Po zmianie w Białym Domu: Samotność Polski u progu nowego porządku świata

Odejście prezydenta Donalda Trumpa to symboliczny koniec dobrej zewnętrznej koniunktury dla Polski. Symboliczny, bo niekorzystne zmiany trwają już jakiś czas.


Wpływ Polski na geopolityczne ruchy tektoniczne jest z natury mały, co nie znaczy, że nie można ograniczać ich negatywnych skutków lub szukać pozytywnych dla nas rozwiązań. Także i teraz, zmiana w Waszyngtonie mogłaby być okazją do ofensywy po pięciu latach błędnej polityki, która wpędziła Polskę w niemal kompletną izolację. Sądząc jednak po wypowiedziach przedstawicieli polskich władz, nie zanosi się na to.

Rządząca ekipa nie ograniczyła ryzyka związanego ze zmianami geopolitycznymi. Przeciwnie – pogłębiła je złą i wewnętrznie sprzeczną polityką zagraniczną. Polityką wynikającą z osadzenia w tragicznej dla Polski, także w przeszłości, mieszaninie kompleksów i, oderwanych od realiów, fantazji. Z niekompetencji i używania polityki zagranicznej jako narzędzia bezwzględnej walki wewnętrznej.

Nowe wydanie: Gniew i Nadzieja – Polska 2021

Obóz Prawa i Sprawiedliwości nie zignorował zmian zachodzących na świecie. Może nawet postawił kilka słusznych diagnoz. Jarosław Kaczyński – ten Wielki Strateg kierujący Dobrą Zmianą – pewne kwestie czuje szybciej i wyraźniej niż inni. Dramatem jest to, że wyciąga z tych diagnoz opaczne wnioski i narzuca kurs, który można opisać jako leczenie dżumy cholerą.

Jarosław Kaczyński może na przykład mieć rację, że odradza się koncert mocarstw w nowej konfiguracji: z rosnącymi Chinami i Niemcami, asertywną Rosją, słabnącą Francją i Wielką Brytanią. Powojenny europejski porządek, czyli „Keep Americans in, Germans down and Russians out” uległ modyfikacji. Dziś trafniej opisuje go równanie: „Americans are half-out and Germans are up”.A co z Rosją? Ta na razie wciąż jest „out”, głównie za sprawą prezydenta Putina, choć wielu w Europie chciałoby dokończyć dzieło na modłę: „America out, Russia in”.

Takie właśnie poglądy głoszą niektóre partie i politycy w Niemczech, we Francji i we Włoszech, czyli trzech największych krajach Unii Europejskiej po wyjściu z niej Wielkiej Brytanii. Francuski Prezydent Emmanuel Macron forsuje koncepcję „strategicznej autonomii”, która musiałaby w praktyce oznaczać osłabienie roli USA i NATO w strukturze bezpieczeństwa europejskiego, a nowy szef CDU – Armin Laschet znany jest z prorosyjskich sympatii. Pustka po Amerykanach musiałaby zostać wypełniona strategicznym porozumieniem z Rosją. Część niemieckich i francuskich elit jest za.

Z oczywistych względów, dla Polski stanowiłoby to wyzwanie. Zgodnie z wielowiekową tradycją, Rosja nie przestaje widzieć w nas wroga numer jeden w Europie. W interesie Polski jest zatem, aby utrzymać obecność amerykańską w europejskiej strukturze bezpieczeństwa i tworzyć w Unii Europejskiej przeciwwagę dla prorosyjskiej narracji. Kultywować partnerów w Niemczech, we Francji i w pozostałych krajach wspólnoty, którzy myślą podobnie do nas – tak wyglądał do niedawna konsensus w Polsce.

Co udało się osiągnąć?

Wbrew częstej narracji, zarzucającej rządom PO–PSL nadmierną uległość wobec Niemiec, prowadzona w latach 2008–2015 polityka realizowała wyżej wspomniane priorytety. Warszawa była rzecznikiem sankcji w stosunku Rosji za jej agresję wobec Ukrainy, dbała o dobre relacje transatlantyckie i równocześnie metodycznie wzmacniała pozycję Polski w Unii Europejskiej. Polska grała na Unię, instytucje europejskie i ideę integracji europejskiej, co miało stanowić antidotum na ryzyko powrotu do koncertu mocarstw.

Wynikało to z oczywistej obserwacji, że Komisja Europejska i instytucje europejskie są naturalnym sojusznikiem średnich i małych krajów członkowskich w skomplikowanym poszukiwaniu równowagi wobec potężnych interesów narodowych dużych graczy. Polska zdawała sobie również sprawę z tego, że dla USA, jesteśmy tym bardziej wartościowym sojusznikiem, im więcej znaczymy w Unii Europejskiej. Inni sojusznicy USA w Europie tak działają – Holendrzy, Duńczycy i Grecy, ale coraz bardziej także państwa spoza NATO, czyli Finlandia i Szwecja.

Relacje Polski z Niemcami były w 2008-2015 dużo bardziej skomplikowane niż to co przebijało się do opinii publicznej. Pod fasadą serdeczności i zainteresowania rozwijaniem kluczowej dla Polski współpracy gospodarczej, polska polityka stała często w opozycji do niemieckich koncepcji. Dotyczyło to kwestii Nord Stream czy przyspieszenia integracji Ukrainy z UE i NATO, ale także reakcji na kryzys w strefie euro, gdzie Polska była krytyczna wobec forsowanej przez Niemcy polityki zaciskania pasa w reakcji na recesję.

Nominacja Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej w 2015 roku była ukoronowaniem rozsądnej polityki prowadzonej przez jego rząd. Wbrew narracji PiS-u podchwyconej przez część komentariatu w Polsce, Tusk wcale nie był „niemieckim kandydatem”. Wprost przeciwnie – wystawili go Brytyjczycy i dzięki fantastycznej robocie polskich dyplomatów poparli europejscy średniacy, trochę stawiając pod ścianą kanclerz Angelę Merkel, która szukała innego kandydata. Nie mogła jednak odmówić poparcia politykowi z tej samej grupy politycznej w UE, zwłaszcza że dodatkowo miała z nim manifestacyjnie dobre relacje. Mimo to, zrobiła to dopiero wtedy, gdy stało się jasne, że wokół Tuska jest szeroki konsensus.

Rok 2015 był więc z punktu widzenia polityki zagranicznej kulminacją znaczenia Polski w Unii, wspólnoty do której przystąpiła zaledwie dekadę wcześniej. Pomimo kryzysu, Polska notowała najszybszy w UE wzrost gospodarczy. Zbudowała sieć taktycznych i strategicznych sojuszy z mniejszymi i średnimi krajami członkowskimi i z Komisją Europejską. Zyskała szacunek jako „rzeczniczka” Ukrainy i innych krajów aspirujących do europejskiej wspólnoty i zwolenniczka podtrzymania więzi transatlantyckich. Dla Amerykanów byliśmy plakatem reklamowym udanej transformacji – od komunizmu do wolnorynkowej demokracji.

Efektem było to, że jak by to ujęli Anglosasi, Polska „was punching above its weight” (biła się w wadze o oczko wyżej), a znany ekonomista Marcin Piątkowski ogłosił w dobrze udokumentowanej i popularnej na Zachodzie książce, że Polska ma teraz swój „złoty wiek”[1].

Marzenia o rewolucji

Scenariusze dla Polski 2021

Niestety rok 2015 był także początkiem końca dobrej passy. Decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu UE, wybór Trumpa na prezydenta USA, kryzys wokół uchodźców z Bliskiego Wschodu i rosnąca asertywność Chin zamknęły etap globalizacji oparty o pozimnowojenny porządek, który tak dobrze przysłużył się Polsce.

To zakwestionowanie światowego porządku zbiegło się w czasie także z radykalnym zwrotem w Polsce. Pod hasłami „dobrej zmiany” i „Polski w ruinie”, władzę w Warszawie przejął po ośmioletniej przerwie Jarosław Kaczyński. Skromny poseł nie wziął co prawda bezpośredniej odpowiedzialności za rządzenie, ale prezydent Andrzej Duda, dwoje premierów i ministrowie nowej ekipy wielokrotnie publicznie deklarowali, iż to on jest głównym decydentem kierującym ostrą zmianą kursu, który Polska lepiej czy gorzej prowadziła od 25 lat. Przekonanie obozu prawicy o geniuszu strategicznym Kaczyńskiego, sprawiło, iż nikogo w jej szeregach nie zaniepokoiła ani skala tej zmiany ani jej ideologiczne założenie.

Stało się nim przekonanie Kaczyńskiego, że Europa rozpada się, a nadchodzące geopolityczne zmiany tektoniczne są dla Polski szansą, a nie zagrożeniem. Kaczyński postanowił, że Polska będzie jeździć na tygrysie uwolnionym z klatki. Zdecydował, że ma przyłączyć się do burzycieli starego porządku, a nie tych, chcących uratować z niego wszystko, co się da. Założenie karkołomne, naiwne, oderwane od rzeczywistości i piekielnie ryzykowne (jak to bywa z jazdą na tygrysie). Bo co niby miałoby nastąpić później? Fragmentacja Europy na małe państewka, jak przed wojną? Unia Europejska ograniczona do Zachodu lub oparta o zasadę „różnych prędkości”, która nieuchronnie spychałaby Polskę ponownie do roli bufora między Wschodem a Zachodem? Powstanie mitycznego Trójmorza, które zrównoważy wpływy Rosji i twardego jądra Europy? Z kim? Z prorosyjskimi Węgrami? Z Rumunią, która chce wejść do strefy euro i ani myśli wracać do koncepcji skompromitowanych w latach 30. ubiegłego wieku?

Propaganda rządowa często kreuje Trójmorze na wielki projekt polityczny, coś na kształt Rzeczpospolitej Wielu Narodów pod polskim przywództwem, alternatywą dla Unii i Rosji. Ta wizja to halucynacja. W rzeczywistości, większość krajów regionu postrzega Trójmorze jako projekt infrastrukturalny, pogłębiający gospodarcze połączenia komunikacyjne na osi Północ–Południe. Jedyna polityka w tym obecna to ta, dążąca do powstrzymania ekspansji gospodarczej Chin na Bałkanach w ostatnich latach. Stąd zaangażowanie USA i Unii Europejskiej. Oczywiście Polska powinna brać w tym udział, ale bez wprowadzania opinii publicznej w błąd co do charakteru tej inicjatywy.

Jarosław Kaczyński to oczywiście wie, ale jest zakładnikiem swojej obsesji na temat Niemiec. Jak wielokrotnie dawał do zrozumienia, jego główną obawą jest wzmocnienie roli Niemiec w Europie i ich naturalne ciążenie do porozumienia z Rosją, w jego mniemaniu oczywiście kosztem Polski. Nawet uznając zasadność tych obaw (a nie jest to oczywiste), przekonanie, że receptą ma być „rewolucja kulturowa” w Europie i zahamowanie integracji to niebezpieczna mrzonka. Polska powinna być ostatnim krajem dążącym do burzenia porządku, który polegał na „ujarzmieniu” Niemiec w integracji europejskiej i wzmacnianiu więzi transatlantyckich w sferze bezpieczeństwa. Innymi słowy, Polska powinna mobilizować wszystkie siły w Europie, także w Niemczech, które chcą utrzymania transatlantyckich więzi. Jako największy kraj UE na wschodzie, szósta unijna gospodarka i bliski sojusznik USA mieliśmy na to dużą szansę. Taka gra wymaga jednak wirtuozerii i unikania antagonizowania Niemiec bez potrzeby. Dialog z Berlinem ale także z KE i innymi sojusznikami USA w Europie jest, przy tak sformułowanych celach, wręcz konieczny.

Co tymczasem robi Wielki Strateg? Już za pierwszego premierostwa w 2006–2007, Kaczyński postawił na wielofrontową, otwartą i publiczną konfrontację z Niemcami, a równocześnie grał na osłabienie dalszej integracji europejskiej i metody wspólnotowej. Ujmując to inaczej, narzekał na to, że Francja i Niemcy narzucają swoją wolę innym krajom Unii, ale równocześnie domagał się zwiększenia roli i swobody państw narodowych kosztem Komisji Europejskiej. Logiczne, prawda?

Ta obłędna linia uległa jeszcze wzmocnieniu od 2015 roku. Stek pomyj wylewanych na Niemcy (a teraz też Holendrów i innych „lewaków”) przez ministrów i medialnych „harcowników” Dobrej Zmiany przybrał rozmiary niespotykane, często służące mobilizacji elektoratu na potrzeby krajowej walki politycznej, ale też tworzące trudne do odwrócenia fakty w polityce zagranicznej. Totalnym samookaleczeniem było wejście w ostry konflikt z instytucjami europejskimi wokół rządów prawa, a ostatnio, retoryka prezydenta i przedstawicieli rządu dotycząca Unii jako „wyimaginowanej wspólnoty” i absurdalne porównywanie jej do ZSRR.

Ataki na Tuska, jedynego Polaka na szczycie struktur UE, otwarte kibicowanie Brexitowi i antyunijnej retoryce Trumpa były politycznymi manifestami buntu i nadziei, iż w Europie nastąpi „rewolucja”. Partnerzy Polski na początku uznali, że to tylko polityka prowadzona na potrzeby wewnętrzne i że nastąpi jej naturalna moderacja ze względu na oczywistą sprzeczność interesu Polski z kursem, jaki sugerowali Warszawie prorosyjski Viktor Orbán i radykałowie z obozu alt-right w otoczeniu Trumpa. Niestety, radykałowie ci znaleźli bezpośredni dostęp do ucha prezesa, który w ich fantasmagoriach zobaczył potwierdzenie swoich własnych instynktów.

A zatem nie skończyło się na retoryce. Zamach na niezależność sądownictwa, kluczowy element europejskiego porządku, stał się faktem, antagonizując instytucje europejskie i większość partnerów. Wszczęcie wobec Polski formalnego postępowania o łamanie traktatów unijnych, tak jak przegrane głosowanie 27:1 w sprawie drugiej kadencji Tuska zapowiadały rosnącą izolację. W przeciągu zaledwie trzech lat, Polska w zasadzie wypadła z europejskiej gry.

Sojusznik Ameryki

Rzekoma kompensacja utraty znaczenia w Unii w postaci wzmocnionego sojuszu militarnego Polski z USA to opowieść-fantazja wyłącznie na potrzeby propagandowe. Wizyty Andrzeja Dudy w Białym Domu, zniesienie wiz, gesty i geściki nie zmieniają faktu, że dla odchodzącej administracji Polska była partnerem trzeciorzędnym. Manifestacyjna radość obozu rządzącego z wycofywania żołnierzy USA z Niemiec przez Trumpa i nadzieja, że zostaną oni relokowani do Polski była albo skrajną naiwnością albo sabotażem naszego interesu narodowego, bo uderzała w NATO i wspólnotę transatlantycką. Jak można było przewidzieć, do żadnego znaczącego wzmocnienia bilateralnej współpracy militarnej czy skokowego wzrostu obecności żołnierzy USA w Polsce nie doszło. Fort Trump od początku był zabiegiem czysto propagandowym dla obu stron. Trump polskie władze lubił ze względów ideologicznych – miały to samo antyelitarne zacięcie i dawały się łatwo wykorzystać do werbalnych ataków na Niemcy. Ale Trump nie miał zamiaru eskalować konfrontacji z Rosją, a jego administracja nie była zbyt chętna do demontażu NATO. Opozycja Trumpa do Nord Stream była wymierzona w Niemcy, a bezpieczeństwo europejskie i przyszłość Ukrainy w ogóle jego administracji nie interesowały.

Pod powierzchnią, relacje Polski z USA były napięte. Najpierw w sprawie ustawy o IPN, kiedy rząd PiS zignorował ostrzeżenia Waszyngtonu, że kneblowanie dyskursu o Holokauście pod pozorem obrony honoru Polski, jest nie do zaakceptowania. Polski rząd musiała wycofać się rakiem z ustawy. Potem przyszły ataki na niezależność mediów (także amerykańskich) i nagonka na środowiska LGBT w kampanii o reelekcję prezydenta Dudy, która nawet w otoczeniu Trumpa wywołała konsternację. Początkowo entuzjastycznie nastawiona do PiS ambasador Georgette Mosbacher – znajoma Trumpa, ale też poważna figura w waszyngtońskich kręgach politycznych po obu stronach barykady, musiała w tej sprawie przywoływać nasz rząd do porządku w mało dyplomatyczny, publiczny sposób. Pod koniec swojej kadencji w Warszawie powiedziała, że polski rząd stoi po „złej stronie historii”. Utracić takiego sojusznika to naprawdę trzeba mieć talent.

Amerykański biznes również wydaje się być coraz bardziej skonsternowany poczynaniami „strategicznego partnera” Ameryki. Ataki na sądy, gwałtowne zmiany w prawie, nacjonalizacja sektora finansowego i mediów oraz arbitralne ingerencje władzy w biznes budzą rosnący niepokój amerykańskich przedsiębiorców, dla których państwowy kapitalizm forsowany przez Premiera Morawieckiego oznacza komunizm.

W tym kontekście, poparcie dla Trumpa w kampanii wyborczej było podyktowane wyłącznie ideologicznym zacietrzewieniem i próbą utrzymania pozorów, znów przede wszystkim na użytek wewnętrzny. Jeżeli PiS istotnie uważa, że bilateralne relacje z USA są dla Polski najważniejsze, to przecież powinien chociaż założyć możliwość wygranej Joe Bidena i zachować stosowną neutralność.

Pseudogratulacje prezydenta Dudy dla Bidena i komentarze luminarzy PiS podważające ważność wyborów w USA dopełniają obrazu pogubionej ekipy, która dopiero zaczyna sobie zdawać sprawę z rozmiaru szkód, jakie poczyniła dla relacji z nową administracją, dysponującą większością w obu izbach Kongresu. Czkawką odbije się wkrótce ignorowanie przez Warszawę ostrzeżeń kongresmenów i senatorów USA (z obu partii) dotyczących rządów prawa.

Gorzkim symbolem „dobrej zmiany” w polityce zagranicznej jest to, że Polsce pozostał na świecie tylko jeden sojusznik. Viktor Orbán, prorosyjski, prochiński przywódca niewielkiego kraju na peryferiach Europy. Polityk, który umiejętnie wykorzystuje Polskę do swoich europejskich rozgrywek. Kaczyński jest na tyle inteligentny, że wie, że sprawy słabo stoją, ale jego ekipa brnie dalej. Co prawda, minister Mariusz Błaszczak w artykule w „Politico” zasygnalizował powrót Polski do tradycyjnej polityki w obszarze bezpieczeństwa, ale wielu „medialnych” polityków PiS dalej mami siebie i naród narracją o tym, że to Polska jest dla USA strategicznym i niezbędnym partnerem, a nie na odwrót.

Zdumiewające jest to, jak bardzo Wielki Strateg okazał się głuchy na twarde dane wskazujące na to, że kurs który obrał jest przeciwskuteczny, że rewolucja europejska nie nastąpiła, że Brexit, Trump i Covid zadziałały jako nowe spoiwa Unii, że środek ciężkości wspólnoty przesuwa się w stronę strefy euro, a zatem Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego. Wreszcie, że Polska stała się pod jego kierownictwem międzynarodowym pariasem, wytykanym palcem jako przykład degeneracji demokracji.

Znamienne też jest, iż Wielki Strateg i jego otoczenie nie widzą, że w odróżnieniu od Polski jest jeden wyraźny i ewentualnie drugi, mniej wyraźny, beneficjent ich polityki i braku refleksji. Głównym i oczywistym jest rzekomy wróg numer jeden tego obozu: Rosja, dla której marginalizacja Polski w UE jest jednym z celów polityki europejskiej. Potencjalnym beneficjentem są, paradoksalnie, Niemcy. Wyizolowana w Europie, a teraz pozbawiona wsparcia w Waszyngtonie, Polska staje się bardziej, a nie mniej zależna od dużego sąsiada na zachodzie. To kanclerz Merkel rzuciła premierowi Mateuszowi Morawieckiemu linę ratunkową w dyskusjach nad unijnym budżetem i to od jej następcy i od niemieckiej szefowej Komisji będzie zależało, jaki dalszy kurs wobec Polski przyjmą unijne instytucje w związku z łamaniem praworządności.

Powiedzmy to sobie jasno – Wielki Strateg uzyskał efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego: osłabił Polskę zarówno wobec Rosji, jak i wobec Niemiec.

Amerykanie oczywiście nie porzucą Polski. Nie wycofają symbolicznych sił, ale sprawy polskie będą dla nowej administracji marginalne. Europejski outsider, taki jak Polska, nie jest Bidenowi i jego profesjonalnej i doświadczonej ekipie potrzebny do nowego otwarcia w Europie. Jeżeli już, to Polska może się spodziewać upomnień w sprawie demokracji, praworządności i wolności mediów.

Zła strategia, te same rezultaty

Dobry polityk i przywódca w tych okolicznościach zrobiłby to, co dyktuje interes państwa i obywateli – zmienił strategię, która nie przynosi efektów. Widzimy, jak robią to premierzy Indii, Wielkiej Brytanii czy Izraela, politycy którzy też stawiali na reelekcję Trumpa, choć w mniej ostentacyjny sposób niż polskie władze. Każdy z tych przywódców natychmiast znalazł temat, który dla ekipy Bidena mógł być atrakcyjny: klimat, pokój na Bliskim Wschodzie, wzmocnienie ładu demokratycznego na świecie. Premier Indii Narendra Modi obrócił na korzyść swojego kraju indyjskie korzenie nowej wiceprezydent Kamali Harris. A u nas? Były minister spraw zagranicznych i rzecznik swojej partii w sprawach międzynarodowych oświadcza, że Polska „daje jej szansę”, żeby się wykazała. Ręce opadają.

A przecież mogło być inaczej. Wyobraźmy sobie, ze prezydent Polski gratuluje Bidenowi kiedy i jak trzeba, że premier zapowiada kompromis z opozycją i instytucjami europejskimi w sprawie sądownictwa, a Orlen rezygnuje z zakupu wolnych mediów. Telewizja publiczna przestaje być rządową szczujnią na opozycję. Wszystko to opakowuje się w pakiet „moderacja i nowe otwarcie”, a uśmiechnięty premier Morawiecki z komisarzami UE na wspólnej konferencji ogłasza zakończenie dochodzeń unijnych wobec Polski.

Prezes Kaczyński należy jednak do innego typu liderów. Jak to sam kiedyś przez pomyłkę powiedział, nigdy nie pozwala, żeby białe było białe, a czarne – czarne. Raz obranej strategii nie zmienia, dopóki nie zderzy się ze ścianą lub nie utraci władzy. Przerabialiśmy to już nie raz i przerabiamy teraz. Dlatego niestety na końcu tej tęczy nie ma garnka ze złotymi monetami. Nawet jeżeli za dwa lata obecne rządy się zakończą (co wcale nie jest przesądzone), to w wielu obszarach, także polityki zagranicznej, następcy zastaną zgliszcza i katalog utraconych szans. Do tego czasu świat się pewnie trochę ułoży na nowo, ale z Polską w roli widza, a nie aktora.

 


Adam Jasser – konsultant i analityk. Były minister w KPRM w latach 2010-2014, Sekretarz Rady Gospodarczej przy Premierze, obecnie gospodarz podcastu o sprawach międzynarodowych w TOK FM, a dawniej Szef Redakcji Agencji Reutera w Europie Centralnej.

 

[1]Marcin Piatkowski, Europe’s Growth Champion: Insights from the Economic Rise of Poland, Oxford University Press

fot. z Unsplash, Max Letek

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa