POCZOBUT: Białoruś – w pułapce błędnych hipotez

Kryzys polityczny wywołany sfałszowaniem wyników wyborów prezydenckich i powyborczymi protestami powiedział „sprawdzam” i ukazał słabość większości założeń, na których opierała się polityka Zachodu wobec Białorusi.


Aleksander Łukaszenka powoli odzyskuje kontrolę nad Białorusią. Akcje protestacyjne wciąż trwają, ale stają się coraz mniej liczne, opór słabnie.  Pozostaje pytanie: co dalej? Jakie wnioski z wydarzeń na Białorusi powinny wyciągnąć Polska, Unia Europejska i szerzej Zachód?

Kryzys polityczny wywołany sfałszowaniem wyników wyborów prezydenckich i powyborczymi protestami powiedział „sprawdzam” i ukazał słabość większości założeń, na których opierała się polityka Zachodu wobec Białorusi.

W ostatnich latach Zachód uznawał, że Aleksander Łukaszenka wciąż cieszy się na Białorusi popularnością, że w każdej chwili jest w stanie wygrać wolne wybory. Może nie z wynikiem na poziomie 70–80 proc., ale na pewno powyżej 51 proc. Ogromna skala ujawnionych i udokumentowanych przez Białorusinów fałszerstw wyborczych pokazuje, że jest zupełnie inaczej. Dziś Łukaszenka z uwielbianego przez lud władcy stał się niewybieralnym politykiem, który nie ma najmniejszych szans w uczciwej walce wyborczej.

Łukaszenka przegrał wybory z gospodynią domową, której jedynym związkiem z światem polityki był fakt, że jest żoną uwięzionego przez reżim bloggera. Czy może być większy dowód na polityczną impotencję Łukaszenki?

W ostatnich latach Zachód uznał za priorytet niepodległość Białorusi. Już nie stosunek do praw człowieka, tylko geopolityka kształtowała to, jak postrzegany był Mińsk. Uznano, że Łukaszenka jest skonfliktowany z Kremlem, a wręcz jest w osobistym sporze z Władimirem Putinem i broni się przed imperialnymi zakusami Rosji. Przyjęto na wiarę, że Mińsk jest żywo zainteresowany równoważeniem rosyjskich wpływów i szuka oparcia w Zachodzie. W momencie gdy fotel Łukaszenki zaczął się spod niego niebezpiecznie wysuwać, kiedy władza nagle mogła wypaść z jego rąk, on natychmiast zwrócił się o pomoc do… Władimira Putina. Wcześniej całą swoją kompanię wyborczą Łukaszenka budował na rzekomym „rosyjskim zagrożeniu” wiszącym nad Białorusią. Okazało się, że konflikt między nim a Kremlem, owszem istnieje, ale jest to „konflikt w rodzinie”, który nie ma wymiaru politycznego, a co najwyżej toczy się o interesy gospodarcze. Został on natychmiast zażegnany, gdy tylko pojawiło się ryzyko utraty władzy. Łukaszenka, który w opinii Zachodu miał dzielnie bronić swego kraju przed „zielonymi ludzikami”, sam poprosił Putina o deklarację gotowości ich wprowadzenia.

„Ciążenie” Łukaszenki ku Zachodowi okazało się złudzeniem. A wszelkie gesty, które we poprzednich latach oficjalnie wykonywał Mińsk, były częścią strategii dezinformacyjnej, dzięki której udało się Łukaszence skutecznie manipulować polityką Zachodu wobec swego kraju.

Kolejnym założeniem politycznego dialogu zachodniego świata z reżimem było wciąganie białoruskich urzędników i przedstawicieli aparatu państwa w orbitę zachodnich wartości. Uznano, że skoro Mińsk szuka oparcia w Zachodzie, to spokojny dialog i łagodna krytyka unikająca drażliwych tematów, będą cywilizowały i mitygowały władzę. Kontakty z zachodnimi dyplomatami i politykami, życzliwy ton Zachodu miały powstrzymać aparat państwowy przed stosowaniem represji na taką skalę jak wcześniej. Taka polityka była prowadzona od 2008 roku – z krótką przerwą między 19 grudnia 2010 roku a rokiem 2013 – łącznie przez 9 lat.

Tymczasem białoruski autorytaryzm w obliczu braku presji ze strony Unii Europejskiej będzie kwitł i tężał. Sygnały o tym, że w warunkach dialogu presja na białoruskie społeczeństwo obywatelskie rośnie, były ignorowane i zamiatane pod dywan. Ostatecznym dowodem na niewydolność takiej strategii były bezprecedensowe represje zastosowane przez aparat bezpieczeństwa wobec protestujących i brak wyłomów w administracji, zwłaszcza wśród tych, którzy byli postrzegani przez dyplomatów jako „prozachodni”, „liberałowie” czy „gołębie”.

Podsumowując, białoruska rzeczywistość okazała się inna, niż zakładał Zachód przed 9 sierpnia. Należy zatem uznać, że białoruska dyplomacja pod wodzą pułkownika wojskowego wywiadu GRU, Uładzimira Makieja, okazała się nadzwyczaj sprawna w narzucaniu swojej wizji wydarzeń i manipulowaniu Zachodem.

Co więc należy robić, w momencie kiedy kryzys ujawnił rzeczywisty stan rzeczy i prawdziwe wartości i poglądy białoruskiej elity rządowej?

Po pierwsze, nie tracąc z oczu celu – wsparcia niepodległości Białorusi – należy uznać, że żaden z białoruskich polityków nie może być skuteczną gwarancją niepodległości kraju, a zwłaszcza nie może nim być autorytarny przywódca, który utracił popularność. Gwarancją nieodległości Białorusi jest naród. Dlatego chcąc wzmocnić niepodległościowe tendencje, należy wesprzeć ruchy opozycyjne, organizacje społeczne i projekty medialne adresowane do Białorusinów. Należy konsolidować przeciwdziałanie rosyjskiej propagandzie na Białorusi, która promuje antyzachodnie postawy i narzuca Białorusinom kremlowską wizję świata.

Twierdzenie, że konsekwencja i nieugiętość popchną Łukaszenkę w ramiona Rosji, dawno już powinniśmy włożyć między bajki. Ostatnie tygodnie pokazały, że Łukaszenka od dawna jest w objęciach Władimira Władymirowicza.

Po drugie, Unia Europejska powinna bacznie przyglądać się przestrzeganiu praw człowieka na Białorusi i stanowczo reagować na każde ich naruszanie i pogorszenie się sytuacji wewnątrz kraju. Celem polityki powinno być uniemożliwienie przekształcania się Białorusi w republikę bananową. Sukcesem będzie zatrzymanie kurczenia się przestrzeni wolności na Białorusi. Zaangażowani w dławienie praw człowieka urzędnicy prześladujący niezależne białoruskie inicjatywy powinni być napiętnowani i karani. Zakaz wjazdu na teren Unii Europejskiej należy do ciągle skutecznych instrumentów retorsji i może istotnie złagodzić brutalność niższych i średnich szczebli aparatu oraz osób zaangażowanych w fałszerstwa wyborcze. Ten środek powinien być stosowany szeroko, a zarazem selektywnie, nie można jego zastosowania ograniczać wyłącznie do czołowych postaci reżimu.

Po trzecie, należy wprowadzać sankcje gospodarcze wymierzone w „portfele reżimu”. W systemie gospodarczym Białorusi najbogatsi biznesmeni znajdują się pod parasolem reżimu. Często stają się narzędziem używanym przez urzędników i oficerów służb dla bogacenia się. To zarazem miękkie podbrzusze reżimu. Uderzenie w nie na pewno zaboli, przy czym zaboli konkretne osoby z aparatu, które „opiekują się” poszczególnymi biznesmenami.

Po czwarte – konsekwencja. Aleksander Łukaszenka rządzi od przeszło dwudziestu sześciu lat. Już sam ten fakt pokazuje, że nie ma mowy o łatwych rozwiązaniach. W czasie jego rządów wielokrotnie zmieniali się zachodni prezydenci, premierzy i ministrowie spraw zagranicznych. Co więcej, zmiana władzy w poszczególnych krajach, zawsze wykorzystywana była przez białoruską dyplomację do zmiany „twardej” polityki na „miękką”. Dlatego, na przykład w Polsce, należałoby uzgodnić wspólną strategię wobec Białorusi wszystkich sił politycznych. Wbrew pozorom ludzie orientujący się w sytuacji na Białorusi należą do różnych partii i przy odrobinie wolnej woli można by osiągnąć porozumienie ponad bieżącymi podziałami politycznymi.

Białoruś nie jest łatwym i przyjemnym tematem. Na przestrzeni dwudziestu sześciu lat rządów Aleksandra Łukaszenki już nie jeden ambitny plan spełznął na niczym. Jednak dziś, po 9 sierpnia 2020 roku, dla wszystkich stało się oczywiste, że większość Białorusinów jest przeciwko reżimowi, że chcą oni zmian, chcą większej wolności i dobrobytu. Nadszedł czas, by pomóc Białorusinom w pokojowy sposób uwolnić się z tej opresji.

 


Andrzej Poczobut, polsko-białoruski dziennikarz, publicysta i bloger związany z Grodnem, działacz Zarządu Głównego Związku Polaków na Białorusi


fot: Artem Podrez

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa