzymamy żadnych konkluzji. Każdy pozostanie przy swoim. Dlatego myślę, że na książkę warto spojrzeć nieco inaczej.

Gross słusznie zauważa, że w języku polskim nie można sensownie powiedzieć, że coś jest „pofrancuskie” czy „poangielskie”. Jedyne przypadki zasadnego użycia podobnych zwrotów to „pożydowskie” i „poniemieckie”. (Pośredni dowód na prawdziwość tej tezy: gdy to piszę, dwa pierwsze przykłady edytor tekstu podkreśla czerwonym wężykiem, dwóch ostatnich – nie). Oczywiście chodzi o własność pozostawioną przez Żydów i Niemców, która dostała się w ręce Polaków. Najczęściej to nie Polacy byli inicjatorami tych transferów, ale to oni byli ich beneficjentami. „Ostateczne rozwiązanie” oraz powojenny exodus Niemców radykalnie zmieniły stosunki własnościowe w Polsce. Polska “B”, której istnienie uznawała nawet przedwojenna propaganda państwowa, została prawie w całości włączona do ZSRR. O wiele bogatsze Ziemie Odzyskane stały się rajem dla poszukiwany skarbów (nieprzypadkowo wrocławscy tramwajarze krzyczeli do pasażerów na Placu Grunwaldzkim „Szaberplac” albo „Wyższa Szkoła Handlowa”, tam znajdował się bowiem ogromny targ rzeczy „z szabru”). Podobny proces przejmowania żydowskich nieruchomości, ale również sprzętu codziennego użytku, a nawet ubrań, zachodził również w Polsce centralnej. Zaczął się odpowiednio wcześniej, wraz z pierwszymi przesiedleniami Żydów do gett i trwał, co opisuje Gross, jeszcze po wojnie.

Zysk z tych transferów trzeba widzieć nie tylko z perspektywy osób, które się wzbogaciły. Zyskało również państwo jako takie, przejmując infrastrukturę kolejową, trakcję elektryczną czy sieć szkół na Ziemiach Odzyskanych.

Zmiana, którą spowodowała wojna, miała również charakter społeczny. Zniknięcie Żydów oznaczało przejęcie całych sektorów gospodarki przez Polaków. Jerzy Braun, ostatni delegat rządu RP na kraj, w 1945 r. oceniał: „W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalna wytwórczość (…) oraz wszelkie rękodzieło”. Zmiana granic z grubsza rozwiązała problem mniejszości narodowych – niepolscy mieszkańcy Kresów stali się obywatelami ZSRR. Społeczeństwo, które wyłoniło się z wojennej zawieruchy, było zatem społeczeństwo innym niż przedwojenne. Stało się jednolite etnicznie i gospodarczo. W tym społeczeństwie żyjemy do dziś.

Robert Krasowski powiedział kiedyś, że nowoczesność to ciepła woda w kranie. Tyle tylko, że by nowoczesności tej doświadczyć, najpierw musimy mieć dom z instalacją hydrauliczną. Powojenna Polska stwarzała ku temu warunki o wiele lepsze niż jej sanacyjna poprzedniczka. W tym sensie nasza nowoczesność ma, przynajmniej częściowo, pożydowski i poniemiecki charakter.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa