Obłuda europejskiej polityki zagranicznej

29 listopada 2012 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło rezolucję 11317, która podnosi status Autonomii Palestyńskiej do rangi nieczłonkowskiego państwa obserwatora ONZ. Rezolucja jest nie tylko zwycięstwem politycznym prezydenta Mahmuda Abbasa, ale również dowodem, iż państwa […]


29 listopada 2012 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło rezolucję 11317, która podnosi status Autonomii Palestyńskiej do rangi nieczłonkowskiego państwa obserwatora ONZ. Rezolucja jest nie tylko zwycięstwem politycznym prezydenta Mahmuda Abbasa, ale również dowodem, iż państwa świata mają jasny stosunek do bieżącego stanu konfliktu bliskowschodniego. Tym samym dokonują trzeźwej oceny sytuacji, niekoniecznie w zgodzie z oczekiwaniami silnych tego świata.

(CC BY-NC-SA 2.0) beachbolgger42 / Flickr

A jakie wnioski z tego głosowania płyną dla części państw Unii Europejskiej, które na wzór Piłata wstrzymały się od głosu? Argumentacja ministra Radosława Sikorskiego, dlaczego Polska – tak samo jak Bułgaria, Rumunia, Litwa, Łotwa, Estonia, Niemcy, Holandią, Słowenia, Słowacja, Węgry oraz Wielka Brytania – wstrzymała się od głosu, wymaga głębszej refleksji. Szczególnie dlatego, że uzasadnienia, które usłyszeliśmy od przedstawicieli tych wszystkich państw, są do siebie uderzająco podobne.

Sedno argumentu sprowadza się do stwierdzenia, że wstrzymanie się od głosu jest oparte na założeniu, iż rozwiązanie konfliktu bliskowschodniego jest możliwe tylko na zasadzie tak zwanego rozwiązania dwupaństwowego, zakładającego dojście do powstania dwóch państw w procesie bezpośrednich, dwustronnych rozmów pokojowych między Izraelem i Palestyną. Natomiast rezolucja ZO ONZ w najmniejszym stopniu nie jest oparta na tym założeniu. Jednocześnie oświadczenia  europejskich ministrów spraw zagranicznych parokrotnie podkreślają popieranie wysiłków na rzecz pokojowego rozwiązania konfliktu i sympatii dla OBU stron. Niestety, łatwo tu dostrzec fundamentalną sprzeczność między retoryką i działaniem państw członkowskich Unii Europejskiej.

Pośród wszystkich państw UE, które wstrzymały się od głosu, w sposób najbardziej wyczerpujący swoje stanowisko obroniła Wielka Brytania. W myśl argumentów ministra Williama Hague’a przyczyną zajęcia stanowiska wstrzymującego się przez Londyn była fakt, że prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbas odmówił powrotu do rokowań dwustronnych bez warunków wstępnych. Drugim powodem była jego niechęć do zagwarantowania, że po uzyskaniu nowego statusu Autonomia nie zacznie składać skarg do Międzynarodowego Trybunału Karnego przeciw Izraelowi. To sprawa, która również może stać się przeszkodą w powrocie do rozmów pokojowych.

Brytyjczykom wtórują Niemcy i reszta, podkreślając, iż takie działania Autonomii Palestyńskiej mają wątpliwą skuteczność w chwili obecnej i tylko mogą doprowadzić do usztywnienia stanowisk Ramallahu i Tel Awiwu, co również oddala perspektywę powrotu do stołu rokowań. Łotysze wręcz jednoznacznie stwierdzają, iż palestyńskie działania są jałowe. Jak jeden mąż, wszystkie unijne państwa wstrzymujące się od głosu wzywają do rychłego powrotu do negocjacji bez warunków wstępnych.

Rzeczywiście, przeszkodą do wznowienia negocjacji są palestyńskie warunki wstępne, które sprowadzają się do zakończenia izraelskiej polityki osiedlenia, utworzenia państwa palestyńskiego w granicach sprzed wojny w 1967 r. oraz uwolnienie więźniów politycznych. Izrael natomiast domaga się powrotu do rozmów bez żadnych warunków wstępnych. Nasuwa się zatem pytanie, po której stronie są te państwa, które wstrzymały się od głosu?

Pośród państw UE tylko Czechy zajęły jednoznacznie negatywną pozycję wobec rezolucji, stając u boku Stanów Zjednoczonych i głosując przeciw, jednoznacznie stwierdzając, że z Izraelem łączą ich więzi sojusznicze. Czechom należy się uznanie za to, że chociaż światu może się to nie spodobać, przynajmniej wiadomo, czego po Pradze się spodziewać. Tym bardziej, że poza Czechami, Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Izraelem, przeciwko rezolucji 11317 głosowały jeszcze wyspy Marshalla, Palau, Mikronezja, Nauru oraz Panama. Należy przy tym zaznaczyć, iż również Czesi opowiadają się za powrotem do stołu rokowań, a zatem nie odbiegają od poglądów pozostałych państw UE.

Znamiennie, że Unia Europejska nie tylko nie była w stanie osiągnąć wspólnego stanowiska, ale jej poszczególne państwa członkowskie zaprezentowały wszystkie możliwe opcje podczas głosowania w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Satyryk mógłby zauważyć, że jest to najlepszy dowód na istnienie demokracji w Unii Europejskiej, ale rzeczywistość ukazuje po raz kolejny, jak daleko jest Bruksela od wspólnego stanowiska w istotnych sprawach międzynarodowych.

Wynik głosowania w ZO ONZ pozwoli Autonomii Palestyńskiej przystąpić do agend ONZ i instytucji międzynarodowych, w tym do wspomnianego MTK, oraz brać udział w debatach Zgromadzenia Ogólnego. Najważniejszy wydaje się jednak być wydźwięk polityczny. Głosowanie ukazało, po czyjej stronie są obecnie sympatie świata, a Autonomia Palestyńska zyskała bardzo potężny wyraz solidarności i wsparcia dla swojego dążenia do niepodległości. Wbrew realistycznym argumentom Izraela i części państw, które się wstrzymały, że głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym praktycznie niczego nie zmieni, wynik jest swojego rodzaju światowym referendum oceny sytuacji w konflikcie bliskowschodnim i ukazuje brak poparcia, jeśli nie potępienie izraelskiej polityki wobec narodu palestyńskiego. Zauważają to również w Izraelu, gdzie umiarkowana część społeczeństwa proponuje głębszą refleksję nad wynikiem głosowania w ZO. Niestety, dla rządu Benjamina Netanjahu i ministra spraw zagranicznych Awigdora Liebermana taktyka marginalizacji wyraźnego sygnału międzynarodowego i przykładne ukaranie Autonomii za bezczelność ponowienia próby zmiany swojego statusu jest jedyną odpowiedzią na potężną krytykę izraelskiej polityki wobec Palestyńczyków. Zbliżające się wybory w Izraelu wymagają stosownej retoryki w celu zaspokojenia własnego politycznego zaplecza, nawet jeśli dalekosiężnym skutkiem działań premiera Netanjahu będzie pogłębienie negatywnego stosunku do Izraela na świecie.

Wracając do kwestii wstrzymania się od głosu prawie połowy państw UE: rzeczywiście, brak stanowiska w tak istotnej kwestii można interpretować jako przejaw sympatii dla obu stron, ale czy na pewno o to chodzi? Konflikt palestyńsko-izraelski nie jest lokalną kłótnią między sympatycznymi sąsiadami, ale jednym z najbardziej długotrwałych, krwawych i rażących problemów międzynarodowych, który angażuje cały świat od końca lat czterdziestych XX wieku. Minister spraw zagranicznych Turcji nazwał go „krwawiącą raną na sumieniu ludzkości”. Jest on źródłem i katalizatorem większości współczesnych dylematów stosunków międzynarodowych, stanowi nieustanne źródło destabilizacji oraz przykładów terroryzmu, konfliktu religijnego i etnicznego, łamania praw człowieka, pogwałcenia zasad prawa międzynarodowego, destabilizacji regionalnej, arogancji państwa, kryzysu humanitarnego, wewnętrznej fragmentacji i upokorzenia organizacji międzynarodowych. Czy wobec takich dylematów można wstrzymać się od głosu?

Historia pokazuje, że niezajmowanie stanowiska w istotnych sprawach międzynarodowych nie tylko nie pomaga, ale wręcz szkodzi. Jeżeli w obecnej konfiguracji międzynarodowej źródłem utrzymania korzystnego dla Izraela status quo jest jednoznaczne wsparcie amerykańskiej administracji, to głosowanie na forum ZO ONZ było najlepszą okazją do wysłania jasnego sygnału dla Izraela, iż istniejący stan rzeczy nie może się dłużej utrzymywać. Jednak koniunkturalne państwa europejskie nie były w stanie zająć klarownego stanowiska, a pokrycie całego spektrum możliwości głosowania przez państwa UE obnaża brak wspólnego mianownika, który jest w stanie połączyć interesy narodowe we wspólną i przejrzystą pozycję Brukseli.

Niezależnie od źródeł i historii konfliktu bliskowschodniego, w chwili obecnej sytuacja jest wyjątkowo niekorzystna. Z jednej strony Izrael, bezwarunkowo wspierany przez Stany Zjednoczone, które nawet nie próbują pohamowywać agresywnej i dziecinnej retoryki premiera Benjamina Netanjahu, kontynuuje politykę faktów dokonanych przez budowę osiedli. Oddzielono Palestyńczyków murem, którego negatywny symbolizm przyćmiewa jego rzekomy wkład w polepszenie bezpieczeństwa Izraela. Polityka upokorzenia Palestyńczyków jest dodatkowo spotęgowana przez przepustki, pozwolenia na pracę, arbitralne stosowanie represji oraz pokazowe akcje odwetowe, które miały „nauczyć Palestyńczyków pokory”.

Z drugiej strony Palestyna jest podzielona między radykalnym Hamasem, który rządzi w Strefie Gazy, oraz prezydentem Mahmudem Abbasem, którego rzeczywiste wpływy są ograniczone do Zachodniego Brzegu. Źródłem społecznego poparcia dla Hamasu jest potężna frustracja wśród Palestyńczyków wynikająca z poniżającego traktowania i nieustannego upokarzania palestyńskich władz i narodu przez Izrael. Stąd, jak to przeważnie bywa, chęć zmiany rzeczywistości sprowadza się do sięgnięcia po jedyny dostępny arsenał wobec potężnego przeciwnika – aktów terroru. Oczywiście, dopóki będą one miały miejsce, Izrael zawsze będzie miał argument, że jest ofiarą, musi się bronić, a tym samym posiada moralne przyzwolenie na wszelkie działania represyjne, łącznie z polityką budowy osiedli na terenach okupowanych.

Konflikt w Bośni w latach 1992-1995 pokazał, że dopóki jedna ze stron posiada jednoznaczną przewagę nad drugą, nie ma szans na osiągnięcie jakiegokolwiek kompromisu. Żadne plany pokojowe i zaangażowanie społeczności międzynarodowej nie były w stanie przekonać walczących stron do zaakceptowania pokojowego rozwiązania. Dopiero zdecydowane zaangażowanie Stanów Zjednoczonych od końca 1993 r. doprowadziło do zmiany układu sił do takiego stopnia, aby każda ze stron widziała sens w zakończeniu działań wojennych. Natomiast najbardziej namacalna porażka społeczności międzynarodowej podczas wojny w Bośni i Hercegowinie polegała na tym, że przedłużające się próby łagodnego traktowania stron doprowadziły do praktycznego urzeczywistnienia polityki czystek etnicznych. Dowodem tego jest obecny podział wewnętrzny Bośni i Hercegowiny na Republikę Serbską i Federację Bośni i Hercegowiny.

W konflikcie izraelsko-palestyńskim, przynajmniej w kontekście nowej-starej administracji prezydenta Obamy,  nie można liczyć na zmianę nastawienia Waszyngtonu do konfliktu bliskowschodniego. Dlatego głosowanie w ZO ONZ zostaje jednym, jeśli nie jedynym, polem do symbolicznego, ale również aktywnego wyrażenia opinii na temat dramatu, który odbywa się na oczach całego świata. Gdy dochodzi do rażącego łamania wszelkich zasad, pasywna obserwacja zbrodni i niechęć do obarczenia winą żadnej ze stron jest najzwyczajniej obłudą. Większość świata stać było na zajęcie stanowiska. Natomiast, niestety, połowy narodowych państw Unii Europejskiej nie.

Nieustannie podkreślany argument przez media, iż zmiana statusu w ONZ pozwoli Autonomii Palestyńskiej kierować wnioski do Międzynarodowego Trybunału Karnego, jest tylko teoretycznie nowym; jest ważnym narzędziem prawnym i politycznym do potępienia działań Izraela podlegających pod jurysdykcję MTK. Należy jednak pamiętać, że ani Izrael, ani Stany Zjednoczone nie są państwami stronami Statutu Rzymskiego MTK i, niezależnie od interpretacji roli tego trybunału przez teoretyków, jego praktyczne oddziaływanie poza Afryką jest znikome. Trybunał może natomiast stanowić nowe źródło krytyki działań Izraela. I właśnie tego obawia się Tel Awiw.

Jakie są jednak rzekome szanse na powrót do rozmów pokojowych, które mają doprowadzić do powstania państwa palestyńskiego i zapewnienia bezpieczeństwa Izraelowi? Obecnie problemem jest kontynuacja izraelskiej polityki osadnictwa na terenach okupowanych, która prowadzi do stałej zmiany układu na terenach, ale przede wszystkim powoduje, iż coraz mniej prawdopodobne staje się utworzenie terytorialnie integralnej Palestyny. Chociaż Izrael jest świadom skutków swojej polityki dla bliskowschodniego procesu pokojowego, to rząd Benjamina Netanjahu nie ma najmniejszego zamiaru jej zaprzestania. Co więcej, w dzień po uchwaleniu rezolucji ogłoszono, że Izrael rozpocznie prace przygotowawcze pod budowę osiedli w szczególnie drażliwej części zwanej E1. Jest to rzekomy odwet za sukces palestyńskiego wniosku.

Obecnie ponownie oczy kierowane są w stronę Białego Domu, w nadziei, że Prezydent Barak Obama wywrze presję na obie strony, by powróciły do rokowań. Niestety, pierwsza kadencja prezydenta Obamy nie napawa optymizmem jeśli chodzi o determinację Waszyngtonu do wywierania nacisków na Izrael. Dramatyczna sytuacja w Syrii, która łatwo może rozlać się na Liban, niepewność co do przyszłości stosunków Stanów Zjednoczonych z Egiptem oraz irański program nuklearny mocno ograniczają pole manewru Białego Domu. Przy takiej koniunkturze międzynarodowej zajęcie bardziej zdecydowanej postawy przez prezydenta Obamę wobec Izraela w bliskiej przyszłości wydaje się nierealne. Tym samym, ZO ONZ zostało jedynym forum, na którym można było poczynić krok dążący do zmiany dramatycznej sytuacji na Bliskim Wschodzie. Niestety, w głosowaniu zabrakło zdecydowanej postawy Unii Europejskiej i jej państw członkowskich.

Po głosowaniu w ZO ONZ dla Izraela sygnał jest jednoznaczny. Świat nie godzi się na nieustanne łamanie zobowiązań międzynarodowych, niezależnie od uzasadnienia, które się za nimi kryje. I jeżeli, jak donosi Haarec, w Izraelu ten sygnał zmusza do pewnej refleksji nad własnymi działaniami, to dla europejskich państw, które wstrzymały się od głosu, również płynie jeden wniosek. To nie jest ich zasługa.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa