Potwory z szafy

Internet zdominował nasze życie w sposób niezauważalny, by nie rzec: podstępny. Wprowadzając szereg udogodnień, niewątpliwie coś nam również odebrał. Większość z nas jeszcze tego nie dostrzegła. Ale może te obawy to tylko wyciąganie potworów oswojonych […]


Internet zdominował nasze życie w sposób niezauważalny, by nie rzec: podstępny. Wprowadzając szereg udogodnień, niewątpliwie coś nam również odebrał. Większość z nas jeszcze tego nie dostrzegła. Ale może te obawy to tylko wyciąganie potworów oswojonych już przez science fiction?

(CC BY-NC 2.0) Tommy Ironic / Flickr
(CC BY-NC 2.0) Tommy Ironic / Flickr

Bezbronność w sieci

Internet zdominował nasze życie w sposób niezauważalny, by nie rzec: podstępny. Wprowadzając szereg udogodnień, niewątpliwie coś nam również odebrał. Zrobił to jednak tak dyskretnie, że większość z nas jeszcze tego nie dostrzegła. Wojciech Orliński przeciwnie – o tym, co cyberświat nam odebrał, pisze w swojej książce Internet. Jak się bać. Stanowi ona wyczerpujący katalog występków przeciwko szaremu człowiekowi, których za pośrednictwem sieci dopuściły się, dopuszczają i zapewne nadal dopuszczać się będą rządy i koncerny.

Autor odsłania przewiny „cyberkorpów” w zakresie ubezwłasnowolnienia internautów, naruszania ich praw obywatelskich, prywatności i swobody wypowiedzi. Opisuje, w jaki sposób migracja kolejnych dziedzin życia w świat wirtualny odbiera miejsca pracy czy rujnuje kulturę. Pokazuje, w jaki sposób za pomocą pozornie niewinnych gadżetów elektronicznych szpieguje się nas – a przynajmniej można by było, gdyby ktoś miał na to ochotę.

Czy można coś na to poradzić? Orliński daje odpowiedź negatywną, proponując dwa z gruntu utopijne warianty oporu w polu wirtualnym. Na koniec podsuwa czytelnikowi skromne środki indywidualnej obrony.

 

Wyszukiwanie zaawansowane

Siłą książki jest imponująca podbudowa. Orliński obficie cytuje i referuje dziesiątki zachodnich i rodzimych publikacji, wyjaśnia sporo interesujących dla laików szczegółów: jak działa personalized search; dlaczego Facebook nie wyświetla wszystkiego, co robią nasi znajomi; w jaki sposób „cyberkorpy” unikają płacenia podatków; co to jest safe harbor i na czym polega podwójna kanapka irlandzka z holenderską wkładką.

Chociaż autor kreśli rys historyczny omawianych zagadnień, w książce dominują wydarzenia  z ostatnich lat (czy wręcz: z ostatniego roku), afera Snowdena, WikiLeaks. Oprócz afer o zasięgu globalnym pojawiają się również sprawy znane lokalnie: ruch anty-ACTA czy występ posłów Ruchu Palikota w maskach Guya Fawkesa. Jednak Internet. Czas się bać ma być w założeniu czymś więcej niż tylko książką dziennikarską. Wojciech Orliński deklaruje we wstępie, że jego celem nie jest po prostu poinformowanie swoich czytelników o tych wszystkich wykroczeniach – on chce ich wystraszyć!

 

Potwór ludzki, Heinrich Nether,aAkwaforta, ok. 1780 / Polona
Potwór ludzki, Heinrich Nether, Akwaforta, ok. 1780 / Polona

 

W gabinecie strachów

Tu właśnie zaczyna się kłopot. Po pierwsze: straszenie jest skuteczniejsze, gdy jest konsekwentne, tymczasem autor przeplata ponure przepowiednie deklaracjami umiarkowania. W jednej chwili wylicza konstytucyjne artykuły gwałcone przez internetowych gigantów, by w następnej dodać: Jeżeli odmalowałem w tej książce obraz liderów cyberkorporacji jako superłotrów (…), nie było to moją intencją.

Po drugie: stan rzeczy, w sposób, w który przedstawiono go w książce, może niepokoić, ale nie może naprawdę przestraszyć. Autor usiłuje zatem przestraszyć czytelnika ich stanem jutrzejszym. To jednak wymaga dokonania skoków, które są zarysowane dość mgliście, na przykład od arbitralnego pozbawienia konta na Facebooku do śmierci praw obywatelskich. Od sprofilowanego wyszukiwania – do indywidualnych Matrixów, które mają się stać wylęgarniami maniaków i terrorystów, utwierdzanych przez Google w swoim fanatyzmie. Od identyfikacji twarzy na zdjęciach – do anihilacji prywatności. Od inwigilacji masowej, lecz wciąż niedoskonałej – do panoptykonu. Czy naprawdę tak musi się stać? Najbardziej frapuje jednak co innego: nawet, jeżeli istotnie zmierzamy w tym właśnie kierunku, to czy takie wizje istotnie mogą nas jeszcze przestraszyć?

 

Recykling SF

Straszenie upiornymi wizjami jutra jest tradycyjną domeną literatury science fiction, nie literatury faktu. Oba typy twórczości mają jednak wiele ze sobą wspólnego. Podobnie jak dziennikarz, pisarz SF przygląda się aktualnym tendencjom rozwojowym, aby je ekstrapolować. Dlatego Orliński otwarcie przywołuje rozmaite dzieła SF, w których przyszłość odmalowano według jego przewidywań – przede wszystkim ostatnio publikowane dystopie, np. Ready Player One Ernesta Cline’a z 2011 roku. Niektóre rozdziały otwiera jednak cytatami z dzieł znacznie starszych: Paragrafu 22 Josepha Hellera, Pianoli Kurta Vonneguta, Summy Technologiae Stanisława Lema. Słusznie, ponieważ te wszystkie obawy zostały już wyartykułowane. Bez internetu!

Inwigilacja – myślimy o teleekranach Orwella. Bąble informacyjne – przypominają się powieści Philipa Dicka i sędziwa już fantomatyka Stanisława Lema. Wszechwładne korporacje – chleb powszedni cyberpunku, który przecież rodził się w epoce, gdy internet dopiero raczkował. Czy zatem sieć istotnie przyniosła niewyobrażalne wcześniej zagrożenia? Można też dyskutować, czy ostatnia dekada faktycznie wniosła do tematu tak wiele nowego. Wystarczy sięgnąć do rewelacyjnych Czarnych oceanów (2001) Jacka Dukaja, aby odnaleźć niemal wszystkie problemy z książki Orlińskiego: całodobową inwigilację prowadzoną przez firmy prawnicze, handel danymi osobowymi, gospodarcze wojny gigantów, modyfikowaną cyfrowo percepcję. Wszystko to wyprorokowane jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych! Cybernetyczne zagrożenia nie są zatem – z winy SF – tematem nowym.

 

Potwory z szafy

Internet. Czas się bać niewątpliwie jest książką interesującą i ważnym głosem w dyskusji  nad przemianami, które przyniosła nam technologia – dyskusji, która toczy się także na łamach ostatniego numeru Res Publiki Nowej. Jest książką powstałą w szczytnym celu. Na jej tylnej okładce Jacek Dukaj pisze: „Orliński straszy, żeby obudzić do myślenia”. Pytanie: czy mu się uda? Czy przypadkiem zeszłowieczna SF nie zaimpregnowała naszej wyobraźni przeciwko podobnym wizjom tak skutecznie, że nie jesteśmy już w stanie wziąć ich na poważnie? Podtytuł sugeruje, że książka ukaże czytelnikowi internet jako lśniącą, cybernetyczną Godzillę. Jednak takiego potwora w niej nie ma, bo ciężko tu wymyślić coś nowego.

Są tylko potwory z szafy z napisem Fantastyka XX wieku, które nieuchronnie lądowały w niej, kiedy już ich kły i pazury opatrzyły się ówczesnym czytelnikom. Autor otwiera drzwi tej szafy raz jeszcze – tylko czy ta zakurzona menażeria potrafi jeszcze porządnie wystraszyć? Miejmy nadzieję!

 

Wojciech Orliński, Internet. Czas się bać, AGORA S.A., Warszawa 2013, 388 stron.

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa