Najlepsze te małe kina

Małe kina, chcąc sprostać oczekiwaniom widza, muszą poszerzać swą ofertę. Ich bezdyskusyjna przewaga tkwi jednak w pełnionej przez nie funkcji, której żaden multipleks pełnić nigdy nie zdoła: kulturotwórczej. Marta Popławska zachęca do lektury raportu z badań […]


Małe kina, chcąc sprostać oczekiwaniom widza, muszą poszerzać swą ofertę. Ich bezdyskusyjna przewaga tkwi jednak w pełnionej przez nie funkcji, której żaden multipleks pełnić nigdy nie zdoła: kulturotwórczej. Marta Popławska zachęca do lektury raportu z badań nad małymi kinami w Polsce.

Cytatami z Mieczysława Fogga inkrustuje swą krótką Historię kina w Polsce, rozdział raportu „W małym kinie”, sprawująca nad nim naukową pieczę dr Iwona Kurz. Pozwolę sobie zastosować analogiczny zabieg – wszak utworów literackich i muzycznych sławiących magię przyprószonego kurzem kinowego pluszu tudzież terkotu projektora jest co niemiara – co tylko świadczy o żywej wciąż nostalgii za małymi, studyjnymi kinami i ich kameralną atmosferą, niezbrukaną swądem unurzanego w oleju popcornu oraz siorbaniem zanurzonych w coli słomek. A zatem oddajmy głos Gałczyńskiemu, który w niniejszej materii zdanie miał następujące: „Najlepsze te małe kina, w rozterce i w udręce, z krzesłami wyściełanymi pluszem czerwonym jak serce”. No właśnie, w grze skojarzeń, w której punktem wyjścia byłoby hasło „małe kino” rzeczony plusz plasowałby się w ścisłej czołówce konotacji, zaraz obok „skrzypienia drewnianych foteli” czy „chrobotu zaciąganej w projektorze taśmy”

Takie też wyobrażenie o małych kinach mieli autorzy raportu będącego efektem badań terenowych oraz ankietowych, przeprowadzonych w 2012 roku w ramach programu Obserwatorium Kultury w małych miejscowościach na terenie województw: mazowieckiego, śląskiego i wielkopolskiego. Rzecz dotyczy kin powstałych przed rokiem ’89 (cezura związana z reformą kinematografii). Autorzy zaznaczają, że w ich obserwacjach przenikają się liczne perspektywy: badania stylów życia, architektury, zarządzania, polityki społecznej, kulturoznawstwa i historii.

(CC BY-NC-SA 2.0) by Michał Sacharewicz/Flickr

Jak przyznają badacze, ich naznaczone czerwienią przykurzonego pluszu wyobrażenia w konfrontacji z rzeczywistością uległy weryfikacji – okazały się staroświeckie. Z ankiet oraz rozmów przeprowadzonych wśród trzech grup: pracowników kin, przedstawicieli lokalnych samorządów oraz mieszkańców wyłania się obraz będący z jednej strony zbiorem twardych danych statystycznych, z drugiej zaś konglomeratem nostalgii i sentymentów. Wątek nostalgiczny, by nie powiedzieć metafizyczny, jest tu zresztą szczególnie silny, nostalgia – kryjąca się również za językiem opisu, za pojęciami pasji, mitu czy rytuału – stanowi swoisty leitmotiv tego badania. Pasja tzw. kiniarzy („osób żyjących kinem”) przegrywa jednak nierzadko z twardą rzeczywistością i bezlitosnymi prawami rynku: systemami dofinansowań, kaprysami samorządów czy bezwzględną polityką dystrybutorów – faworyzujących kina wielkie jak płynące z nich dochody – na którą rozmówcy utyskują szczególnie. Ich zmorę stanowią dyrektywy – takie jak granie danego filmu na wyłączność, wykluczające zróżnicowanie repertuaru, nijak nie uwzględniające specyfiki funkcjonowania kin niewielkich, przeważnie przecież jednosalowych.

Niezbędnym warunkiem przetrwania okazuje się cyfryzacja, która w opinii wielu odbiera kinu jego swoistą magię (vide: „wraz z nadejściem cyfryzacji gaśnie magia projekcji”), zapewnia jednak przeżycie (dla unaocznienia skali problemu wspomnijmy choćby o „Róży” Smarzowskiego, w kopii analogowej dostępnej w jednej sztuce, koszt projektora cyfrowego wynosi tymczasem ok. 300-400 tys. zł netto) i dodatkowe punkty w konfrontacji z sieciami scyfryzowanych kin, będących nierzadko integralną częścią wielkich galerii handlowych. Zresztą – sposoby chodzenia do kina, przemiany oczekiwań dzisiejszego widza stanowią kolejny duży obszar poddany analizie: dla wielu konsumentów kultury wyprawa do samego tylko kina dostarcza niewystarczającej ilości bodźców i stanowić musi co najwyżej jeden z punktów programu rozrywki bardziej zróżnicowanej, na którą składają się ponadto zakupy i obowiązkowo wizyta w restauracji, choć należałoby chyba powiedzieć: barze szybkiej obsługi, z łukowatym „M” w nazwie. Tym samym niedzielne rodzinne popołudnie w kinie przegrywa nierzadko choćby z eskapadą na, powiedzmy, basen i saunę.

Małe kina, chcąc sprostać oczekiwaniom widza, coraz bardziej rozpieszczonego szerokim wachlarzem rozrywkowych możliwości, muszą poszerzać swą ofertę, dlatego też coraz częściej łączą działalność i kina, i dajmy na to kawiarni. Ich bezdyskusyjna przewaga tkwi jednak w pełnionej przez nie funkcji, której żaden multipleks pełnić nigdy nie zdoła: kulturotwórczej. Nierzadko małe kino w niewielkiej miejscowości definiowane jest jako dobro wspólne, lokalne centrum kultury, gdy więc jego istnienie staje pod znakiem zapytania, daje to impuls lokalnej społeczności do zjednoczenia się we wspólnej walce o jego przetrwanie.

Ekipa kinowa rozpoczęła już przygotowania do drugiej części raportu, obejmującej tym razem miasta większe, między innymi Warszawę i Łódź. Z zaciekawieniem czekam na wyniki tych badań. Funkcjonowanie małych kin w kontekście wielkomiejskim, tuż pod nosem mnożących się jak grzyby po deszczu świątyń popkulturowej papki zwanych multipleksami, wydaje się szczególnie interesujące. Tu trudno byłoby je określić mianem axis mundi, bo takie – urzekające, dodajmy – sformułowanie na określenie małych kin w małych miejscowościach pojawia się w raporcie. Na naszych oczach toczy się wszak batalia o trwanie Feminy (choć tu pojawia się zagwozdka definicyjna: czy Femina to faktycznie małe kino?), którą to potyczkę przegrywa pamiętający jeszcze czasy getta przybytek rozrywki historycznie rzecz biorąc różnorakiej, na korzyść oferującej dobre, bo polskie produkty portugalskiej sieci sklepów.

Cóż, nie pozostaje nic innego jak zachęcić do własnoręcznego sięgnięcia po raport, z którego emanuje pasja nie mniejsza niż z wypowiedzi przepytywanych kiniarzy. Jego integralną część stanowią artykuły, fotografie oraz filmy publikowane na stronie projektu. Oby inicjatywy takie jak ta skupiały coraz większe rzesze pasjonatów, którym istnienie kin niepoddających się dyktatowi rozrywki zhomogenizowanej leży na sercu, podejmujących próby wywierania realnego wpływu na kwestię ich trwania. Na koniec dodajmy: jedno jest pewne. Rację miał Konstanty Ildefons: małe kina są – bez wątpienia – najlepsze.

Już niebawem w dziale Miasto ukaże się rozmowa z Katarzyną Kułakowską oraz Michałem Bargielskim, współautorami raportu.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Jeden komentarz “Najlepsze te małe kina”

Skomentuj

Res Publica Nowa