Miraże nowego mieszczaństwa

Im więcej mówi się o przestrzeni w mieście, kulturze miejskiej, partycypacji i aktywizacji, tym bardziej kluczowe staje się pytanie, kogo mają dotyczyć te i inne zjawiska. Kim są dzisiaj mieszkańcy miast? Wytrych, jakim jest pojęcie […]


Im więcej mówi się o przestrzeni w mieście, kulturze miejskiej, partycypacji i aktywizacji, tym bardziej kluczowe staje się pytanie, kogo mają dotyczyć te i inne zjawiska. Kim są dzisiaj mieszkańcy miast? Wytrych, jakim jest pojęcie społeczności lokalnych, nie zawsze działa, bo co to za lokalność w zbiorowości liczącej kilkaset tysięcy ludzi lub nawet więcej? Orientacyjnie wiemy, kto mieszka w naszym bloku bądź naszej kamienicy, ale wyobrażenia o mieszkańcach większych dzielnic bywają zupełnie nieprzystające do rzeczywistości. Szczególnie klasa metropolitalna, wedle określenia Bohdana Jałowieckiego, posiada niewielkie rozeznanie co do miejsca swojego aktualnego zamieszkania, a kieruje się obiegowymi poglądami, stereotypami i tak zwaną opinią publiczną. Wszystko to zmusza to zapytania, kim właściwie są współcześni mieszkańcy miast.

Kreatywna hybryda kulturowa

Znaleźć odpowiedź próbuje Paweł Kubicki, socjolog z Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor raportu Nowi mieszczanie w nowej Polsce. Tytułowi nowi mieszczanie nie są jakąś uśrednioną, przeciętną sylwetką mieszkańca miasta w Polsce, lecz szczególną, wybijającą się na pierwszy plan, heterogeniczną grupą. Nie jest to ani stan (obywatele miasta), ani klasa (mieszczaństwo, burżuazja), lecz poszukująca własnej narracji i tożsamości hybryda kulturowa, zdolna równie szybko konstruować jak i porzucać spontaniczne wspólnoty, nowe plemiona, w sensie nadanym temu pojęciu przez Michela Maffesolego. Aby zarysować kontury płynnej i rozproszonej tożsamości nowych mieszczan, Kubicki wylicza, że

w nowym mieszczaninie dostrzeżemy wiele cech charakterystycznych dla dziewiętnastowiecznego flâneur, czerpiącego przyjemność z leniwie sączonej kawy w śródmiejskiej kawiarni i z upodobaniem oddającego się nieśpiesznym spacerom po miejskich ulicach i placach. W mniejszym zakresie będzie to elita neoliberalnego kapitalizmu – yuppies (młodzi wielkomiejscy profesjonaliści), dla których kluczowym elementem stylu życia jest «bywanie» po pracy w śródmiejskich klubach i pubach. Dostrzeżemy w nich także podobieństwa do bobos (bourgeois bohemian), charakterystycznej dla społeczeństw postkonsumpcyjnych elity snobującej się na życie bohemy z dzielnic artystycznych. Sporo podobieństw można znaleźć także do żywo dziś dyskutowanych kategorii hipsters – młodych kontrkulturowych rentierów korzystających z uroków życia miejskiego – oraz klasy kreatywnej, dzisiejszej elity gospodarki opartej na wiedzy (s. 30-31).

Te kilka ilustracyjnych przykładów ułatwia zrozumienie, o kogo chodzi: o młodych ludzi rozpoczynających karierę lub już ją realizujących, kultywujących miejski styl życia, wykształconych, o średnim lub wyższym pochodzeniu społecznym, nastawionych raczej na twórczą, aktywną prosumpcję niż bierną konsumpcję dóbr i usług kulturalnych. Wydaje się, że najbliżej nowym mieszczanom do Floridowskiej klasy kreatywnej, zwłaszcza pod względem stylu życia, zawodu, wykształcenia i prestiżu. Przy wysokich poziomach kapitałów społecznego i kulturowego nowi mieszczanie nie mają jednak tak obfitego jak klasa kreatywna na Zachodzie kapitału ekonomicznego. Wiąże się to z polskim kontekstem historycznym. Klasa kreatywna wyłoniła się z bogatej burżuazji, dlatego przejęła nie tylko jej przewodnią rolę w miejskich społecznościach, ale i majątek finansowy. Polscy nowi mieszczanie to dwudziesto-, trzydziestolatkowie pochodzący z młodej klasy średniej i inteligencji.

Inteligenckie korzenie sprawiły, że nowi mieszczanie to ludzie oświeceni, wrażliwi i kulturalni. Odziedziczony etos nakazuje im pracę na rzecz innych ludzi. Angażują się więc w przedsięwzięcia kulturalne, zakładają ngo-sy, po godzinach dzielą się wiedzą i umiejętnościami, a i w kwestii zatrudnienia często wybierają te zawody i prace, które indywidualny zysk łączą z pożytkiem dla szerszego grona osób. Nade wszystko zaś tworzą szereg nieformalnych, ale niezwykle skutecznych grup sieciowych, w celu osiągnięcia poszczególnych celów leżących w interesie miasta lub dzielnicy. Dodajmy wreszcie, że nowi mieszczanie cechują się tolerancją i otwartością na Innego, postawą obywatelską, innowacyjnością.

Trzy opowieści o mieście

Narracje miejskie i tożsamości nowych mieszczan różnią się, oczywiście, w zależności od miasta. Badania, które objęły Kraków, Wrocław i Szczecin, za każdym razem przynosiły nieco odmienne rezultaty. Najkorzystniej wypadł Wrocław, który w wypowiedziach respondentów prezentuje się jako miasto na europejskim poziomie, o szerokich perspektywach i zrównoważonym rozwoju. Mieszkańcy Wrocławia, w większości przesiedleni tam z ziem wschodnich, przez wiele lat czuli się w swoim mieście obco. Dopiero powódź z 1997 roku zjednoczyła wrocławian we wspólnym działaniu dla dobra miasta, co wreszcie pozwoliło je oswoić i polubić. Niemiecka przeszłość przestała być kłopotliwym bagażem, stała się – równorzędnie z sentymentem za Lwowem – fundamentem obecnej tożsamości Wrocławia jako miasta wielokulturowego (pozostałości obcych kultur są troskliwie pielęgnowane). Odrestaurowane historyczne centrum stało się przestrzenią publiczną z prawdziwego zdarzenia, kipiącą od imprez kulturalnych i akcji społecznych, w których mogą zaistnieć nowe wzory kultury miejskiej. Silny uniwersytet zapewnia stały, wysoki poziom kreatywności.

Czołowym ośrodkiem akademickim jest też, rzecz jasna, Kraków. W nim również udało się stworzyć narrację atrakcyjną zarówno dla mieszkańców, jak również dla turystów. Kubicki jako najważniejszą egzemplifikację tego sukcesu wskazuje na metamorfozę Kazimierza, który z biednej i niebezpiecznej dzielnicy stał się miejscem modnym i uczęszczanym. Różnica między Wrocławiem a Krakowem tkwi w stosunku do własnej historii. Pierwszy musiał ją dopiero poznać i zrekonstruować, przyswoić sobie niemieckie dziedzictwo. W Krakowie historia miasta była dobrze znana. Można powiedzieć, że wręcz zbyt dobrze, ponieważ paraliżowała jakiekolwiek działania nieprzystające do ostoi polskości, siedziby królów i miejsca pochówku bohaterów narodowych. Przeszłość zdominowała przyszłość i teraźniejszość. Chociaż więc i w Krakowie rozwijają się organizacje pozarządowe i nieformalne inicjatywy społecznikowskie, to dotyczą one poszczególnych dzielnic, a nie całego miasta. Łatwiej – szczególnie ludności napływowej, wystawionej na pogardliwe spojrzenie rodowitych mieszkańców – identyfikować się z Kazimierzem, Podgórzem czy Nową Hutą niż całym Krakowem.

Szczecin zdaje się być za to przypadkiem beznadziejnym. Poniemieckie i poprzemysłowe miasto nie potrafiło poradzić sobie ze swoją przeszłością, przepracować jej ani inkorporować do swojej tożsamości. W istocie jest to miejsce bez tożsamości, bez właściwości. Bliskość do Berlina, która w przypadku Wrocławia włączała to miasto w europejską sieć, tutaj skutkuje głównie drenowaniem kapitału społecznego. Szczecinianie nie identyfikują się ze swoim miastem, w którym pomimo renowacji śródmieścia brak kultury miejskiej i charakterystycznych dla niej przestrzeni dospołecznych: kulturotwórczych klubów i kawiarni. Uniwersytet Szczeciński w polu nauki właściwie się nie liczy, wskutek czego zdolna młodzież szuka studiów prędzej w tak oddalonych ośrodkach jak Kraków czy Warszawa.

Gdzie są nowi robotnicy?

Zarówno w ogólnym opisie nowych mieszczan, jak i w studiach trzech miast rzuca się w oczy, jak niewiele uwagi Kubicki poświęcił innym grupom tworzącym przestrzeń miejską. Pisząc o rewitalizacji zaniedbanych dzielnic, autor wspomina o gentryfikacji jedynie na marginesie, jakby była ona efektem ubocznym, a nie ciemną stroną tego samego procesu, który prowadzi do zmiany funkcji dzielnicy i struktury jej mieszkańców. Marginalizacja tematu gentryfikacji wydaje się tym dziwniejsza, że Kraków i Wrocław przedstawiane są jako miasta sukcesu, a przecież Kazimierz i Nadodrze to rejony najboleśniej dotknięte podwyżkami czynszów, cen i opłat.

Analogicznie, trudno mi zrozumieć brak zainteresowania przemianami innych grup mieszkańców miast. Skoro mamy do czynienia z nowymi mieszczanami, to gdzie są nowi robotnicy? Pod tym pojęciem rozumiem nie tylko pracowników wielkich zakładów przemysłowych, ale też kurierów rowerowych, sprzątaczki, kasjerki, ochroniarzy. To robotnicy stanowili podstawową warstwę społeczną wielu miast okresu PRL. Oni też mieli tworzyć zręby nowej, socjalistycznej kultury, nie tylko w czasach Polski Ludowej, lecz przede wszystkim w refleksji historiozoficznej najwybitniejszych polskich umysłów przełomu XIX i XX wieku ze Stanisławem Brzozowskim na czele. Ignorowanie w raporcie miejskich klas zdominowanych zasmuca, bo chociażby na przykładach ruchów lokatorskich czy odrodzenia spółdzielczości widać, że warstwy niższe także się aktywizują i mobilizują, domagają się prawa partycypacji, nierzadko w zdecydowanie bardziej obywatelsko zaangażowany sposób, niż postkonsumpcyjni nowi mieszczanie. Nie chodzi mi tylko o oddanie sprawiedliwości zdominowanym. To samo zastrzeżenie tyczy się nieobecności w raporcie warstw najwyższych. Bez dostrzeżenia strukturalnych zależności między różnymi grupami społecznymi, badania etosów, stylów życia czy systemów ideologicznych poszczególnych grup będą niepełne, a oparte na nich wnioski – wątpliwe. Hybrydyzacja kulturowa nie posunęła się jeszcze do tego stopnia, by unieważnić podziały klasowe.

Nowi mieszczanie, stare problemy

W wierszu Mieszkańcy z 1933 roku Julian Tuwim bezlitośnie wykpił styl życia ówczesnych polskich mieszczan. „Straszni mieszczanie” byli zrzędliwi, wiecznie niezadowoleni, napuszeni i małostkowi. Wyalienowani z prawdziwego życia, postrzegali „wszystko oddzielnie”, w świecie spektaklu uprawiając grę pozorów wobec samych siebie. Żywili się bełkotem radia i prasy, których sztuczny język przejmowali wraz z zawartą w nim wizją rzeczywistości. Poczucie opuszczenia i wyobcowania w dojmująco zracjonalizowanym świecie, wśród równie osamotnionych wyrachowanych graczy, rodziło w nich lęki, frustracje, nerwice, kazało podejrzliwie węszyć pod łóżkiem złodzieja, czyhającego na świętą własność prywatną. W ostateczności zostawało zaś jedno pocieszenie: modlitwa, ucieczka od wolności w stronę złudy, dokonywana zresztą bez przekonania i mechanicznie. Ideologia mieszczańskiego indywidualizmu, kusząca perspektywą światowego życia, kariery i dostatku, została przez Tuwima skontrastowana z jej groteskowo przedstawionymi rezultatami: wyobcowaniem, lękiem, zmęczeniem. Zamiast poprawiać jakość życia, pogarszała ją. Rzekoma racjonalizacja owocowała zaś „brednią potworną”.

Na podstawie raportu nie sposób stwierdzić, czy nowi mieszczanie nie są równie straszni. Nie przekonuje mnie metodologia badań, polegająca na prowadzeniu wywiadów pogłębionych z „liderami opinii: z osobami, które zarówno tworzą narrację miasta, jak i mobilizują mieszkańców do działania” (s. 4). Kategoria „liderów opinii” jest dla mnie niejasna (jak ma się do pojęcia lidera społecznego?), tym bardziej, że pod koniec tekstu Kubicki nazywa liderami po prostu prezydentów miast (s. 78 i 82). Nie znajduję też wytłumaczenia, dlaczego nie chciano wysłuchać głosów samych mieszkańców. Mam wrażenie, że rozmawiano tylko z tymi, o których wiadomo było, że potwierdzą przyjęte wcześniej założenia.

Moim zdaniem raport to raczej projekcja optymistycznej wizji autora niż obecna rzeczywistość. Jedną z głównych tez jest wzrost poziomu tolerancji i otwartości w polskich miastach. Ale przytaczane liczby, świadczące o gwałtownym przyroście liczby studentów, niekoniecznie oznaczają transformacje postaw, wzorów kulturowych czy charakteru społecznego. Studiowanie często jest pustym spektaklem odgrywanym bez krzty zainteresowania. Podobnie, ogromna mobilność polskich studentów i pracowników naukowych, wyjazdy na staże i stypendia zagraniczne mogą, lecz wcale nie muszą skutkować podniesieniem poziomu tolerancji. Za granicą równie dobrze jak i w kraju można zetknąć się z przesądami i legendami; duże w tym znaczenie nastawienia, z jakim się wyjeżdża.

Warto zastanowić się, czy tolerancja okazywana podczas kilkumiesięcznego zagranicznego stypendium albo wobec turystów we własnym mieście przełożyłaby się na zmniejszenie dystansu społecznego w sytuacjach częstej i długotrwałej styczności. Kultury rządzą się prawami nakazów i zakazów, norm i wykluczeń. Tolerancja i akceptacja jednej kategorii obcych może spowodować wzrost niechęci wobec innej kategorii; zmienia się jedynie obraz swojego i obcego. Niewykluczone, że to właśnie zachodzi w przypadku nowych mieszczan, którzy za swojego uznają czarnoskórego didżeja z Berlina i homoseksualną kinomankę z Tel Awiwu, ale z odrazą będą myśleć o żebrzących na ulicy romskich dzieciach i załodze skinów z sąsiedniego podwórka.

Sylwetka nowego mieszczanina pozostaje niewyraźna. Jego rysy rozmazują się. Niby dostrzegamy go na horyzoncie, ale gdy próbujemy podejść bliżej, postać okazuje się ulotnym mirażem. Dlatego przekonanie, że pojawienie się fenomenu nowego mieszczaństwa jest korzystne dla społeczności i gospodarki uważam za przedwczesne. Obecność klasy kreatywnej pobudza gospodarkę, ale stwarza też wiele problemów społecznych. To, co sprawdziło się we Wrocławiu, może stać się porażką w Szczecinie. Raport Nowi mieszczanie w nowej Polsce przesiąknięty jest dyskursem modernizacyjnym, w którym Polskę dopiero trzeba europeizować. Łódź czy Rzeszów pod wieloma względami odstają od europejskich metropolii. Właśnie dlatego powinny poszukiwać dróg rozwoju opartych na własnej specyfice, a nie przeszczepiać rozwiązani sprawdzone w kompletnie odmiennych warunkach.

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Jeden komentarz “Miraże nowego mieszczaństwa”

  1. a czemu nic nie ma o Poznaniu? prawdziwe mieszczaństwo to własnie Poznań, tylko tu i w Krakowie sie zachowało, tu nie ma wielu przesiedleńców z wiosek tylko ludzie z dziada pradziada obywatele miasta-mieszczanie.

    Odpowiedz

Skomentuj

Res Publica Nowa