Polska potrzebuje Palikota

Poparcie udzielane Januszowi Palikotowi przez tysiące użytkowników Facebooka i setki respondentów w badaniach opinii publicznej nie jest skutkiem ubocznym tej czy innej brutalnej wypowiedzi czy spektakularnego show przed kamerami telewizji. W jeszcze mniejszym stopniu wiązać […]


Poparcie udzielane Januszowi Palikotowi przez tysiące użytkowników Facebooka i setki respondentów w badaniach opinii publicznej nie jest skutkiem ubocznym tej czy innej brutalnej wypowiedzi czy spektakularnego show przed kamerami telewizji. W jeszcze mniejszym stopniu wiązać je można z mizernymi przecież wynikami prac sejmowej komisji „Przyjazne Państwo”, której Palikot jest przewodniczącym. Lubelski milioner ma szanse utrzymać się w polityce (PO go wyrzuci, jeśli nie teraz, to za rok, podczas ustalania list wyborczych do Sejmu) nie ze względu na swoje osobiste cechy, lecz dzięki społecznemu zapotrzebowaniu na poglądy, których – nie do końca chyba celowo – stał się symbolem.

Kroniki polityczne ostatniej dekady zapełnione są smętnymi historiami ludzi z pierwszych stron gazet, którzy opuszczali macierzyste partie (z reguły nie z własnej woli), odgrażając się, że zostaną w grze i w lepszym stylu realizować będą program tych, którzy ich wyrzucili. Żaden z nich – na myśl przychodzą nazwiska Leszka Millera, Andrzeja Olechowskiego, Pawła Piskorskiego, Marka Jurka i Kazimierza Marcinkiewicza, lecz nie wyczerpują one przecież listy – nie podołał tej deklaracji. A wszyscy byli przecież swego czasu równie rozpoznawalni jak dziś rozpoznawalny jest Palikot i wszyscy pojawiali się w medialnych spekulacjach jako liderzy „nowej siły”. Ich wspólny problem polegał na tym, że – używając marketingowej metafory – usiłowali wejść w tę część rynku, która była już podzielona i rozdysponowana. Motywowani żądzą odwetu próbowali szkodzić swojej dawnej korporacji poprzez wprowadzenie nowej, lepszej Coca-Coli (lub Pepsi), a ignorowali nisze, w których mogliby wyhodować nowe produkty w rodzaju Red Bulla.

Szansą Palikota jest właśnie nisza pomiędzy PO a SLD, w której od paru miesięcy rośnie popyt na konsekwentnie liberalne ugrupowanie. Podsycają go równolegle pisowska tromtadracja, otwarte zaangażowanie Kościoła katolickiego w politykę (jego kolejne przejawy będziemy zapewne obserwować w trakcie kampanii przed wyborami samorządowymi) oraz brak wizji i woli reform po stronie rządu. Lewica jest w zagospodarowywaniu tego popytu zaskakująco nieskuteczna – co Palikotowi sprzyja – głównie dlatego, że instytucjonalne powiązania z różnymi grupami interesów utrudniają jej głoszenie haseł liberalizacji gospodarczej, a długa bytność na scenie politycznej wyrobiła w niej instynkt serwilizmu wobec kleru (nawet w sierpniowym apelu o przestrzeganie konstytucji czytamy, iż SLD „docenia rolę Kościoła Rzymskokatolickiego oraz innych związków wyznaniowych w dziejach naszej Ojczyzny”). Na tym tle świeża i radykalna partia opowiadająca się za racjonalizacją państwa, umysłów i gospodarki ma szansę się istotnie wyróżnić.

Rację mają oczywiście ci, którzy wskazują, iż treść Palikotowych poglądów nie jest wcale aż tak liberalna, jak sugerowałaby forma jego wystąpień. Jednak przecież również Jarosław Kaczyński nie był przed kwietniową katastrofą (jakie poglądy ma obecnie, trudno orzec) równie religijnie tradycjonalistyczny, co jego ugrupowanie. Jeśli nastroje zwolenników są jasno określone, wszystkim, czego wymaga się od lidera, jest ich werbalizacja. W konkretnym przypadku Palikota przybierze ona zapewne formę ostrych antyklerykalnych propozycji – nie tylko dlatego, że kler jest dziś najmniej liberalną i najbardziej przeciwną modernizacji siłą w kraju, lecz także dlatego, że ze wszystkich obyczajowych postulatów antyklerykalizm jest zrozumiały dla najszerszej grupy wyborców.

Wbrew ciągle powtarzanym opiniom, że w katolickiej Polsce nikt nie ma szans w otwartej konfrontacji z Kościołem, to właśnie radykalizm może być kluczem do sukcesu. Atak z kruchty nastąpi tak czy inaczej, nie uniknęła go przecież nieszczęsna Unia Wolności, której chadeccy liderzy do samego końca nie przestali poszukiwać dialogu z „kościołem otwartym” (polegli, bo nie można prowadzić dialogu z czymś, co nie istnieje). Ze wszystkich osób obecnych w polskim życiu publicznym to Janusz Palikot – uzbrojony w czerwone dildo, małpkę wódki i wolteriański temperament – ma największe szanse atak ten przetrwać. I za to Polska liberalna wybaczy mu wszystkie słabości i uzna w nim swego przywódcę.

REKLAMA

Cezary WodzińskiKapłana błaznem. List do Janusza PalikotaWydawnictwo: Res Publica NowaData wydania: 24-09-2010Cena: 20złOkładka: Miękka

Cezary Wodziński, publikuje traktat o języku polskiej polityki w wyjątkowo ironicznym, iście gombrowiczowskim stylu. Przenikliwa, precyzyjna krytyka patosu i powagi, w którą pragną się ubierać politycy obnaża nagą prawdę o śmieszności naszej sfery publicznej. Co więcej autor postuluje wręcz, by gromki śmiech na stałe zagościł na ustach Polaków. Sprawa jednak nie jest wcale wesoła, książka to poważna analiza języka polityki i apel o jego uzdrowienie. Na uwagę zasługuje także forma traktatu, który nawiązuje do listu Machiavellego do księcia. Autor adresuje swój tekst do Janusza Palikota. 

Informacje na temat zamówień oraz więcej informacji o książce znajdują się [tutaj].

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa