Bułgaria. O antykomunistycznych protestach

Protesty w Bułgarii nie ustają. Choć - tak jak większość współczesnych manifestacji - cechuje je antysystemowość, to są przede wszystkim antykomunistyczne. W debatach o kondycji Unii Europejskiej właściwie się je pomija. Tymczasem, jak twierdzi Robert […]


Protesty w Bułgarii nie ustają. Choć – tak jak większość współczesnych manifestacji – cechuje je antysystemowość, to są przede wszystkim antykomunistyczne. W debatach o kondycji Unii Europejskiej właściwie się je pomija. Tymczasem, jak twierdzi Robert Cooper, to od integracji centrum i peryferii zależy przyszłość wspólnotowego projektu

Trwające od ponad dwóch miesięcy protesty w Bułgarii nie przebijają się do głównych mediów. Co prawda każde opublikowało wzmiankę, reportaż lub komentarz na ten temat, lecz brak ofiar śmiertelnych lub chociażby spektakularnych potyczek z policją skutecznie odstrasza dziennikarskie sępy od zastanowienia się, o co toczy się gra. W odróżnieniu od dramatycznych wydarzeń na Bliskim Wschodzie – wydarzenia w Sofii (jak również w innych miastach Bułgarii) mają miejsce w Unii Europejskiej. We wspólnocie, która szczyci się poszanowaniem podstawowych wartości, na których zbudowana jest zjednoczona Europa. Szkoda, bo obecnie w Bułgarii ma miejsce pierwsza anty-postkomunistyczna społeczna rewolta XXI wieku.

Wśród postkomunistów

Fala protestów w Bułgarii wezbrała w styczniu 2013 r., kiedy to na ulice wyszli ludzie sfrustrowani podwyżką rachunków za energię. (W ostatnim wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” były wicepremier i minister finansów Simeon Dyankov winą za całe zamieszanie obarczył Gazprom). Rząd byłego ochroniarza komunistycznego przywódcy Bułgarii Todora Żiwkowa, a następnie właściciela firmy ochroniarskiej, sekretarza ministerstwa spraw wewnętrznych, burmistrza Sofii oraz ostatecznie premiera Boiko Borisowa podał się do dymisji po tym, jak Borisow obraził się na protestujących i zwinął manatki w poczuciu bycia niedocenionym zbawcą narodu. Jednak na odchodne zdążył namaścić premiera technicznego, który w praktyce kontynuował politykę swojego „charyzmatycznego” poprzednika do wyborów.

©laurent bolli/flickr
©laurent bolli/flickr

W maju odbyły się wybory parlamentarne, monitorowane również przez OBWE. Wyniki tych wyborów dały jednak wiele do myślenia, gdyż partia Boiko Borisowa – Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (GERB) – uzyskała najlepszy wynik, 30,74%. Czyli ci, których obalono, ponownie wygrali wybory. Na drugim miejscu z wynikiem 26,61% uplasowała się spadkobierczyni bułgarskich komunistów Bułgarska Partia Socjalistyczna (BSP), dowodzona przez lidera europejskich Socjalistów Sergeja Staniszewa. Znamiennie – to właśnie za jego rządów w 2008 Bułgaria stała się pierwszym krajem w historii Unii Europejskiej, któremu bezwzględnie zabrano część środków przeznaczonych na rozwój ze względu na potężne malwersacje finansowe i zmarnowanie środków unijnych. Poza tymi dwoma graczami w parlamencie znalazła się partia tureckiej mniejszości Ruch na rzecz Praw i Swobód (DPS), która ze swoim stałym elektoratem jest nierozłączną częścią bułgarskiej sceny politycznej od końca komunizmu i której przywódca Ahmed Dogan, były agent bułgarskich służb bezpieczeństwa, uchodzi za jednego z najbogatszych polityków w Bułgarii. Na ostatnim miejscu znalazła się nacjonalistyczna partia Atak (Ataka), w szeregach której również roi się od byłych agentów komunistycznych służb bezpieczeństwa, a której lider Wolen Siderow jest uważany za swojego rodzaju „klauna z horroru” bułgarskiej polityki.

Szybko stało się jasne, że wyniki wyborcze nie zadowolą nikogo. GERB nie był w stanie rządzić sam, zwykli ludzie nie byli w stanie zrozumieć logiki wyników, a socjaliści zaczęli szukać możliwości osiągnięcia tego, czego większość nie chce – czyli powrotu do władzy. Gdy 29 maja, po spektakularnym zdobyciu odpowiedniej liczby do zatwierdzenia składu rządu Plamena Oreszarskiego socjaliści urzeczywistnili swoje plany, dla zwykłych ludzi stało się jasne, że cała polityczna rzeczywistość jest obłudna, fałszywa i przerażająca. Utworzenie rządu, z którym zwykli ludzie się nie utożsamiają, nie było tym, czego ludzie oczekiwali. Nowy rząd zaczął wykorzystywać argument społecznej legitymizacji w oparciu o zgodny z demokratycznymi regułami gry układ w parlamencie. Podział tek między koalicjantami był już powodem do dalszej społecznej irytacji, lecz szczytem była nominacja na stanowisko szefa Państwowej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego pospolitego przestępcy i mafioza Deliana Peewskiego. Ta nominacja obnażyła to, co wszyscy w Bułgarii wiedzą od lat – że władza szydzi z ludzi. Nazajutrz społeczeństwo ponownie wyszło na ulice.

Wychowany protest

Protesty przeciwko nowo wybranej władzy rozpoczęły się następnego dnia porannym zgromadzeniem w celu „picia kawy” przed parlamentem. Kulminacją protestów stanowi zebranie o godzinie 19 przed Urzędem Prezydenta, po czym tłum (często w liczbie dziesiątków tysięcy ludzi) w akcie społecznego nieposłuszeństwa rozpoczyna przemarsz ulicami miasta bez ustalonego wcześniej kierunku. Przemarsz kończy się późnym wieczorem, kiedy to protestujący blokują jedno z kluczowych skrzyżowań miasta oraz gromadzą się z powrotem przed parlamentem.

Bułgarski protest jest niezwykły z kilku powodów. Ponieważ politycy oskarżają protestujących, że za wychodzenie na ulice ktoś im płaci, odpowiedzieli hasłem: „Nie jestem opłacony. Nienawidzę was za darmo”. Po drugie, wśród protestujących  nie brakuje młodych ludzi z noworodkami i niemowlakami, których rodzice w trakcie protestu uczą chodzić. Wózki dziecięce i rowery są nieodłącznym elementem tego społecznego wyrazu sprzeciwu. Protestując, ludzie zatrzymują się w niezliczonych sklepikach i kafejkach, aby napić się piwa czy kawy. Po trzecie policja, która staje na głowie, by zabezpieczyć przemarsz setek tysięcy ludzi, nosi jaskrawe kamizelki z wielce wymownym i skądinąd humorystycznym napisem „Anti-conflict Police”. Co więcej, o charakterze i wychowaniu ludzi w trakcie protestu świadczy również fakt, że sprzątają po sobie śmieci, co na Bałkanach nie należy do częstych widoków. Stałym punktem przemarszu są siedziby partii politycznych oraz miejsca upamiętniające bohaterów narodowych, gdzie ludzie odśpiewują hymn Bułgarii. Protest jest również elastyczny, ponieważ dostosowuje się do planów polityków. Kiedy politycy udali się na wakacje, protestanci najzwyczajniej podążyli za nimi nad morze. To właśnie tych dziesiątek, setek tysięcy ludzi nie dostrzegają bułgarscy oraz europejscy politycy i zagraniczni dziennikarze.

W ciągu mniej niż pół roku Bułgarzy już dwukrotnie wyszli na ulice – polityczne lekarstwo demokracji, jakim są wybory, w ogóle nie zadziałało. Zapewne dlatego, że diagnoza „demokracja” jest tylko fasadą wypełnioną oligarchiczno-mafijną treścią.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa