Obrona swobód obywatelskich czy polowanie na „target”? Wokół Obiegów Kultury

W zeszłym tygodniu Grzegorz Młynarski przybliżył wyniki badania nieformalnego obiegu kultury. Tym razem Michał Bilewicz przygląda się bliżej statystyce i polemizuje z główną myślą tekstów publicystycznych, które pojawiły się w polskiej prasie tuż po publikacji […]


W zeszłym tygodniu Grzegorz Młynarski przybliżył wyniki badania nieformalnego obiegu kultury. Tym razem Michał Bilewicz przygląda się bliżej statystyce i polemizuje z główną myślą tekstów publicystycznych, które pojawiły się w polskiej prasie tuż po publikacji raportu.

„Osoby najintensywniej uczestniczące w nieformalnych obiegach treści, tj. internauci ściągający pliki, są największym segmentem wśród kupujących”, napisał przed tygodniem w Res Publice online Grzegorz Młynarski, podsumowując wyniki raportu „Obiegi Kultury”. Tym artykułem Res Publica dołączyła do licznych mediów w Polsce, które przy okazji protestów o ACTA nagłośniły wyniki tych badań.

Obserwacja, że osoby ściągające z sieci muzykę czy filmy stanowią najliczniejszy segment nabywców dóbr kultury jest tyleż banalna, co myląca. Wnioskowanie na tej podstawie, że piraci wydają więcej na kulturę to tak jakby twierdzić, że Chińczycy posiadają więcej dzieci niż Polacy (bo – istotnie – stanowią oni większy „segment” w ogólnej liczbie osób posiadających dzieci na świecie). W naukach społecznych błąd ten nazywany jest base-rate fallacy. Poza błędnością statystyczną takiego rozumowania – warto zauważyć też, że jest ono podyktowane potrzebami koncernów i ich zysku. Ma ono przedstawiać koncernom piratów jako najlepszych konsumentów dóbr kultury. „Polubcie protestujących przeciw ACTA, bo oni dadzą Wam zarobić!”. Czy naprawdę o to chodziło w protestach?

(CC BY 3.0) Michał Szota

Sam jestem uczestnikiem nieformalnego obiegu kultury i wiedzy. Zdarza mi się publikować naukowe artykuły w czasopismach open-access (nawet kosztem gorszych ocen takiej działalności ze strony naszego Ministerstwa Nauki), chętnie korzystam z udostępnianych na YouTubie utworów, których status legalny jest zwykle dyskusyjny. Dlaczego miałoby to jednak wpływać na moje zachowania konsumenckie? Czy gdybym powstrzymał się od oglądania starych polskich filmów za pomocą streamingu, to mniej chętnie chodziłbym do kina? To przecież wysoce nieoczywiste.

Właśnie ta obserwacja skłoniła mnie do przeprowadzenia kilku prostych analiz statystycznych na danych dołączonych do raportu. Ku mojemu zaskoczeniu, te analizy danych nie wykazały jakichkolwiek istotnych różnic pomiędzy osobami ściągającymi filmy i nieściągającymi filmów we wskaźnikach uczestnictwa w „legalnym” obiegu filmowym, podobnie jak nie było różnic w zakupach muzyki pomiędzy piratami i nie-piratami muzycznymi (zainteresowanych czytelników odsyłam do przykładowych wykresów średnich i odchyleń standardowych). Wszystko to w zasadzie jest zgodne z przesłaniem raportu – ściąganie nie czyni nas gorszymi nabywcami kultury. Wśród użytkowników internetu piraci i nie-piraci niczym się nie różnią.

Nie ma też istotnej korelacji pomiędzy liczbą ściągniętych filmów – a częstotliwością chodzenia do kina czy jeżdżenia na festiwale. Znaczy to zatem tyle, że częstsze ściąganie wcale nie czyni nas automatycznie kinomanami. Nie zmienia to jednak faktu, że prosta penalizacja oglądania filmów w sieci, którą koncerny chcą narzucić poprzez różne umowy typu SOPA, ACTA, czy też prawodawstwo na poziomie poszczególnych państw, z pewnością ograniczy dostęp do filmów tych osób, które nie zawsze stać na pójście do kina. To, czy są oni szczególnie częstymi nabywcami kultury – jak mylnie twierdzą liczni publicyści omawiający raport – nie ma najmniejszego znaczenia wobec niesprawiedliwości w nierównym dostępie do legalnej kultury. Bezrobotny internauta burzy idylliczny obraz wyłaniający się z „Obiegów Kultury” – za co miałby on kupować książki, chodzić do kina czy jeździć na festiwale?

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

2 komentarze “Obrona swobód obywatelskich czy polowanie na „target”? Wokół Obiegów Kultury”

Skomentuj

Res Publica Nowa