O nieczytaniu

Od końca lat czterdziestych ubiegłego wieku aż po rok 1989, który wielu czytelnikom kojarzyć się będzie przede wszystkim ze zniesieniem cenzury i końcem terroru czterech kresek [——], wybitne dzieła literackie, filozoficzne i naukowe wydawano niechętnie […]


Od końca lat czterdziestych ubiegłego wieku aż po rok 1989, który wielu czytelnikom kojarzyć się będzie przede wszystkim ze zniesieniem cenzury i końcem terroru czterech kresek [——], wybitne dzieła literackie, filozoficzne i naukowe wydawano niechętnie i bardzo selektywnie. Odnoszę wrażenie, że wciąż nieporadnie, na łapu-capu, staramy się nadrabiać te pięćdziesiąt lat komunistycznej posuchy. Lawina książek wartych uwagi, szczelnie wypełniających domowe półki, rośnie mniej więcej wprost proporcjonalnie do kryzysu alfabetyzacji i inflacji wykształcenia. Co innego jednak książki kupować albo kserować do egzaminu, a co innego je czytać. Dlatego współczesne społeczeństwo chciałbym podzielić wedle stosunku, jaki ma ono do książek. Po jednej stronie stoi więc czytająca mniejszość, czytająca stale, maniakalnie, bez przerwy, po drugiej – statystyczna większość, która książki do ręki nie bierze nigdy lub sięga po nią tylko wówczas, gdy decyduje się na jej zakup – tertium non datur. W takich warunkach łatwo dojdziemy do zgody, że pytanie: „Czytałeś może…” jest wobec pierwszej grupy osób tak samo mało delikatne i niestosowne, jak wobec drugiej – niecelowe. (A już na pewno pytanie: „Czy czytałeś moją ostatnią książkę?”, gdy większość naszych znajomych nie tylko książki czyta, ale także je pisze, graniczy, rzekłbym, z brakiem dobrego wychowania).

Wyrastałem w świecie, w którym nieznajomość pewnych tytułów kompromitowała, zaś nieczytanie książek po prostu wykluczało z „towarzystwa” (głównie z imprez, gdzie piło się z taką samą intensywnością, z jaką dyskutowało Materię i pamięć Bergsona). To jednak przeszłość. Dzisiaj poniekąd wszyscy – choć mniejszość z nas czyta na okrągło – „żyjemy” z nieczytania. Nie sposób przecież utrzymywać w dobrej wierze, że czyta się wszystko, jak leci – to niemożliwe. Przeciwnie: nieczytanie stało się koniecznością, normą, dobrym obyczajem. Jakoś zdawałem sobie sprawę z tego przesunięcia, lecz dopiero kapitalny esej Pierre’a Bayarda Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało1? uzmysłowił mi skalę nieczytania oraz co to dla nas znaczy.

Okazuje się, że istnieje wiele sposobów nieczytania książek. Poza najgłupszym z nich, sprowadzającym się do odmowy brania słowa pisanego do ręki, można nie czytać książek bardzo inteligentnie, czego przykładem jest bibliotekarz z powieści Roberta Musila Człowiek bez właściwości. Kładzie on nacisk na niezaglądanie do książek, jakie znajdują się pod jego pieczą. Ten bowiem, kto bierze poważnie treść książek, ich sens, „już jest zgubiony jako bibliotekarz”. Jeden z najczęściej spotykanych stereotypów dotyczących czytania książek głosi, że tylko ten może rozmawiać na ich temat, kto je przeczytał. Nic bardziej mylnego! Musilowski bibliotekarz nie dość, że nie przeczytał nigdy ani jednej książki, to nie wyobraża siebie życia bez nich oraz tego, że ktoś zna je lepiej niż on sam. Jego przeciwieństwem jest Gogolowski Pietrek, stangret Cziczikowa, który namiętnie czyta wszystko, co wpadnie mu w ręce, nie rozumiejąc wszakże sensu, nie łapiąc sedna choćby na poziomie pojedynczego zdania. O ile pierwszy z nich – doktor habilitowany bibliotekoznawstwa – delektuje się ciszą słów, o tyle Pietrka zachwyca dźwięk, jaki wydają książki, gdy czyta się je na głos – wszystko jedno, czy będą to zadania z chemii, czy Sonety do Laury. Bibliotekarz osiąga satysfakcję „poznawczą” z nieczytania, stangret czerpie z lektury wyłącznie przyjemność „estetyczną” – może nie bezpośrednio z książek, ale z tego, jak brzmią.

Dla rosyjskiego stangreta książki stanowią część rozśpiewanej natury, bibliotekarz widzi w nich pojedyncze elementy składające się na kulturę. Najważniejsza nie jest więc lektura książek, lecz dążenie do ogarnięcia całości, którą stanowią. Nie treść – zawsze przygodna, zmienna, partykularna – jest w nich istotna, ale relacja, jaką tworzą z innymi elementami całości. Same elementy, oderwane od całości, na którą się składają, nie znaczą nic. „Prawdziwa kultura – pisze Bayard – powinna być dążeniem do całkowitości i pełni, nie można jej sprowadzić do sumy poszczególnych przeczytanych książek. To dążenie z kolei zmienia perspektywę, z jakiej patrzymy na pojedynczą książkę – staramy się bowiem wznieść ponad jednostkowość i zwracać uwagę raczej na miejsce, które zajmuje w systemie relacji z innymi” (19). Wiemy już, że ogłada, kultura umysłowa, wewnętrzne zharmonizowanie nie zależą od ilości przeczytanych książek, od kolejnego „zaliczania” modnych tytułów z czołówek list bestsellerowych. Sprowadzają się do czegoś innego – powiada Bayard – mianowicie do orientacji w tym gigantycznym księgozbiorze, który mamy na wyciągnięcie ręki – czy to w postaci domowej biblioteki i setek nieprzeczytanych tytułów, czy w postaci biblioteki uniwersyteckiej, gdzie na lekturę zbiorów zeszłoby nam tysiąc lat. A zatem stosunek, jaki mamy do książek, musi być z konieczności wieloraki i niepodobna ograniczyć go do czynności czytania, która nie jest ani jedyna, ani tym bardziej wyróżniona. Do książki zagląda się jak do źródła – myśli, cytatu, rezerwuaru przyjemności. Książkę kartuje się, przegląda, skacze po indeksie, śledzi przypisy, głaszcze, ustawia w rzędzie, zmienia miejsce, dopasowuje wielkością, kolorem grzbietu, charakterem (BKF!). Książki sprzedaje się, kupuje, kradnie, obdarowuje nimi osoby bliskie lub wrogów. Na przykład, książka Andrzeja Żbikowskiego Żydzi (1997), wydana przez Wydawnictwo Dolnośląskie w serii „A to Polska właśnie”, funkcjonowała w świecie przestępczym jako zapowiedź krwawej dintojry (wydawca musiał zrobić dodruk). Wreszcie: przenosimy się razem z psem, dziećmi i naszymi książkami, co jest prawdziwą udręką tragarzy i prawdopodobnie ich jedynym kontaktem z dziełami zebranymi Hegla czy Husserla.

Nieczytanie książek jest błogosławieństwem wszędzie tam, gdzie sami chcemy cokolwiek napisać. Nadmiar bowiem przytłacza nie tylko robotników, juczne kobyły i wielbłądy – może okazać się płytą nagrobną dla naszej twórczości. Czytając innych, chcąc nie chcąc, ulegamy im. Grzęźniemy w cudzych aluzjach, domysłach, hipotezach, zamiast fabrykować i stawiać własne. Jeśli będziemy powtarzać sobie: „Nie przeczytałem tego, tego i jeszcze tamtego”, nigdy nie ruszymy z własną twórczością. Pisarstwo jest bowiem sztuką rezygnacji, opartą w tej samej mierze na wiedzy, co na sprytnie zamaskowanej niekompetencji i ignorancji. A także na twórczym zapomnieniu. Na czym ono polega?

Jadąc nie tak dawno autem z moim redakcyjnym kolegą Marcinem Rychterem, rozmawialiśmy o książce Pierre’a Bayarda. Marcin zwrócił mi wówczas uwagę na opowiadanie Patricka Süskinda Amnezja in litteris (1998, przekład MałgorzatyŁukasiewicz) traktujące o kłopotach, z jakimi jego bohater boryka się, gdy starą, dawno przeczytaną przez siebie książkę bierze za książkę nową. „Schorzenie” to związane jest z całkowitym zanikiem pamięci literackiej, ze stanem, w którym to, co już przeczytane, miesza się z tym, co dopiero zamierzamy przeczytać. Słuchałem tego z ciekawością. Można wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy odkryłem u siebie w domu tę samą książkę Süskinda, nie dość, że dawno przeze mnie przeczytaną, to jeszcze solidnie obnotowaną. Nic z niej nie pamiętałem! Dlaczego jednak takie zapomnienie miałoby być zapomnieniem twórczym? Zapominając książkę Süskinda, wypierając ją ze świadomości, zwolniłem tym sposobem – taka jest moja wersja – miejsce dla jakiejś innej książki, które zajęła – może tak być – właśnie książka Bayarda. Na szczęście symptomy mojej „choroby” okazały się na tyle powszechne, że przestałem się nimi przejmować. Bo oto Montaigne pisze: „(…) zdarzało mi się nieraz brać w rękę jakoby nowe i nieznane książki, które czytałem pilnie parę lat wprzódy i zabazgrałem przypiskami”. Oczywiście, można próbować udawać, że odszyfrowywanie poczynionych przed laty skrótów, lektura własnych zapisków, tych wszystkich zabawnych obelg, jakie z boku wypisujemy pod adresem autora, to próba odnalezienia siebie. Mnie to nie wychodzi – po prostu nie rozpoznaję się w moich dawnych bóstwach i fascynacjach, nie rozumiem stanu umysłu, w jaki wepchnęły mnie te niegdyś żywe, dziś kompletnie zapomniane, książki. Moje notatki są mi tak samo obce, jakby sporządziła je cudza ręka. Kto je pisał? Kim jestem? Kim byłem? Zagadka.

Nigdy nie zachowujemy w pamięci całych książek (to niemożliwe), lecz tylko ich sens, obrys, luźne fragmenty, najczęściej wymieszane z innymi książkami – z ich sensem i fragmentami. Co więcej, czytając „grubą” książkę, jej kolejne tomy, na przykład Człowieka bez właściwości, łapiemy się na tym, że już przy końcu tomu trzeciego nie pamiętamy, kim była Bonadea czy jakiemu hobby oddawał się generał von Stumm (scyzorykom). Zapomnienie wszakże – o czym nie pamiętamy – jest do czytania tak samo potrzebne, jak dobra pamięć czy okulary.

Przeciwieństwem niepewności i chwiejności mojej pamięci nie jest – jak przypuszczamy – wymóg pamiętania o drobnych i wielkich rzeczach, o tych wszystkich imionach, zabawnych zdarzeniach, wzruszających zachodach (względnie wschodach) słońca – o tej masie szczegółów, które słusznie idą w niepamięć. Jej przeciwieństwem jest imperatyw n i e – z a p om i n a n i a, o którym w ciekawy sposób pisze Giorgio Agamben.

Pomimo starań wszelkiej maści historyków, skrybów i archiwistów ogrom tego, co w historii społeczeństw i jednostek zostaje nieodwracalnie utracone, przewyższa nieskończenie sumę tego, co daje się zgromadzić i zachować w archiwach pamięci. W każdej chwili miara zapomnienia i ruiny, ontologiczny nadmiar, jaki w sobie nosimy, przerasta dalece naszą możność pamiętania i udaremnia wszelkie pobożne starania o zachowywanie wszystkiego w zbiorowej czy jednostkowej świadomości. Jednakże w bezkształtnym chaosie tego, co odeszło w niepamięć, nie panuje bezwład ani niemoc, przeciwnie, działa on w nas z niemniejszą siłą aniżeli masa świadomych wspomnień, aczkolwiek w innym trybie. To, co zapomniane, obdarzone jest bowiem mocą i możnością działania, których nie daje się oszacować w kategoriach świadomej pamięci ani zgromadzić w postaci wiedzy, zaś napór tego, co zapomniane, określa status każdej wiedzy i każdej świadomości. Tym, czego domaga się od nas to, co zatracone, nie jest bynajmniej pamiętanie czy upamiętnianie, ale pozostanie w nas i z nami w postaci tego, co zapomniane i zatracone, i wyłącznie z tej racji nie daje się tego zapomnieć. (…) Dlatego nie idzie o wybór między zapominaniem i pamiętaniem, nieświadomością a uświadomieniem; istotna jest jedynie zdolność dochowania wierności temu, co, choć nieustannie popada w zapomnienie, pozostać winno niezapomniane, co domaga się, by w pewien sposób z nami pozostać, być dla nas jeszcze w pewien sposób możliwe. (…) Jeśli temu wymogowi nie sprostamy, jeśli zarówno na płaszczyźnie zbiorowej, jak indywidualnej zaprzepaścimy wszelki związek z ogromem tego, co zapomniane, towarzyszącym nam niczym jakiś milczący golem, nawiedzi nas ono niechybnie pod niszczycielską i wynaturzoną postacią, powróci jako to, co wyparte, innymi słowy – pod postacią niemożliwości jako takiej2.

Rzeczy, imiona, dawne sytuacje zasypiają w nas, przemieniają się w czas zamarły; nasza usilność odbioru słabnie z wiekiem – wszystko to prawda. Nie zwalnia to nas jednak z obowiązku pamięci o rzeczach niezapomnianych, choć niepamiętanych, ponieważ „śmierć wtóra” tego, co już raz zginęło, sprowadzi na nas nieszczęście i wciągnie w obszar niemożliwości, w otchłań Lety, która nie ma brzegów.

Pozostaje sprawa przekładu własnych myśli na obcą mowę. To bardzo tajemniczy proces, w którym myśli te już zupełnie oddzielają się od nas samych, stając się myślami „niemożliwymi”, „nie do wymyślenia” (o ile nie należymy do stosunkowo rzadkiego gatunku istot dwu- i wielojęzycznych). Pół biedy, gdy jest to język całkiem nam obcy i nieznany („węgierski”), kiedy zapisane przez nas (i nie przez nas) zdania milczą jak zaklęte. Ale co zrobić, gdy nasze myśli zostają podane w języku, który jakoś rozumiemy, lecz mimo to nie jest to nasz własny, ojczysty język; jeśli mówią one nie tyle co innego, ile mówią to inaczej, na przykład krócej? Czy chcemy, aby czytano nas w ten sposób? Na szczęście mało kto zastanawia się nad tym. Jedynie ekscentrycy czytają książki, które sami napisali, ponieważ pisanie i czytanie – wbrew temu, o czym uczą w szkole – to przecież dwa zupełnie odrębne porządki.

W pewnym wieku przestaje się czytać książki. Dlatego powtarzam studentom, aby czytali je, ponieważ bardzo szybko (zaraz po studiach) przejdzie im na to ochota. Nie wierzą. Spodziewają się, że ciekawość i chłonność, przywileje młodego wieku, zachowają na zawsze. Tymczasem wraz z biegiem życia lektura książek daje coraz mniejszą satysfakcję. Po co w takim razie czyta się je nadal? Niekiedy dla pieniędzy (gdy ma się ten fart, że płacą za czytanie), trochę z przyzwyczajenia, a trochę dlatego, że jest się w tym stosunkowo dobrym – na pewno lepszym od tych, którzy dopiero uczą się rozpoznawać labirynt kultury.

Podsumujmy: na erudycję nie składa się ilość przeczytanych książek. Erudycja to zdolność poruszania się w kulturze oraz rozpoznanie własnych czytelniczych ograniczeń i możliwości. Zarówno książki przeczytane, jak te nieprzeczytane, zasilają jedną wspólną bibliotekę, którą można – ba, należy! – znać bez czytania. Przełamujemy więc opór książeknieczytanych w oparciu o to, co czytaliśmy. (Tak właśnie interpretuję tytaniczny zamysł Tadeusza Gadacza stworzenia opus magnum dla przyszłych pokoleń. Wszakże autor ten tym różni się od Musilowskiego bibliotekarza, że nie tylko zna książki bez czytania, ale także je pisze). Książka wyosobniona, wyjęta spośród wielu innych, pozbawiona kontekstu i związku z innymi książkami, to „rzecz sama w sobie”, książka niemożliwa, nieistniejąca. Ale o książce stanowią nie tylko inne książki. Nie bez znaczenia są tutaj reakcje zwykłych czytelników oraz czytelników nastawionych do książek a priori krytycznie (tak zwanych krytyków literackich), a także decyzje księgarzy (które książki eksponujemy, a które nie), wydawców, kierowników działów promocji i tak dalej. „One właśnie [opinie, krytyki, decyzje, wybory – P.N.] – jeśli wsłuchamy się w nie uważnie – otwierają przed nami książkę, nawet nie czytaną” (44).

Lekturze książek towarzyszy walka o uznanie rozgrywająca się w pokoju, do którego wstęp jest szerokiej publiczności wzbroniony. Tytuł sędziego, arbitra smaku i literackiej elegancji najczęściej uzurpują sobie osoby niemające bladego pojęcia o książkach i czytaniu. Twórczość literacka, filozofia istnieją dla nich po to, by mogły wystawić im stopień. Niemniej to one decydują, co warte jest czytania, co zaś jest szmirą, półproduktem, owocem wybujałych fantazji. Na przykład w większości przypadków prace naukowe oceniają drugorzędni profesorowie,którym protokolarny styl ich rozpraw uniemożliwił przebicie się do wysokonakładowej prasy czy uznanych pism branżowych. To oni, niby Wolterowski mizantrop, wymyślają kolejne komisje i podkomisje afiliowane przy centrach decyzyjnych i to oni w efekcie dzielą środki, wydając je na kolejne gnioty, którymi wypełniają potem teczki studentów. Okazuje się, że same książki, prace tylu wybitnych lub przynajmniej zdolnych twórców, mają relatywnie niewielkie znaczenie, ponieważ gdzieś z tyłu, za ich plecami, toczy się niejasna gra o prawo do wydawania autorytatywnego sądu na temat ich wartości. Przed urzędnikami nauki i kultury twórcę może obronić jedynie styl. W żadnym razie nie wolno mu wdawać się w polemiki z nimi, w szarpaninę, ponieważ efekt tej jatki z góry jest przesądzony – twórca dysponuje piórem, „oni” mają wpływy.

Na koniec powracam do wyjściowego pytania: czy są takie książki, których nieznajomość kompromituje? Owszem, ale zależy to od sytuacji. Wyobraźmy sobie grę, w której uczestniczy kilku graczy. Każdy z nich ma za zadanie pomyśleć o jakiejś powszechnie znanej książce, której nie czytał. Wygra ten, kto wymyśli taką książkę, którą zna większość, tylko nie on. Nie sądzę, że byłoby to dla mnie wielką ujmą, gdybym zatriumfował przy Kamizelce Prusa. Jeśli jednak zadałbym studentom do czytania Antropologię Kanta, następnie zagrał z nimi w tę grę i wygrał, nieznajomość tej lektury skompromitowałaby mnie tak samo, jak nieznajomość Hamleta skompromitowała pewnego profesora literatury angielskiej.

Więc przy trzeciej rundzie Sy prowadził poematem Hiawatha, a pan Swallow był drugą osobą, która tego nie czytała, gdy nagle Howard walnął pięścią w stół, podniósł się około sześciu stóp nad stołem i krzyknął:– Hamlet!Oczywiście wszyscy roześmialiśmy się, nie za bardzo, bo nie wydawało się to dowcipne. Howard przyznał, że widział film z Laurence’em Olivierem, ale upierał się, że nigdy nie czytał Hamleta. Oczywiście nikt w to nie uwierzył i to go rozzłościło jak diabli. Zapytał, czy uważamy, że kłamie, i Sy dał mu do zrozumienia, że tak. Na co Howard wściekł się i chciał uroczyście przysiąc, że nigdy nie czytał Hamleta. Sy przeprosił go przez zaciśnięte usta, że wątpiliśmy w jego słowa. W tym czasie wszyscy otrzeźwieli z zażenowania. Howard wyszedł, a reszta została jeszcze przez chwilę, udając, że nic się nie stało3.

Wynika z tego, że można znaleźć się w sytuacji, w której nieznajomość książki zawstydza, to znaczy, gdy ujawnione braki w wykształceniu są towarzysko nieakceptowalne. Winą książkowego profesora Howarda nie była zatem nieznajomość dzieła, które ma obowiązek znać każdy jego student; jego wina polega na tym, że dał się złapać.

Na przekór modzie współczesnej i światowym trendom uważam, że książki należy czytać, bo to fajne i pożyteczne zajęcie. Niektóre z nich można kartkować, ale nie filozofię, ponieważ w przypadku dzieł filozoficznych istnieje prawdopodobieństwo– graniczące z pewnością – że przeoczy się w ten sposób rzeczy istotniejsze od tych, na których skupiało się dotąd uwagę.

Bibliografia książek , o których była mowa w tekście:Bayard Pierre, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało? (książka przekartkowana)Bergson Henryk, Materja i pamięć (książka nieczytana)Gadacz Tadeusz, Historia filozofii XX wieku, tom I i II (książka nieczytana)Gogol Mikołaj, Martwe dusze (książka czytana dwukrotnie, zapomniana)Hegel Georg Wilhelm Friedrich, Gesammelte Werke (nieczytane)Hiawatha („mimo, czitatiel!”)Husserl Edmund, Gesammelte Werke (nieczytane)Kant Immanuel, Antropologia w ujęciu pragmatycznymLodge David, Zamiana (pierwsze słyszę)Montaigne Michel de, Próby (kartkowane)Musil Robert, Człowiek bez właściwości (książka przeczytana i w większości zapomniana)Petrarca Francesco, Sonety do Laury (nie czytałem)Prus Bolesław, Kamizelka (opowiadanie znane ze słyszenia, zapomniane)Shakespeare William, Hamlet (czytałem)Süskind Patrick, Trzy historie i jedno rozważanie (książka przeczytana i po raz drugi zapomniana)Żbikowski Andrzej, Żydzi (książka podarowana

1Pierre Bayard, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?, przełożyła Magdalena Kowalska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008. Cyfry w nawiasach to numery stron tej książki.

2Giorgio Agamben, Czas, który zostaje. Komentarz do Listu do Rzymian, przełożył Sławomir Królak, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2009, s. 54-55. Cytowany wyżej fragment książki, którą czytałem po angielsku (trans. Patricia Dailey, Stanford University Press 2005, s. 39-41), na długo utkwił mi w pamięci, następnie zapomniałem go aż do momentu, gdy wrócił do mnie po polsku (z niepozbawionym wdzięku ominięciem nazwiska Freuda w ostatnim zdaniu).

3David Lodge, Zamiana, przełożyła Maria Bilińska, cyt. za: Pierre Bayard, op. cit., s. 113.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa