Potrzeba pragmatyzmu

Realia zielonej transformacji, przyszłość wspólnoty transatlantyckiej i rosnące wpływy Chin wymagają trzeźwej oceny.


Przy okazji Prague European Summit 2021 udało nam się porozmawiać z Ivanem Hodáčem, założycielem i prezesem Aspen Institute Central Europe. Hodáč wcześniej, przez ponad 10 lat piastował funkcję sekretarza generalnego Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) i członka specjalnej grupy ekspertów odpowiedzialnych za doradzanie Komisji Europejskiej w negocjacjach Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji ze Stanami Zjednoczonymi (TTIP).

Rozmawialiśmy na temat przyszłości przemysłu motoryzacyjnego i Zielonego Ładu w Europie, stosunków UE–USA pod rządami prezydenta Bidena, rosnącego wpływu Chin na kontynent oraz stanu bezpieczeństwa demokratycznego we wspólnocie transatlantyckiej w perspektywie najbliższych czterech lat.

14 lipca br. Komisja Europejska przedstawiła pakiet legislacyjny Fit for 55, stanowiący część Zielonego Ładu UE, którego celem jest osiągnięcie całkowitej neutralności węglowej do 2050 r. Jaki wpływ na przemysł motoryzacyjny w Europie Środkowej będzie miał, Pana zdaniem, cel ograniczenia emisji do 55 proc. w perspektywie najbliższych dziewięciu lat?

Ivan Hodáč: Zdecydowany! Pięćdziesiąt pięć procent to znacznie niższe emisje. Musimy bardzo uważać na to, co robimy, bo to oznacza, że do 2030 r. 30–40 procent wszystkich samochodów powinno być elektrycznych.

Zgadzam się, że musimy dążyć do neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla, ale przejście to musi być pragmatyczne. Obawiam się, że Zielonemu Ładowi brakuje pragmatyzmu. Nie widzę, aby powstawały stacje ładowania czy inna, niezbędna infrastruktura. I nie jestem jedyny. Miejmy nadzieję, że wkrótce się obudzimy… Jak na razie nikt nie ma odwagi nic powiedzieć, jest to po prostu niepoprawne politycznie.

Na przykład, jak to jest z produkcją energii elektrycznej? Przecież Polska produkuje większość z węgla… Jeśli samochód elektryczny jeździ na prąd pochodzący z węgla, to jaki to ma sens? To gorsze niż olej napędowy, tzw. stary diesel! Samochód spalinowy spełniający normę Euro 6d jest więc często bardziej ekologiczny niż pojazd elektryczny na baterie.

Można tu jeszcze wspomnieć o problemie metali szlachetnych potrzebnych do produkcji baterii, z których większość jest kontrolowana przez Chiny i o wielu innych sprawach.
Podczas panelu na temat Zielonego Ładu słowacki sekretarz stanu wyraził nadzieję na zapewnienie środków, które pomogą słowackiemu przemysłowi motoryzacyjnemu. Czterdzieści procent produkcji na Słowacji pochodzi z sektora motoryzacyjnego – na nim opiera się słowacka gospodarka, więc jego upadek będzie miał niebagatelny wpływ na ekonomię kraju. Jeśli Słowacy nie będą w stanie produkować samochodów i części zamiennych, których będzie mniej bo samochody elektryczne są prostsze w konstrukcji niż pojazdy z silnikami spalinowymi, mogą stracić swoją globalną przewagę konkurencyjną.

Zapytałem Słowaków, co zamierzają z tym zrobić. Nie odpowiedzieli. Wszyscy chcą jeździć na prąd, a przemysł jest spychany do narożnika, zmuszany do dostosowania się. Nikt nie mówi o konsekwencjach. Upewnijmy się, że wiemy, dokąd zmierzamy.

Innym pytaniem jest, jak zareagują konsumenci? Moja żona jeździ małym Fiatem 500 Cinquecento. Można go kupić 12–13 tys. euro. Ten sam model w wersji elektrycznej wycenia się na 35 tys. euro. Nikt nie będzie za to tyle płacił przecież!

Jakie rozwiązania mogą złagodzić “wady” Zielonego Ładu, o których Pan wspomina?

Jeszcze się okaże, czy zostaną podjęte rzeczywiste działania, aby pomóc branży. Unia zawsze była nazbyt ambitna, jeśli chodzi o wyznaczone cele. W przeszłości trudne cele były osiągane i zostawiano naszą branżę w spokoju… Mogliśmy działać w sposób, w jaki chcieliśmy, było to technologicznie neutralne.

Dziś przemysł inwestuje dużo pieniędzy w badania i rozwój. Istnieją inne technologie paliw alternatywnych, takie jak wodór – wiemy, jak produkować ekologiczny wodór, mimo że mamy problemy z jego dystrybucją. Przemysł będzie musiał stawić czoła tym wyzwaniom w ten, czy inny sposób i dlatego właśnie teraz powinniśmy dokonać podsumowania. Musimy powrócić do neutralności technologicznej, pozwolić przemysłowi zdecydować, w jaki sposób może osiągnąć cele (polityczne). A te muszą być realistyczne. Musimy zadbać o to, aby przemysł motoryzacyjny UE pozostał konkurencyjny w skali globalnej.
Większość inwestycji idzie jednak na samochody elektryczne zasilane z akumulatorów. Przemysł ucierpi z powodu wyższych wydatków, a zatem prawdopodobnie przeniesie się poza Europę. Mamy obecnie umowy o wolnym handlu z połową świata, więc możemy produkować auta w miejscach, gdzie koszty produkcji są znacznie niższe, a następnie przenosić je z powrotem do Unii.

Dlatego uważam, że musimy wykazać niezwykłą ostrożność wprowadzając zmiany do przemysłu, który zatrudnia piętnaście milionów osób.

Podczas prezydentury Donalda Trumpa upadło wiele umów handlowych, takich jak Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) oraz Partnerstwo Transpacyficzne (TPP). Czy od prezydenta Bidena możemy oczekiwać innego podejścia do stosunków z Unią?

Wraz z administracją Bidena zbliżamy się do nowej ery. Trump nie był zainteresowany stosunkami z UE, chciał mieć do czynienia osobno np. z Niemcami i Francją. Stosunki wielostronne to nie była jego bajka. Nie byliśmy świadkami żadnych pozytywnych zmian w stosunkach UE–USA pod jego rządami. Wciąż mamy do czynienia natomiast ze sporami handlowymi, które powstały za jego kadencji.

Nie chcę być nadmiernym optymistą, ale mam nadzieję, że uda nam się przywrócić normalne, stabilne relacje między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi, które są dla siebie de facto najważniejszymi sojusznikami. Nie będziemy w stanie stawić czoła rosnącemu gospodarczemu i nie tylko gospodarczemu znaczeniu Chin, nie współpracując ściśle ze sobą.

Spodziewam się, że podczas prac administracji Bidena, obie strony będą w stanie doprowadzić te kwestie do należytego porządku. Znajdą sposoby, środki i zasady wzajemnych relacji. Zaczynając od handlu, nie doczekamy się kompleksowego porozumienia w ciągu najbliższych czterech lat, ale nadal możemy mieć umowy rozpatrywane w podgrupach; w Radzie ds. Handlu i Technologii USA–UE działa już 10 grup roboczych.

Musimy znaleźć kluczowe obszary współpracy, a jednym z nich jest sektor motoryzacyjny. Każdego dnia trwają prace nad nowymi technologiami, niezależnie od tego, czy są to samochody elektryczne, wodorowe, czy inne.
Jeśli uda nam się uzgodnić przyszłe wspólne standardy między Stanami Zjednoczonymi a Europą, staną się one globalną normą. Byłoby to korzystne dla przemysłu i konsumentów. Pieniądze zaoszczędzone dzięki opracowaniu tych samych zasad są ogromne. Na przykład, eksportując do Europy samochody wyprodukowane w Stanach Zjednoczonych, trzeba je dostosować do przepisów europejskich i na odwrót. Nie bez powodu, zarówno normy unijne, jak i amerykańskie, gwarantują swoim obywatelom najwyższy poziom bezpieczeństwa samochodowego. W tym sensie wspólne standardy są nawet ważniejsze niż zniesienie ceł.

Do jakiego stopnia bezpieczeństwo demokratyczne będzie źródłem sporów w rozwoju stosunków między Stanami Zjednoczonymi a państwami środkowoeuropejskimi?

Kiedy patrzę na Stany Zjednoczone, kiedy przypominam sobie szturm na Kapitol 6 stycznia br. i kiedy widzę, co dzieje się obecnie na Węgrzech i w innych krajach, zastanawiam się, czy nadal wyznajemy te same wartości i kto je podziela… Nie tylko między Stanami Zjednoczonymi a Europą, ale również między państwami członkowskimi Unii.

Myślę, że w Europie mamy wyraźny problem. Spójrzmy na obecne ruchy, na to, co dzieje się w Parlamencie Europejskim z Jarosławem Kaczyńskim i Viktorem Orbánem, którzy próbują zawrzeć sojusz z Matteo Salvinim i Marion Le Pen. To wyraźnie siły niedemokratyczne, które nie szanują naszych wartości.

Czy w UE mamy do czynienia z kryzysem wartości? Jeśli tak, jak wpłynie to na rzeczywistość w Stanach Zjednoczonych?

Obawiam się, że będziemy mieli trudności w radzeniu sobie z wewnętrzną sytuacją w Europie. Weźmy na przykład niedawną ustawę o homoseksualizmie na Węgrzech, która dotarła aż do Parlamentu Europejskiego. Nagle mamy szczyt, na którym 18 krajów podpisuje list przeciwko niej. Dziewięć nie. I przez „czysty przypadek” tych osiem to kraje Grupy Wyszehradzkiej: Rumunia, Bułgaria, Słowenia i tak dalej. Mamy teraz do czynienia z wyraźnym podziałem w Europie, który narasta i dotyczy podstawowych wartości UE, podobnie jak to miało miejsce podczas kryzysu imigracyjnego.

Również ze względu na sytuację wokół Rosji i fakt, że kraje Europy Środkowej bardziej boją się Kremla niż Berlina czy Paryża. Niemcy chcą mieć z nimi pozytywne relacje, potrzebują ich i ich gazu. I to jest tylko jeden powód. A jest jeszcze wiele innych.

W rzeczywistości mamy do czynienia z rozłamem wewnątrz Unii, który tylko pogłębiło wyjście Wielkiej Brytanii. Straciliśmy równowagę sił w UE, a w kontaktach ze Stanami Zjednoczonymi konieczne jest zapewnienie, by wszystkie państwa członkowskie były po tej samej stronie.

W jaki sposób można wzmocnić stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, biorąc pod uwagę wewnętrzne spory w UE?

Zdecydowanie istnieje przestrzeń do poprawy w zakresie zaangażowania społeczeństwa obywatelskiego. Mam wrażenie, że odsuwamy je od siebie. Słyszę, jak wielu moich polskich przyjaciół i nie tylko mówi o społeczeństwie obywatelskim – gdzie ono jest? Kto słucha społeczeństwa obywatelskiego? Jak je wykorzystujemy?

To tylko jeden element układanki, z której wynikają stosunki UE–USA, inne to handel, obrona wartości demokratycznych, obrona demokracji poza ramami transatlantyckimi i wspólna praca w regionach takich, jak Afryka.

Nie zajęliśmy jeszcze żadnego wspólnego stanowiska w sprawie regionalnego kompleksowego partnerstwa gospodarczego, które Chińczycy stworzyli po odrzuceniu TPP przez Trumpa.
Potrzebujemy szacunku, zrozumienia i tolerancji między administracją amerykańską i europejską, a także silniejszej współpracy ze strony środowiska biznesowego. Aby to osiągnąć, potrzebne są instytucje, które będą pielęgnować te relacje i działać jako ich zabezpieczenie. Mamy cztery lata, aby ugruntować postęp. W NATO jest to możliwe, w handlu też. Cztery lata to dużo czasu. Ale musimy je wykorzystać, aby uzgodnić zasady współpracy, które pozostaną po ich upływie. Nie jest to łatwe.

Cztery lata od teraz, to scenariusz pozytywny czy negatywny?

Za cztery lata partnerstwo między UE a Stanami Zjednoczonymi będzie w lepszym miejscu. Musimy działać lepiej, po prostu nie mamy innego wyboru. Do tego czasu Chiny będą gospodarką numer jeden i będą mogły pochwalić się największą armią na świecie, w tym Błękitną Armią, której nigdy wcześniej nie miały. W związku z tym, w Sojuszu Transatlantyckim istnieją poważne obawy dotyczące obecności wojskowej Chin na Morzu Południowochińskim. Przy okazji, w oświadczeniach końcowych z ostatniego szczytu NATO podkreślono potrzebę transatlantyckiej współpracy handlowej i zachowania naszej przewagi technologicznej.

Można wierzyć lub nie, ale nie mamy już takiej samej przewagi technologicznej nad resztą świata. Zawsze zakładaliśmy, że nic nam się nie stanie, że możemy ustąpić w niektórych aspektach, ale i tak utrzymamy przewagę technologiczną nad takimi krajami, jak Chiny, Korea Południowa, Japonia i Indie. Dziś już tak nie jest. Dlatego za cztery lata obie strony muszą mieć silniejsze związki z NATO. Uważam, że Europejczycy muszą być i będą bardziej skłonni do płacenia swojego udziału w obronie, ale nie wierzę w rozwój jednej europejskiej armii. Nie w tej chwili.

Rosnący ślad gospodarczy Pekinu w Europie Środkowej z każdym dniem staje się coraz trudniejszy do zignorowania. Gdzie w stosunkach UE–USA plasuje się kwestia strategicznej rywalizacji Ameryki z Chinami?

Oczywiście Europa ma ważne więzi gospodarcze ze Stanami Zjednoczonymi, ale jeśli Chińczycy zamknęliby swoje granice, niektóre z tutejszych gałęzi przemysłu by upadły.

Wciąż mówimy o prawach człowieka, ale jednocześnie prowadzimy handel i interesy z Chinami: sprzedajemy technologie, budujemy tam fabryki itd. Parlament Europejski rozpatruje obecnie projekt umowy inwestycyjnej między UE a Chinami, który może faktycznie trafić pod czeską prezydencję, ponieważ Francuzi prawdopodobnie nie będą chcieli się nim zajmować w świetle zbliżających się wyborów prezydenckich.

Amerykanie są znacznie bardziej surowi wobec Chińczyków i bez wątpienia chcieliby, aby Europejczycy przyjęli takie samo stanowisko. Jednak współpraca gospodarcza z Chinami – a nie uzależnienie – jest nadal bardzo ważna dla UE. Waszyngton skrytykował dążenie UE do podpisania umowy inwestycyjnej z Chinami, mimo że sam taką umowę zawarł. Bądźmy sprawiedliwi. Stany Zjednoczone również potrzebują dobrych stosunków handlowych z Chinami. To rozumie się samo przez się.

Krótko mówiąc, UE i Stany Zjednoczone jadą na jednym wozie i to pod wieloma, wieloma względami. Przyznajmy to i zróbmy z tego jak najlepszy użytek.

Fot. Andrew Coop / Unsplash
Fot. Martin Hladík
Tekst ukazał się w języku angielskim w Visegrad Insight.


Ivan Hodáč jest prezesem Aspen Institute Central Europe. W latach 2001–2013 sekretarz generalny Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA). Był również członkiem specjalnej grupy ekspertów odpowiedzialnych za doradzanie Komisji Europejskiej w negocjacjach Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji ze Stanami Zjednoczonymi (TTIP), a także doradcą czeskiego rządu w sprawach europejskich. „Financial Times” wymienia go wśród najbardziej wpływowych osobistości w brukselskiej polityce.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa