Odlot liberałów

W 2010 r. monopol dwóch partii popękał. Zastanawiające, jak bardzo pęknięcia te są symetryczne. Czy jest to przypadek, czy raczej zamysł politycznych strategów – pozostaje zagadką. Najciekawsze jednak, czy manewry te doprowadzą do przetasowania, czy […]


W 2010 r. monopol dwóch partii popękał. Zastanawiające, jak bardzo pęknięcia te są symetryczne. Czy jest to przypadek, czy raczej zamysł politycznych strategów – pozostaje zagadką. Najciekawsze jednak, czy manewry te doprowadzą do przetasowania, czy raczej doprowadzą do tym większego zacementowania istniejącego układu.

PiS i PO zostały przemyślnie zaprojektowane jako wieloskrzydłowe partie wodzowskie. Wodzowie rządzą, sprawując niepodzielną kontrolę nad finansami oraz utrzymując delikatną równowagę pomiędzy skrzydłami, okresowo pozbywając się wyrazistych postaci. Stan taki utrzymywał się długo, jednak konflikt tych partii miał bardzo wyraziste konsekwencje. PiS, starając się zabezpieczyć prawą flankę, radykalizował swoje stanowisko. W tym samym czasie PO walczyło o bardziej umiarkowany elektorat PiS, dociskając go do prawej bandy. Zachowanie Jarosława Kaczyńskiego podczas kampanii prezydenckiej stanowiło tylko drobne interludium w tym powolnym, ale wyraźnym dryfie obu partii w kierunkach konserwatywnych. Nawet uznawany za zdecydowanego liberała Jan Krzysztof Bielecki zaczął głosić poglądy za zwiększeniem roli państwa w gospodarce. Jeśli praca w państwowym banku może tak zmienić człowieka, musimy zacząć jeszcze surowiej przyjrzeć się wpływowi sektora publicznego na rozwój gospodarczy kraju.

Przyjmowanie coraz to bardziej konserwatywnych stanowisk w obu partiach nieuchronnie musiało wpływać na osłabienia ich liberalnych skrzydeł. To zaś wywołało napięcia, a ostatecznie – pęknięcia w ugrupowaniach. Najpierw Janusz Palikot odszedł z PO, zakładając ugrupowanie mające być światopoglądowo bardziej liberalne niż SLD. Zaledwie kilka miesięcy później Joanna Kluzik-Rostkowska założyła stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza. W ten sposób liberalne skrzydło PiS przestało istnieć. Liberałowie odlecieli, by założyć własne gniazda, bo ich istnienie i pozycja w radykalizujących się partiach były niepewne.

Zbieżność w czasie momentów, w których pęknięcia zamieniły się w odłamy, jest jednak zastanawiająca. PO miało być partią liberalną, ale w ocenie polityków liberalizm słabo się dziś sprzedaje. Może zatem warto wpuścić w te rejony “swojego człowieka”, który przejmie liberalny elektorat, który jest coraz bardziej rozczarowany PO, a może nawet uszczknie nieco z poparcia SLD. Takim człowiekiem mógłby być Janusz Palikot. Historia o tajemnym porozumieniu Tuska i Palikota unosi się nad formacją lubelskiego polityka od początku. Serdecznie nienawidzący go politycy PiS z lubością powtarzają, że Ruch Poparcia to tylko przybudówka PO. Słabością PiS jest brak zdolności koalicyjnej. Jedynie PSL potencjalnie, i to przy sporych zastrzeżeniach, mógłby stać się partnerem PiS. Jednak przy obecnym rozkładzie sił jest to dalece niewystarczające do przejęcia władzy. PiS potrzebuje koalicjanta, a zatem musi go sobie stworzyć. Skoro i tak partia traci umiarkowanych wyborców, to może warto zaproponować “PiS light”. Bardziej wyważony, mniej narodowy i sprawiający wrażenie kompetencji. Taki twór mógłby dać skuteczny odpór PO w centrum sceny politycznej, a jednocześnie pozostawić PiS wolną rękę w zagospodarowaniu prawej strony. Przy właściwym rozegraniu tej sytuacji zapewnić możliwa byłaby sytuacja, że PiS i PiS light zdobyliby wystarczająca ilość mandatów by przejąć władzę. Jest to jedyna szansa Jarosława Kaczyńskiego na powrót do steru rządów i uratowaniu partii, która na chwilę obecną nie jest w stanie rządzić nawet w samorządach. Zniechęceni brakiem stanowisk działacze nie będą czekać w nieskończoność.

Czy możliwe jest zatem, że obie secesje powstały w głowach partyjnych strategów? Wydaje się to nie tylko możliwe, ale wręcz bardzo prawdopodobne. Cień tych podejrzeń kładzie się na obu formacjach, poważnie podważając ich wiarygodność. Po co głosować na falsyfikat, stworzony tylko w celu mamienia wyborcy? To zagrożenie dla obu formacji wywołać musi zdecydowane kroki usiłujące przekonać wyborcę, że projekty te traktowane są poważne. Podstawą obu tych ruchów staje się zatem nie program czy idea, ale akcentowanie własnej odrębności. Komentarze Janusza Palikota w stosunku do swojego wielkiego stronnika Bronisława Komorowskiego zadziwiać muszą wszystkich. Wydawać by się mogło, że nawet Lech Kaczyński nie był atakowany przez niego tak zawzięcie. Ocena rządów PO i Donalda Tuska nie jest zresztą lepsza. Ceną za odróżnienie się od PO jest, przynajmniej werbalna, antagonizacja. Co ciekawe – PO te ataki ani ziębią, ani grzeją.

Dużo krótsza historia ruchu PJN sugeruje podobny scenariusz. Sprawa kontaktów Poncyliusza z Palikotem jest pretekstem do ostatecznego zerwania stosunków. Prezes PiS daje wyraz swemu zdegustowaniu często i dobitnie. Z drugiej strony – odpowiedzi od PJN próżno oczekiwać. Symetria zostaje zachowana.

Czy jest prawdopodobnym, by niemal identyczne scenariusze przytrafiły się dwóm głównym partiom w Polsce, niemal w tym samym momencie? Statystyka podpowiada, że może zdarzyć się niemal wszystko – jednak co do przypadkowości pewnych wydarzeń powinniśmy pozostać sceptyczni. Pozostaje jednak pytanie, czy te dwa nowe twory mają szansę na przetrwanie, a potem sukces? Czy może się zdarzyć, że przerosną swoich protoplastów i zapewnią sobie dominację w życiu publicznym? Dziś niewiele na to wskazuje – niemal wszyscy wróżą obu inicjatywom rychły upadek. Zapewne wynika to także z tego, że, skupiając się na akcentowaniu swej odrębności, obie formacje zupełnie zapominają o określeniu swojego programu, albo chociaż ogólnego kierunku ideowego. Znaczyłoby to, że w przypadku ich sukcesu miałką różnicę pomiędzy PO a PiS zamienilibyśmy na tyle samo wartą różnicę pomiędzy RPP a PJN.

Zmęczenie zacementowanym układem jest spore, ale kierunki, z których mógłby nadejść powiew świeżości najwyraźniej wyczerpały się. Ciekawe i wybijające się postaci największych partii ujawniły swoją przeciętność, gdy musiały wziąć na swoje barki ciężar stworzenia pozytywnego programu. Wybitni samorządowcy rozważnie postanowili pozostać przy władzy lokalnej, najwyraźniej rozsmakowując się w realnym kształtowaniu rzeczywistości.

A skoro mamy Nowy Rok – to powinniśmy sobie życzyć przede wszystkim pojawienia się nie kolejnej miałkiej alternatywy na scenie politycznej, ale nowego ośrodka mogącego przynieść nową jakość merytorycznej dyskusji nad problemami naszego kraju.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa