Polski podziemny krąg

Panuje przekonanie, że w świecie sieci możliwości buntu mnożą się bez liku. A jednak – tuż za rogiem czeka niespodzianka, o czym świadczy raport Tajni kulturalni, który ukazał się 14 stycznia. Przed premierą głośnego filmu Bretta […]


Panuje przekonanie, że w świecie sieci możliwości buntu mnożą się bez liku. A jednak – tuż za rogiem czeka niespodzianka, o czym świadczy raport Tajni kulturalni, który ukazał się 14 stycznia.

Przed premierą głośnego filmu Bretta Gaylora Kultura Remixu w 2008 roku, który – o ironio – wyświetlano na jednym z większych festiwali filmowych w kraju, Planete Doc Review, przeciętny Polak wiedział, że w internecie „można siedzieć”, ale za zbyt aktywną działalność (ściąganie plików) „można iść siedzieć”. Zgodnie z promowanymi zasadami ekonomii neoliberalnej kulturę się bowiem kupuje, a nie się nią dzieli.

Gaylor postanowił zmienić sposób myślenia użytkowników sieci i edukował w zakresie możliwości pozaformalnego czerpania z jej zasobów, a także umożliwił bezpłatne i legalne remiksowanie swojego obrazu. Pokazał, że sieciowy, nieformalny obieg kultury to swego rodzaju partyzantka. Opiera się ona na regule daru oraz relacji wzajemności, dzięki czemu niweluje proces uprzedmiotowienia poprzez posiadanie, które staje się posiadaniem niematerialnym. To też zachęta do selektywnego nabywania treści kultury, ponieważ wcześniej konsument ma szansę zapoznać się z zawartością. „(…) boję się kolorowych pism. 500 kanałowej kablówki, czyjegoś nazwiska na moich gaciach (…) stajesz się własnością tego, co posiadasz” – tłumaczył w Podziemnym kręgu Tyler Durden – alter ego głównego bohatera, aby uzmysłowić (sobie samemu) główne motywacje do stawiania oporu.

W polskiej świadomości społecznej korzystanie z treści kultury zamieszczonych w sieci przez wiele lat było nacechowane negatywnie poprzez słowo-wytrych: „piractwo”. Większość publikacji na ten temat bazowała na założeniach czysto teoretycznych lub odwołujących się do implementacji dyrektywy audiowizualnej UE z 2000 roku. Dopiero w 2010 roku pojawiły się ogólnodostępne – również w formie elektronicznej (bo udostępnione zgodnie z zasadą wolnych licencji) – raporty oparte o analizę realnych praktyk użytkowników sieci.

Był to dość szczególny moment. Na blogosferę, czyli środowisko ludzi piszących blogi, od pewnego czasu patrzono z dezaprobatą. Blogów, a raczej „blogasków” namnożyło się w sieci nieskończenie wiele, kulała też ich funkcja opiniotwórcza.  Jednak prowadzone wśród (prowincjonalnej) młodzieży badania (opisane później w raporcie Młodzi i media) dowodziły, że to właśnie w blogach tkwi siła integrująca lokalne społeczności, a co za tym idzie – budująca oddolne sieci społeczne. Te wnioski rzuciły zupełnie inne światło na postrzeganie kwestii treści kulturowych w sieci. Skoro bowiem okazało się, że współuczestnictwo (komentowanie, polecanie, ściąganie) wytwarza wartości, jakimi stały się więzi międzyludzkie, to czy można je przeliczyć na legalny przychód pieniężny?

(CC BY-NC-ND 2.0) by prasan.naik/ Flickr

Próbą diagnozy rubieży kultury właściwej, gdzie istnieje podział na dobrych – kupujących na lądzie i złych – piratów surfujących w sieci (celna analogia), w skali ogólnokrajowej zajęto  się w raporcie Obiegi kultury. Sprawa okazała się dosyć medialna, ponieważ premiera raportu przypadła niemalże rok temu – 25 stycznia 2012 i zbiegła się z burzliwie przebiegającą debatą wokół ACTA. Dlatego też tłumy wiedzione (w środku zimy) chęcią dyskusji o piractwie przybyły na premierę. Ku rozczarowaniu ogółu, dostępne materiały promocyjne umieszczono w teczkach z pieczątką To nie jest raport o piractwie. Stało się jednak dobrze, ponieważ licznie zgromadzeni mieli okazję wysłuchać, na ile nieformalny obieg treści kultury w sieci generuje zapotrzebowanie na jej odbiór i nabywanie.

Warto zaznaczyć, że Obiegi kultury w założeniu stanowiły raport otwarty – wyjściowe dane do dalszych obserwacji nieformalnego obiegu treści kultury. W ogólnym rozrachunku najlepiej mechanizm ten charakteryzuje następująca statystyka: w roku poprzedzającym badanie (2010/2011) co trzeci Polak brał udział w obiegu nieformalnym, czyli wymianie treści kultury – plików cyfrowych; w tym samym okresie treści kultury w oficjalnym nurcie zakupiło 13% z nas.

Wynik był jednoznaczny: polski „podziemny krąg” okazał się niemal trzykrotnie większy od mainstreamu.

Secret Service made in Poland

Dlaczego kulturalni mają być tajni? Według autorów raportu– Mirosława Filiciaka, Michała Danielewicza, Anny Buchner i Katarzyny Zaniewskiej – tytuł ten ma sygnalizować napięcie między oddolnymi działaniami, które warto robić, a ich formalną tajnością wobec prawa i osądów etycznych. Co więcej, pierwotnie miał on nosić tytuł Tajni współpracownicy kultury, co z dość jednoznaczną ironią odnosi się do zasad panujących na oficjalnym rynku obrotu treści kultury.

Tajni kulturalni. Obiegi kultury z perspektywy twórców sieciowych węzłów wymiany treści  to materiał, który powstał z 12 wywiadów przeprowadzonych wśród 3 grup dystrybutorów treści w sieci: twórców napisów do filmów i seriali, archiwistów (serwisy YouTube i Chomikuj) oraz administratorów prywatnych serwerów gier sieciowych. Osoby te to użytkownicy, którzy – w odróżnieniu od operatorów serwisów – za swoje działania nie pobierają żadnego wynagrodzenia. Swoją rolę w nieformalnym obiegu treści traktują w kategoriach rzemiosła, kuratorskiego rysu (rozbudowane zasoby) lub managementu (zarządzanie społecznością graczy). Dlatego też przykłady te w ujęciu ostatecznym zostały potraktowane jako dane kulturowe, abstrahując od kwestii prawnych tychże procesów. Zresztą sami autorzy nie kryli, że jest to próba odparcia etykietki „piractwa” względem upowszechnionych już praktyk.

Na potrzeby raportu dokonano analizy pól semantycznych pojęcia „pirat”, z której wynika, że uczestnicy biorący udział w nieformalnym (e-formalnym) obiegu kultury zaprzeczają, jakoby dopuszczali się tak karygodnych czynów, jakie przypisane są piratom. W raporcie czytamy: To termin niejako z innego porządku, a tego typu myślenie – czy może raczej stwierdzenia – miały zapewne zamanifestować nieadekwatność tego piętnującego z perspektywy obiegu rynkowego określenia, do samooceny „tajnych kulturalnych”

Pobierz raport Tajni kulturalni

Rebeliant, nie pirat

Pomimo natężenia ruchu obiegu treści, nasze polskie podwórko nadal notuje znikomy przyrost twórczości oddolnej. Zmienił się bowiem model producent – odbiorca, gdy do do kręgu wpuszczono trzeciego zawodnika – dystrybutora. W usieciowionym procesie dystrybucji reguły gry nie są tak klarowne, coraz częściej zaciera się granica między profesjonalistami, dbającymi o jakość, a amatorami, którzy zwyczajnie pasożytują na obiegu komercyjnym. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy bohaterowie udzielający wywiadu na potrzeby raportu czują się poniekąd rebeliantami. Ich przygody w sieci stanowią przejaw alter ego po pracy (np. tłumaczą napisy do filmów i seriali dla przyjemności po trudach codziennej rutyny tłumacza zawodowego), często mają poczucie etycznej niejednoznaczności, jednak przyświeca im przekonanie działalności pro publico bono. Działania te określone zostały przez autorów raportu roboczym mianem obiegu e-formalnego, który podlega różnorakim dyskursom językowym: antropologicznemu (ze względu na funkcję wytwarzania więzi), ekonomicznemu (kultura jako towar) oraz prawa (kwestia legalności).

Wydawać by się mogło, że prężnymi i najpotężniejszymi dystrybutorami treści w sieci są ci młodzi, obeznani i technologicznie superkompetentni. I już na tym poziomie będziemy zaskoczeni –  na próbie zaledwie 12 wywiadów okazało się, że użytkownicy, którzy aspirują do miana „naprawdę wielkiego Chomika”, nie dają się tak łatwo wpisać w schemat. Kilkoro z nich okazało się starszymi osobami, które do praktyk w sieci podchodzą z sentymentem, na zasadzie pasji zbieractwa przekazywanej z pokolenia na pokolenie lub z prozaicznego powodu ekonomicznego – gromadzą zasoby dla swoich dzieci i wnuków, ponieważ rzeczone treści, dostępne w formie materialnej, są za drogie.

Uczestnicząc jednak w tym nieformalnym ruchu, czyli niewidocznym dla państwa i bazującym na wzajemnym uzupełnianiu się, jego bohaterowie, wyrabiając sobie swoistą renomę rzetelności, zaczynają funkcjonować jako parainstytucje; to od ich selekcji materiału, który zamieszczają w sieci, mogą zależeć gusta odbiorców, a dzięki temu stają się animatorami cyberprzestrzeni, co w realny sposób może zagrażać systemowi komercyjnemu. Jednak osoby biorące udział w badaniu twierdzą, że bardziej niż zajmowaniem stanowiska konkurencyjnego do mainstreamu zajmują się relacjami z odbiorcami, którzy z założenia traktują ich jak źródło zasobów – dopominają się o napisy do kolejnego odcinka serialu, umieszczenie konkretnych treści w folderach przypisanych danemu „dystrybutorowi” etc.

Warto także zauważyć, że wszyscy respondenci to osoby niezwiązane zawodowo czy naukowo z tematyką społeczno-kulturową. Swoją działalność najczęściej mierzą kategoriami pasji, nie zaś konkurencyjności czy misji kulturalnej; kluczowa wydaje się raczej niemożność zderzenia swojej indywidualnej perspektywy z perspektywą rynku, zauważają autorzy raportu. Cały urok zjawiska obiegów treści w sieci tkwi w jego nieoficjalnym charakterze, co trafnie dostrzegł Alek Tarkowski. Można by dodać, że polega na tym urok nie tylko polskiego podziemnego kręgu.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa