Orbán – prototyp Łukaszenki?

Retoryka premiera Węgier jest bardzo zbliżona do narracji Putina i jego ideologów, a jego polityka zagraniczna zaczyna przypominać politykę innego postsowieckiego autokraty – Aleksandra Łukaszenki.


Viktor Orbán wywołał medialny skandal swoim ostatnim wystąpieniem, w którym stwierdził, że Węgrzy nie chcą stać się „rasą mieszaną”. Reakcja międzynarodowa jest zrozumiała, ale przemówienie nie zawierało niczego, czego premier Węgier nie mówił od wielu lat. Orbán od dawna stylizuje się na ideologa „nieliberalizmu”. Jednak jego talent retoryczny jest tylko instrumentem strategii przetrwania politycznego, która w dużej mierze opiera się na oportunizmie typowym dla postsowieckich autokratów.

Najciekawsza część przemówienia dotyczy tego, jak wojna w Ukrainie zbliżyła Węgry, państwo członkowskie UE, do postsowieckich reżimów i ich oportunistycznej „wielowektorowości”.

Fascynująco nudne przemówienie

Coroczne przemówienia Orbána w Tusnádfürdő tradycyjnie pełnią rolę programową. To wydarzenie, podczas którego często wypowiada swoje nowe ideologiczne przesłanie. Tak było np. w 2014 roku, kiedy wykorzystał letni obóz do ogłoszenia nadejścia „nieliberalnej demokracji”.

Tym razem fascynujące w przemówieniu Orbána było to, że… nie było w nim nic ciekawego. Nie wprowadziło ono żadnej nowej substancji ideologicznej i zawierało mieszankę standardowych „orbanizmów”, które znamy aż za dobrze z jego poprzednich wystąpień.

Można spekulować, czy kontrowersyjne słowo „rasa” (węg. faj) było celową prowokacją, czy tylko wynikiem niedocenienia przez Orbána i jego tłumaczy stopnia, w jakim angielski przekład wywoła szczególnie przykre skojarzenia. Najwyraźniej konotacje tego słowa w języku węgierskim mogą być również nieco inne w porównaniu z angielskim słowem „race”.

Nowe–stare przesłanie

Orbán już wcześniej wyrażał te same idee, używając innego języka. Wielokrotnie twierdził, że „cywilizacje” lub „kultury” nie powinny być mieszane, a z wielokulturowości nie może wyniknąć nic dobrego.

W tym przypadku oburzenie zagranicznych mediów świadczy o rozdźwięku między tymi, którzy mieli czas, by uważnie śledzić rozwój ideologii premiera Węgier, a międzynarodową opinią publiczną.

To, co można nazwać „orbanizmem” lub „nieliberalizmem”, jest ideologią nabierającą rozpędu w Europie, która współbrzmi z autentycznymi przekonaniami wielu osób. Jednak eksperci skłonni są postrzegać samego Orbána jako cynicznego ideologicznego kameleona, a nie prawdziwego wyznawcę katalogu określonych wartości politycznych.

W tej kwestii bywa przeciwstawiany swojemu – podobno już byłemu – przyjacielowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Zręczne manipulacje retoryczne Orbána służą zachowaniu władzy i zaspokojeniu apetytów tzw. postkomunistycznego państwa mafijnego, czyli skorumpowanej symbiozy lojalnych oligarchów, partii rządzącej i przejętych struktur państwowych.

Nauka z przestrzeni postsowieckiej

Inną cechą orbánizmu, która jest często pomijana, jest to, że jego idee nie są oryginalne, pomimo znacznego talentu retorycznego węgierskiego premiera. Większość tego, co mówi o Zachodzie, „liberalizmie” czy „tradycyjnych wartościach”, jest zapożyczona z arsenału putinowskiej Rosji.

Badacze udowodnili ideologiczne pokrewieństwa między putinizmem a orbánizmem oraz między rosyjskimi i węgierskimi traumami tożsamościowymi, które te reżimy wykorzystują. W szczególności użycie przez Orbána pojęcia „nieliberalnej demokracji” zostało wykorzystane do usprawiedliwienia autorytarnego odwrotu w taki sam sposób, w jaki ideolodzy Putina wcześniej tłumaczyli, że Rosja ma swoją własną, odrębną lub „suwerenną” demokrację.

Mieszkańcy Europy Środkowej, często nie chcą być porównywani lub umieszczani w jednym worku z przestrzenią zwaną Europą Wschodnią, twierdząc, że ich różnią się od społeczeństw byłych republik radzieckich.

Trzeba jednak przyznać, że przynajmniej niektóre współczesne środkowoeuropejskie reżimy polityczne pod wieloma istotnymi względami naśladują postsowieckie autokracje. Nie ma więc możliwości, by obserwator Węgier znający politykę postsowiecką nie doznał momentami déja vu.

Ostatnia dyktatura Europy

Oczywiście Węgier Orbána i Białorusi Łukaszenki nie można porównywać pod względem ich wewnętrznych reżimów, pochodzenia i stopnia represyjności. W latach 1995–1996 na Białorusi nastąpiło gwałtowne wykorzenienie porządku konstytucyjnego. Żadna ilość zachodniej hipokryzji nie wystarczyłaby, aby przeoczyć tak brutalne autorytarne przejęcie władzy wewnątrz Unii.

Podobnie jak w Rosji, podważanie węgierskiego procesu demokratycznego następowało stopniowo i gdybyśmy mieli porównać reżimy polityczne, Węgry byłyby teraz prawdopodobnie tam, gdzie Rosja około 2004 roku. Mówienie o demokracji za pomocą przymiotników „suwerenna” lub „nieliberalna” odgrywało rolę ideologicznej zasłony dymnej.

Dyktator Białorusi służy Orbánowi za prototyp w zupełnie inny sposób. Reżim Łukaszenki szybko zyskał przydomek „ostatniej dyktatury Europy”. W dłuższej perspektywie okazał się jednak zaskakująco elastyczny i adaptacyjny, zwłaszcza w zakresie polityki zagranicznej.

Mimo zapisanej w konstytucji neutralności kraju, Łukaszenka utrzymywał ścisły sojusz wojskowy z Rosją, obejmujący m.in. regularne wspólne ćwiczenia oraz członkostwo Białorusi w rosyjskiej Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (CSTO).

Po wzroście asertywności Moskwy, czego dowodem była wojna pięciodniowa z Gruzją w 2008 roku, Białoruś przystąpiła do Partnerstwa Wschodniego UE. Łukaszenka powstrzymał się jednak od osobistego udziału w szczytach PW, aby nie antagonizować zbytnio Moskwy. Białoruś jednak do dziś nie uznała niepodległości oderwanych od Gruzji prowincji.

W 2014 roku, po aneksji Krymu i wojnie w Donbasie, pomimo bycia militarnym sojusznikiem Rosji, Łukaszenka zdołał „wystylizować się” na stronę neutralną, zapewniając platformę dla formatu normandzkiego i porozumień mińskich.

Geopolityczny balans Łukaszenki często polegał na łączeniu tego, co było pozornie nie do połączenia. W oficjalnym żargonie postsowieckiej polityki zagranicznej takie nawyki określano mianem „wielowektorowej polityki zagranicznej”, ale w praktyce było to zwykle wymyślne określenie oportunizmu sytuacyjnego. Wiązało się to z dużą dozą cynizmu, szantażu i pustych obietnic.

Pozostając bliskim sojusznikiem militarnym Rosji, Łukaszenka jednocześnie szantażował Moskwę zbliżeniem z UE i szantażował UE dalszą wojskową i polityczną integracją z Rosją, czyniąc kartę przetargową z nieuznawania „korekt” dokonanych przez Rosję na mapie postsowieckiej.

Przed wojną w Ukrainie udało mu się również uniknąć na stałe znaczącej rosyjskiej obecności wojskowej na Białorusi – np. rosyjskich baz wojskowych.

Akt równowagi

Orbán wydaje się iść w ślady Łukaszenki, ale nie pod względem wewnętrznego reżimu politycznego, gdyż członkostwo w UE zmusza środkowoeuropejskich niedoszłych autokratów do zachowania pewnego podstawowego politycznego decorum. Węgry o wiele bardziej zdają się cynicznie balansować, łącząc pozornie niemożliwe do pogodzenia elementy i oportunistycznie wykorzystywać słabości i luki, jakie stwarza dana sytuacja.

I tak Węgry podtrzymały unijny reżim sankcji wobec Rosji od czasu aneksji Krymu. Jednocześnie Orbán konsekwentnie krytykował politykę sankcji, które jego zdaniem przynoszą więcej szkody niż pożytku, i wykluczał embargo na ropę.

Budapeszt oficjalnie potępił inwazję z 2022 roku, ale odmówił udostępnienia swojego terytorium do tranzytu broni na Ukrainę. Jednocześnie, w ostrym kontraście do swojego wcześniejszego stanowiska w sprawie migracji z Bliskiego Wschodu, Węgry przyjęły setki tysięcy ukraińskich uchodźców.

Budapeszt poparł również członkostwo Ukrainy w UE, zarówno przed, jak i po rozpoczęciu wojny. Zauważmy, że jest to sprzeczne z wizją Kremla, który chciał, aby Ukraina była częścią jego Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej.

To niejednoznaczne stanowisko odzwierciedla również bardziej ogólny paradoks węgierskiej polityki zagranicznej, która łączy eurosceptyczną retorykę i lżenie „brukselizmu” z postawą pro-rozszerzeniową i odrzuceniem „twardego eurosceptycyzmu”.

W 2016 roku, w przeddzień referendum w sprawie Brexitu, Orbán wykorzystał łamy „Daily Mail”, by zwrócić się do obywateli Wielkiej Brytanii, błagając ich o głosowanie na „remain”. Czasami wydaje się, że Węgry jednocześnie chcą być w UE i przeciwko niej.

Podręcznik oportunizmu

Niektórzy mogliby słusznie wskazać, że ta węgierska dwuznaczność jest długoterminowym trendem. Węgierska doktryna „wschodniego otwarcia”, mająca na celu nawiązanie bliższych więzi z dyktaturami ze względu na ich rolę gospodarczą, istnieje od kilku lat. Węgry od dawna były identyfikowane jako koń trojański Rosji w UE z powodu bliskich relacji, jakie Orbán wypracował z Moskwą.

Wojna w 2022 roku nadała temu nowy impet, zmieniając okoliczności geopolityczne w regionie. Wydaje się, że „wielowektorowe” dni Łukaszenki dobiegły końca, przynajmniej na razie. Stało się tak wraz z wykorzystaniem przez armię rosyjską terytorium Białorusi do ataku na Ukrainę. Zachód nie wydaje się już postrzegać go jako niezależnego gracza geopolitycznego. Orbán, przeciwnie, radzi sobie znacznie lepiej.

Jego partia odniosła zwycięstwo w wyborach, które OBWE określiła jako wolne, ale nieuczciwe i „podważone brakiem równych szans”. Tym razem partia rządząca skapitalizowała naturalny strach wyborców przed wojną, używając neutralistycznej retoryki trzymania Węgier z dala od konfliktów zbrojnych.

Wewnętrzna konsolidacja polityczna Orbána otwiera możliwości kontynuowania oportunistycznego balansowania, stając się w pewnym sensie unijnym Łukaszenką. Konsolidacja ta nie oznacza stworzenia tego samego typu reżimu, ale raczej zajęcie tej samej dwuznacznej pozycji geopolitycznej oraz prowadzenie podobnej polityki zagranicznej.

Ten modus vivendi polega na przyjaźni ze wszystkimi i z nikim, byciu sojusznikiem i neutralnym jednocześnie, rozgrywaniu różnych stron przeciwko sobie, szantażowaniu i wykorzystywaniu ich słabości i zależności. Dla Orbána są to słabości i zależności istniejące wewnątrz Unii.

Nie dość, że UE ma ograniczone instrumenty do panowania nad „nieliberalnymi” rządami, to Fidesz przez długi czas korzystał z członkostwa w Europejskiej Partii Ludowej, której przywódcy mogli liczyć na węgierskie głosy w Parlamencie Europejskim w zamian za ochronę polityczną, jaką zapewniało członkostwo.

Oportunistyczne balansowanie nie pozostawia wiele miejsca na zachowania ideologiczne czy prawdziwe przekonania polityczne. Przez lata reżim Łukaszenki nie zdołał sformułować spójnej ideologii. Orbán reklamuje „nieliberalizm” jako alternatywę dla liberalnej demokracji i „globalizmu”, ale jego imponujące zdolności retoryczne i talent do ideologicznej zmiany kształtu są kluczowe dla przetrwania reżimu.

Oportunistyczne balansowanie wymaga również sporego talentu do politycznej manipulacji, którego nie brakuje ani Orbánowi, ani Łukaszence. Często opiera się ona na taktyce składania pustych obietnic, dwulicowości i wycofywania się z istniejących zobowiązań.

W ten sposób Łukaszenka przez dziesięciolecia karmił Moskwę pustymi obietnicami bliższej integracji politycznej i gospodarczej. Obiecał też Ukraińcom, że nigdy nie zostaną zaatakowani z terytorium Białorusi.

Nowa szara strefa?

Po kryzysie reżimu w 2020 roku Łukaszenka wydaje się być skończony ze swoją „wielowektorowością”, ponieważ przetrwanie jego reżimu zależy w dużej mierze od Moskwy, a Zachód nie chce z nim rozmawiać. Z kolei Orbán nie wykazuje oznak osłabienia wewnętrznego i prawdopodobnie utrzyma swój impet w najbliższych latach.

Na początku poprzedniej dekady modne było omawianie wspólnego sąsiedztwa UE i Rosji jako pewnej szarej strefy, w której państwa „pomiędzy” mogą prowadzić swoje „neotitowskie gry”, wykorzystując „regionalną rywalizację” między Moskwą a Brukselą. Dekadę później ta przestrzeń do balansowania wyraźnie się skurczyła.

Wydaje się jednak, że właśnie powstaje nowa szara strefa – tym razem wewnątrz Unii Europejskiej – ponieważ polityka zagraniczna niektórych państw członkowskich zaczyna przypominać postsowieckie reżimy w sąsiedztwie UE.

Artykuł powstał w ramach programu współpracy głównych tytułów prasowych w Europie Środkowej prowadzonego przez Visegrad Insight w Fundacji Res Publica.

Fot. prezydent.gov.by / Rozmowy z premierem Węgier Viktorem Orbanem.

Aliaksei Kazharski – stypendysta Visegrad Insight. Pracownik naukowy Instytutu Studiów Europejskich i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie oraz wykładowca na Wydziale Studiów nad Bezpieczeństwem Uniwersytetu Karola w Pradze.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa