Młodzi twórcy dają znaki ostrzegawcze

Młodzi twórcy skupieni wokół inicjatywy „Żółta kartka” nie zgadzają się na festiwalizację oferty kulturalnej Poznania. Obok krytyki miejskiej polityki proponują również działania pozytywne, zmierzające do konsolidacji środowisk artystycznych. Czy różnica oczekiwań między władzami a sygnatariuszami […]


Młodzi twórcy skupieni wokół inicjatywy „Żółta kartka” nie zgadzają się na festiwalizację oferty kulturalnej Poznania. Obok krytyki miejskiej polityki proponują również działania pozytywne, zmierzające do konsolidacji środowisk artystycznych. Czy różnica oczekiwań między władzami a sygnatariuszami listu jest wyłącznie pokoleniowa?

(CC BY-NC-ND 2.0) stirwise / Flickr
(CC BY-NC-ND 2.0) stirwise / Flickr

Anna Wójcik: Jak oceniasz ofertę kulturalną Poznania w ostatnich latach?

Andrzej Pakuła: W liście otwartym adresowanym do Prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego zwróciliśmy uwagę na tendencję do festiwalizacji oferty kulturalnej. Miejskie środki w ramach konkursów ofert są przeznaczane przede wszystkim na największe wydarzenia – Festiwal Malta, Festiwal Transatlantyk, Mediations Biennale – czyli wydarzenia punktowe, które odbywają się w okresie wakacyjnym i urlopowym. Nie negujemy ich wartości i pozytywnej roli w ofercie kulturalnej Poznania. Ludzie skupieni wokół inicjatywy „Żółta Kartka” chcą zwrócić uwagę na problem braku zróżnicowania tej oferty. Za mało bowiem wspiera się wydarzenia, które dzieją się przez cały rok, od września do czerwca, co jest tym bardziej dotkliwe, że wspomniane festiwale zbierają dużą pulę środków finansowych w otwartych konkursach.

Naszym zdaniem dzieje się to ze szkodą dla innych wartościowych inicjatyw, które odpadają podwójnie. Po pierwsze, w walce o publiczne dotacje mają mniejsze szanse, jeśli w konkursach są oceniane przy pomocy tej samej skali, co festiwale o dużo większym rozmachu. Po drugie, w pozyskiwaniu sponsorów duże, renomowane wydarzenia mają nieporównywalnie lepsze narzędzia w walce o zainteresowanie mecenatu prywatnego. Dla kontrastu – wrocławski festiwal T-Mobile Nowe Horyzonty ma sponsora strategicznego i jest tym samym mniej zależny od środków publicznych. Jesteśmy przekonani, że miasto powinno motywować organizatorów dużych, rozpoznawalnych przedsięwzięć do bardziej aktywnego poszukiwania alternatywnych źródeł finansowania, szczególnie prywatnego. To wydarzenia o bardziej komercyjnym potencjale.

Drugim z problemów Poznania, który widzimy od kilku lat, jest brak strategii wspierania młodych twórców lub organizacji pozarządowych o krótkim stażu działania, wokół których ci twórcy się gromadzą. Młode inicjatywy, które są pozytywnie oceniane i chciałyby się rozwijać, czy to na poziomie lokalnym, czy miejskim, nie mają szans na większe dotacje. Ich osiągnięcia nie są premiowanie, co hamuje rozwój i zniechęca.

 

Uniwersytet Adama Mickiewicza, Uniwersytet Artystyczny, ostatnio the School of Form – wszystkie te instytucje czynią z Poznania miasto o zdawałoby się wielkim kreacyjnym potencjale. Co się dzieje z absolwentami tych uczelni?

Masowo emigrują. Do Warszawy czy Berlina. Można rzucać nazwiskami, zaczynając od Bąkowskiego, Smoleńskiego i Szlagi z grupy „Penerstwo”… Oczywiście, do specyfiki zawodów artystycznych należy to, że pracuje się w różnych miastach. Zdecydowanie nie chodzi nam o to, żeby trzymać się kurczowo Poznania. Natomiast jeśli już inwestuje się w młodych twórców, to przydałoby się też stworzyć mechanizmy, które zatrzymałyby tu absolwentów, uczyniły ich bardziej związanymi z Poznaniem. To na pewno wzmocniłoby kulturalną markę miasta.

 

Marzy się jakaś szkoła poznańska…

I są wszystkie podstawy, żeby tak było! Ze sztuk wizualnych to mogliby być wspominani artyści z „Penerstwa”, na pewno też profesor Bałka, który kilka lat temu przeniósł się do Warszawy, która stwarza oczywiście większe możliwości działania poza uczelnią. Jeśli chodzi o teatr, jest jeszcze gorzej. Po fali teatrów niezależnych w latach 90. nie wykształcił się tu żaden nowy nurt. Malta też zmieniła swoją strategię – być może to dobrze, w końcu musi ewoluować, rozwijać się. Jednak w latach 90. mocno stawiała na tak zwany poznański off i jego promowanie na zewnątrz. Wypłynęły wówczas cztery grupy: Audio Podróże, Usta Usta, Porywacze Ciał i Strefa Ciszy. Teraz jest gorzej. Nie tylko takich małych inicjatyw jest niewiele, ale też nie otrzymują niezbędnego na początku wsparcia.

 

Autorzy inicjatywy "Żółta kartka" / fot. Mikołaj Dziamski
Autorzy inicjatywy „Żółta kartka” / fot. Mikołaj Dziamski

 

Czyli festiwale współpracują z artystami okrężną drogą, ewentualnie dopiero, gdy z wyrobioną marką wrócą do Poznania?

Specyfiką festiwali jest to, że zazwyczaj działają na zasadzie importu. To dla nich naturalne. Naszym zdaniem nie należy na nich budować trzonu polityki kulturalnej miasta. Należałoby przede wszystkim inwestować w to, co powstaje lokalnie, i co może stąd oddziaływać również na zewnątrz. Malta od kilku lat jest festiwalem kuratorskim, skupia się na ściąganiu projektów, spektakli, działań wokół konkretnych idiomów czy haseł. Mediations podobnie – współpracuje głównie z artystami zagranicznymi. Oczywiście pokazywani są też poznańscy artyści, ale, jeśli już wchodzić w szczegóły, nie zawsze mają opłacone honoraria i tak dalej…. To takie małe bagienko. Festiwal filmowy Transatlantyk to już inny temat. Jako festiwal nie wyróżnia się niczym świeżym i atrakcyjnym na tyle, żeby przyciągać ludzi spoza Poznania, szczególnie, jeśli z uprzywilejowanego geograficznie Poznania popatrzy się na mapę bardziej prestiżowych przeglądów: na południu mamy Nowe Horyzonty, w Berlinie Biennale, w Toruniu Camerimage, w Warszawie Warszawski Festiwal Filmowy. Nie jestem pewien, czy w takim otoczeniu kolejny festiwal filmowy jest akurat Poznaniowi najbardziej potrzebny.

 

Jak wypada w Poznaniu scena muzyczna?

Poznań jest polską stolicą jeżeli chodzi o scenę muzyki elektronicznej. W ostatnich latach w Poznaniu pojawiło się wiele uznanych didżejek i didżejów, producentów oraz vjów. Z didżejek np. Joana[1] i Julia[2], które koncentrują się wokół muzyki techno i zbliżonych rytmów. Jest też An On Bast[3], która przeniosła się do Wrocławia. Mamy także widżejski kolektyw  .wju (członkowie Mikołaj Szymkowiak i Arek Zubel)[4]. Zresztą, co ciekawe, na zeszłej edycji Audioriver w Płocku trzy z pięciu scen były obsługiwane przez poznańskich widżejów. To pokazuje skalę możliwości. Jeżeli znajdujemy się tak blisko Warszawy i Berlina, to mamy dużą szansę na ściągnięcie z tych dwóch miast miłośników takich rytmów, turystów. To opłaca się miastu także z gospodarczego punktu widzenia.

 

Poznań ma markę mieszczańskiego miasta biznesu. Nie od razu kojarzy się ze sceną alternatywną. Jeśli potencjalnych uczestników offowego obiektu kulturalnego wyssały już pobliskie stolice, to czy w Poznaniu w ogóle jest publiczność, która nie jest zainteresowana głównym nurtem?

To bardzo ciekawy temat. Patrząc po projektach teatralnych, które realizowałem w Poznaniu z Korporacją Teatralną, czy patrząc na znajomych zajmujących się sztukami wizualnymi lub muzyką, widzę, że ci odbiorcy tu jednak są. Co więcej, z każdym kolejnym projektem grupa naszych odbiorców się poszerza i buduje. Nie mam poczucia działania w próżni. Natomiast od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że zarówno te grupy odbiorców, jak i rzeczy, które my robimy, a oni oglądają lub słuchają, nie trafiają w centrum zainteresowań władz miasta. Trochę inaczej jest z władzami województwa, tylko że ich środki muszą być rozdysponowane na terenie Wielkopolski, a nie przeznaczane wyłącznie na Poznań. Odbiorcy na szczęście są wrażliwi na to, co się zmienia, co ciekawego się robi i czym to może w przyszłości zaowocować. Zresztą gdyby nie oni, nie byłoby pewnie czego w Poznaniu szukać.

 

Co było zapalnikiem Waszego oburzenia? Dlaczego akurat teraz pojawiła się „Żółta Kartka”? Czy pięć lat temu nastawienie władz było bardziej przychylne, a może po prostu środowisko artystyczne dopiero teraz się poznało, skonsolidowało i zaczęło występować z żądaniami?

Uważam, że to poruszenie jest rezultatem splotu obu tych czynników. „Żółta kartka” nie pojawiła się znikąd. Poznańscy twórcy manifestują swoje problemy od wielu lat. W 2011 roku w wyniku podobnej fali protestów, czy też wyraźnej artykulacji konkretnych problemów, odbył się Kongres Kultury w Poznaniu. Powstał sztab antykryzysowy. Wszystko trwało blisko rok i zostało wsparte finansowo przez Urząd Miasta. Badano problemy, opracowano strategie dotyczące różnych obszarów kultury, od instytucji, przez organizacje pozarządowe, przez różne dziedziny sztuki po odbiorców i tak dalej. Wynikiem są opracowania i rekomendacje wskazujące na te same problemy, w dużej części dokładnie te same problemy, o których mówimy dzisiaj.

 

Jakie działania wchodzą w skład waszego pozytywnego programu?

Nową inicjatywą jest między innymi Kulturalny Networking, którego pierwsza edycja odbyła się 7 marca. Pierwsze nieformalne spotkanie było otwarte na przedstawicieli wszystkich poznańskich środowisk twórczych, osób działających niezależnie, studentów. Zaproszeni zostali też przedstawiciele władz miasta do spraw kultury, władze urzędu marszałkowskiego, a także dyrektorzy miejskich instytucji kultury. Zależało nam na nieformalnej atmosferze, odmiennej od tej, która panuje w czasie posiedzeń Komisji Dialogu Obywatelskiego, które siłą rzeczy są sformalizowane. Chcieliśmy się spotkać w miejscu związanym z niezależną kulturą Poznania, przy winie i jedzeniu. Hasła partycypacji i kultury obywatelskiej są dla nas kluczowe. Chcemy rozpocząć permanentny dialog, marzą nam się spotkania cykliczne, raz w miesiącu. Wiele problemów, które wywołują konflikty, wynika z braku komunikacji, wzajemnego sprawdzania, co robi jedna, druga, trzecia strona. Podstawą jest rozmowa, która nie jest prowadzona na bankietach, przy okazji jakiegoś dużego festiwalu, ale regularnie.

 

Kulturalny networking / fot. Mikołaj Dziamski
Kulturalny networking / fot. Mikołaj Dziamski

 

Najpierw zajęliście się poprawą przepływu informacji między sygnatariuszami listu.

Tak. Wierzymy, że pierwszym krokiem jest zbudowanie trwałej sieci kontaktów wielostronnych. Z jednej strony urzędnicy, z drugiej strony instytucje kultury, z kolejnej – młodzi twórcy czy organizacje. Wymienianie się informacjami o tym, co się robi, kto ma do czego kompetencje i tak dalej pozwala po pierwsze na rozwiązywanie konkretnych problemów na bieżąco, po drugie – pozwala wzajemnie się inspirować. inspirację, bo przypuszczam, że wiedza instytucji kultury o tym, co robią młodzi artyści, jest znikoma. To też jest problem. Nie da się go rozwiązać przez zwiększenie puli środków finansowych. Wymaga za to głębszej, mentalnej zmiany. Wierzymy, że jest ona możliwa. Tym bardziej, że w Poznaniu inicjatywy związane z konkretnymi dzielnicami, z ożywianiem przestrzeni publicznej, cieszą się dużym zainteresowaniem mieszkańców. To pokazuje zapotrzebowanie poznaniaków na bieżącą, całoroczną ofertę.

Oczywiście, istnieje mit mieszczańskiego Poznania, który nie jest zainteresowany „nową” kulturą, ale według mnie to właśnie tylko mit. Zgoda, gusta poznaniaków czy ich pewne wybory kulturalne, estetyczne są inne niż warszawiaków. Jednak pamiętajmy, że Warszawa jest w ogóle ośrodkiem nieporównywalnym, bo jest miastem dużo większym i bardziej zróżnicowanym.

Natomiast po projektach, które realizowałem, mogę orzec, że nie ma tu problemu z publicznością, wręcz przeciwnie. Udaje nam się ściągać taką widownię, która nie odnajduje się w propozycjach większości tutejszych teatrów, operującychz reguły takim typowym mieszczańskim, repertuarem, zresztą też j nie odnoszącym specjalnie ogólnopolskich sukcesów. To pokazuje, jak wiele rzeczy jest zasiedziałych i wymagających zmiany. Wynika to trochę z lenistwa, trochę z braku aspiracji i motywacji do tego, aby kultura była jedną z marek Poznania.

 

Wręczanie „żółtej kartki” budzi skojarzenia z programem negatywnym, z krytyką władzy, która oczywiście jest sama w sobie zawsze potrzebna. Natomiast bardzo ciekawy jest Wasz program pozytywny, zakładający równie krytyczne spojrzenie na środowisko artystyczne. Wymagacie starań zarówno od urzędników, jak i od samych siebie.

Długo siedzieliśmy nad listem do władz, głównie dlatego, że bardzo nam zależało, żeby wskazywał problemy, dawał żółtą kratkę za brak działań w konkretnych obszarach. Staraliśmy się, żeby brzmiał w nim duch współpracy. Wyciągamy rękę, aby rozpocząć dialog, a nie po prostu roszczeniowo wyciągamy rękę po pieniądze. Bo nie one są tu najważniejsze. Niestety, na początku spotkaliśmy się z reakcją bardzo silnej, momentami okrutnej obrony. Wbrew naszym intencjom list środowisk twórczych został odczytany jako atak.

 

Kiedy prezydent wam odpisał?

Długo pozostawiono nas bez odpowiedzi, co zresztą samo w sobie jest warte odnotowania. W swojej odpowiedzi prezydent zupełnie rozminął się z podnoszonymi przez nas problemami. Potwierdza to choćby propozycja powołania przez nas kolejnej „marki festiwalowej”. W liście znajduje się również zachęta do wyjazdu z Poznania jako najlepsze rozwiązanie, szansa na dalszy rozwój. Trudno sobie wyobrazić, że prezydent dużego, ważnego polskiego miasta wprost zachęca młodych ludzi do emigracji, powołując się na przykłady A.P. Kaczmarka i Magdaleny Abakanowicz, którzy przecież wyjeżdżali w zupełnie innych okolicznościach politycznych i gospodarczych. Wynika z tego, że mamy uciekać, najlepiej za granicę, a jak osiągniemy tam sukces, najlepiej dzięki wsparciu innemu niż poznańskie, możemy wrócić jako uznani twórcy i działać w Poznaniu.

 

Poprzez działania wokół „Żółtej kartki” jesteście bardziej rozpoznawalni, prawdopodobnie także wśród środowisk biznesowych. Jak widzicie rolę prywatnego mecenatu przedsięwzięć artystycznych?

To kolejna kwestia, którą podnosimy jako jeden z postulatów w liście otwartym, a także w czasie rozmów w ramach KDO czy z urzędnikami. Być może następnym krokiem będzie dyskusja o możliwościach wspierania kultury niezależnej z przedstawicielami najważniejszych poznańskich przedsiębiorstw w ramach Kulturalnego Networkingu. Swoje siedziby mają tu choćby Allegro czy Kompania Piwowarska, czyli firmy zainteresowane młodymi odbiorcami. Wydaje się, że trójstronna współpraca jest możliwa. Tym bardziej, że kilka lat temu miasto Poznań zainwestowało w kampanię reklamową promującą „lokalne” marki. Wydaje nam się, że potrzebne jest wsparcie miasta, pokazanie, że kultura na różnych szczeblach jest ważna dla Poznania i regionu. Miasto powinno wspierać kulturę mecenatu. Powinno też lepiej grać swoimi atutami – rozwojem w różnych dziedzinach i świetnym położeniem. Mówiąc łopatologicznie, to po prostu miasto, w którym powinno się mieć okazję mile, kulturalnie, ale niekoniecznie szablonowo spędzić weekend. Niestety, władze miasta nie komunikują takiego przekazu.

 

Poznań drugim Hamburgiem?

Uważam, że jak najbardziej jest to możliwe, odległości między miastami są podobne, w Poznaniu jest dużo inicjatyw, które można by wesprzeć nie tylko finansowo, ale też promocyjnie.

 

Stawka, o którą gra Poznań, jest również ekonomiczna.

Podobno poznańskie targi mają się wynieść do Warszawy. Jeśli to prawda, to czeka nas ogromny odpływ przyjezdnych – gości, którzy przyjeżdżają tutaj na imprezy targowe, zapełniają w części hotele, restauracje, bary. Pojawi się ogromna pustka i spadek dochodów w różnych obszarach. Kultura może tę lukę częściowo zastąpić. Do tego nawołujemy. Staramy się myśleć i mówić w taki sposób, aby zwrócić uwagę na to, że oferta kulturalna jest jednym z elementów sprzyjających rozwojowi gospodarczemu, a także rozwojowi życia miejskiego. Tę prawidłowość można zaobserwować w wielu miastach zachodnich, mniejszych i większych, choćby w Lipsku, który z miasta upadłego stał się miastem wielu galerii sztuki.

 

Dlaczego „Żółta kartka” skupia się na problemach głównie młodych środowisk?

Z inwestycjami w kulturę jest tak jak ze sportem. Jeżeli ładuje się pieniądze w stadiony i w masowe wydarzenia sportowe, a nie inwestuje się w centra szkoleniowe, czyli po prostu w ludzi, to wypada się z ligi. Ten problem, właściwie na poziomie globalnym, mamy z edukacją. Brakuje podmiotowego traktowania przez władzę młodych pokoleń, których reprezentantami jesteśmy. To dość krótkowzroczne, bo w końcu w polityce, biznesie, sporcie będzie musiała nastąpić wymiana pokoleniowa. Ten dużo głębszy problem zawsze stoi gdzieś w tle. Odnoszę wrażenie, że jesteśmy permanentnie pomijani, czy to w debacie o kulturze, czy o systemie emerytalnym, czy opiece zdrowotnej. Jest to też sprzężone z problemem migracji. Kultura i mentalność władzy lokalnej i państwowej zatrzymała się na latach 90. A nowe pokolenie już inaczej patrzy na wyścig szczurów, niekoniecznie łączy myśl o dynamicznym rozwoju z panoramą wieżowców. Mamy inne oczekiwania i jesteśmy gotowi o nich rozmawiać.

 


[1]   Joana należy do kolektywu City Inside Art. Mocno związana także z berlińską sceną, dzięki czemu w Polsce gościły takie gwiazdy jak Dirty Doering, Matt John czy Jack The Rapper. Umiłowana w deepie, zabiera w eklektyczną podróż w tylko sobie znanym kierunku.

[2]   Julia aka Lady J. to djeka i promotorka imprez. Kojarzyć należy Ją z Poznaniem i agencją bookingową Streamwise, której jest założycielką. Pierwszy raz zagrała w 2005 roku. Grała sety w wielu ciekawych polskich klubach, lecz również miała przyjemność miksować w Berlinie, Wielkiej Brytanii i Rzymie.

[3]   Anna Suda, jedna z najlepszych producentek muzyki elektronicznej.  Doceniona na festiwalach typu Sonar (Barcelona), Strom (Kopenhaga), Kvitnu (Kijow), Numusic (Stavanger), Unsound (Toruń), Plateaux (Toruń), Tauron (Katowice), Audioriver (Płock); absolwentka Red Bull Music Academy, laureatka Grolsch Independence Award.

[4]   https://www.facebook.com/wjuwju

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa