Mieszkania, nie więzienia

Napotykając bezdomne osoby, często zadajemy sobie pytanie „Dlaczego nie pójdą do przytułków?” – pytanie, które wyraża nie tylko ciekawość, ale implikuje także winę. Patrzymy na nich jak na dziwne istoty, które z bliżej niezrozumiałych dla […]


Napotykając bezdomne osoby, często zadajemy sobie pytanie „Dlaczego nie pójdą do przytułków?” – pytanie, które wyraża nie tylko ciekawość, ale implikuje także winę. Patrzymy na nich jak na dziwne istoty, które z bliżej niezrozumiałych dla nas przyczyn preferują pozostawanie na zewnątrz w zimnie i brudzie, jako jedyne ponoszące odpowiedzialność za swój los. Zamiast piętnować, powinniśmy zapytać o prawo do mieszkania dla każdego.

W chyba najbardziej znaczącym przykładzie nieposłuszeństwa obywatelskiego na Węgrzech w ostatnich latach, 7 marca 2013 roku, około 80 obywateli przeprowadziło pokojowy strajk okupacyjny w siedzibie węgierskiej partii rządzącej, Fidesz. Uczestnicy reprezentujący szeroki przekrój ruchów politycznych, w tym ruch studencki i grassrootowa organizacja na rzecz praw osób bezdomnych Miasto Jest Dla Wszystkich (A Város Mindenkié), protestowali przeciw czwartej poprawce do węgierskiej konstytucji. Zdaniem niektórych uderza ona w podstawowe wolności obywatelskie i przypieczętowuje proces rozkładu demokracji konstytucyjnej na Węgrzech. Wśród przepisów, które Trybunał Konstytucyjny zdążył uznać wcześniej za niekonstytucyjne, a rządząca partia mściwie wpisała następnie w konstytucję (aby tym razem uniknąć interwencji Sądu), znalazła się kryminalizacja bezdomności.

Bezdomny Fot. Richard Masoner / Flickr.com
Bezdomny Fot. Richard Masoner / Flickr.com

Wcześniej, decyzją z listopada 2012 roku, Sąd Konstytucyjny stwierdził, że „ani usunięcie osób bezdomnych z terenów publicznych, ani argument o bodźcu do skorzystania z systemu opieki społecznej nie mogą zostać uznane za prawomocne, konstytucyjne powody, które mogłyby stanowić podstawę do kryminalizacji przebywania osób bezdomnych na terenach publicznych” i zadeklarował, że „bezdomność jest problemem społecznym, z którym państwo musi zmierzyć się w ramach administracji społecznej oraz opieki społecznej zamiast środkami karnymi”. To był jeden z tych niewielu momentów, kiedy można było poczuć dumę z bycia obywatelem Węgier: najwyższy sąd państwowy nareszcie stanął po stronie najuboższych członków społeczeństwa. Zwycięstwo było jednak tylko pozorne: w przeciągu zaledwie paru dni prezes Rady Ministrów ogłosił, że jego rząd nie zastosuje się do decyzji sądu. Uznał ją za „niepraktyczną”.

Rząd nie ugiął się pod naciskiem krytyki ze strony szeregu instytucji i organizacji społecznych: rzecznika praw obywatelskich, prestiżowego Węgierskiego Wydziału Polityki Społecznej, katolickiej Wspólnoty Sant’Egidio oraz krajowego zrzeszenia organizacji wspomagających osoby bezdomne. Negatywne opinie o inicjatywie węgierskiego rządu wystosowały także czołowe organizacje międzynarodowe zajmujące się prawami człowieka oraz dwóch komisarzy ONZ. To jednak sami bezdomni wiedli prym w walce o swoje prawa, działając poprzez Miasto Jest Dla Wszystkich – grupę nacisku, która na pierwszym miejscu stawia włączanie do działania oraz wspieranie osób doświadczających bezdomności. Opierając się na przekonaniu, że nikt nie jest bardziej skuteczny w zwalczaniu negatywnego ich obrazu – jako beznadziejnych ofiar lub bezkształtnego miejskiego utrapienia – niż oni sami, dążą do odzyskania swojego miejsca w społeczeństwie poprzez dopominanie się o swoje prawa oraz sprawiedliwość.

Możliwość spokojnego korzystania z przestrzeni publicznej przez osoby bezdomne to z pewnością nieznaczące ucieleśnienie zasad sprawiedliwości społecznej. Dla każdego, kto wierzy w równość wszystkich obywateli, jedynym celem naprawdę wartym poświęcenia nie jest ponowna legalizacja spania na ulicach, ale sprawienie, aby nie było to już konieczne. To, co liczy się naprawdę, to prawo do niespania na ulicy.

Kwestie te są jednak ściśle ze sobą powiązane. Kryminalizacja zakłada istnienie masowego zjawiska bezdomności, a ludzie nie żyją na ulicy dla wygody: źródłem bezdomności jest niedostępność mieszkań po przystępnej cenie, co jest z kolei kwestią redystrybucji i polityki społecznej. Ponadto środki karne służą potwierdzaniu autorytetu państwa – w tym rządzącej nim politycznej elity – które stale zawodzi w wypełnianiu swoich nawet najbardziej podstawowych funkcji społecznych i ekonomicznych. Praktycznym uzupełnieniem kurczącego się państwa dobrobytu jest nadmierny rozrost funkcji represyjnych państwa. Kompromis jest nieunikniony – neoliberalne państwo minimalne jest tylko mitem.

Przyczynowość działa również w drugą stronę: środki karne przeciw bezdomnym są niezwykle niebezpieczne z perspektywy prawa do mieszkania. Wydalenie bezdomnych ze sfery publicznej ukryłoby jedną z najpoważniejszych i najbardziej oczywistych konsekwencji systemu kapitalistycznego, która uzależnia spełnienie najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb – takich jak mieszkanie – od siły nabywczej. Można w ten sposób utrzymywać skrajnie niesprawiedliwy system bez konieczności patrzenia w oczy jego głównym ofiarom.

To, na co warto zwrócić tutaj uwagę, to nie tylko sposób, w jaki kryminalizacja zmierza do usunięcia widzialnych oznak bezdomności ze sfery publicznej, ale również, jak związany z tą tematyką dyskurs dąży do ukazania osób bezdomnych. Dyskurs, który stawia sobie za cel legitymizację kryminalizacji bezdomności, wyrządza wiele długoterminowych szkód. Oskarżanie, stygmatyzowanie oraz dehumanizacja osób bezdomnych oraz redefinicja samego zjawiska bezdomności, które zostaje sprowadzone do kwestii estetyki i porządku, skutkuje prześladowaniami, grzywnami oraz umieszczaniem obywateli pozbawionych mieszkania w więzieniu.

Kryminalizacja może zostać usprawiedliwiona w oczach społeczeństwa tylko wtedy, gdy uwierzy ono, że ludzie bezdomni pozostają takimi jedynie z własnej woli. Ważnym składnikiem wykluczającej retoryki wobec osób bezdomnych jest przyjęcie założenia, że polityka społeczna jest zadowalająca, a osoby bezdomne już po usunięciu ze strefy publicznej znajdą sobie jakieś inne miejsce pobytu.

Ludzie są bezdomni dlatego, że nie mają domu albo jakiejkolwiek posiadłości prywatnej, w której mogliby swobodnie egzystować. W wyobrażonym świecie, w którym wszelka przestrzeń jest prywatna, ludzie bezdomni nie mogliby legalnie istnieć. W rezultacie, tam, gdzie nie ma efektywnego systemu pomocy bezdomnym, wykluczenie ich ze sfery publicznej oznaczałoby zakaz ich istnienia. Takiego rozwiązania nie popiera nikt, nawet zwolennicy kryminalizacji nie są na tyle cyniczni, aby sugerować zwykłe usunięcie ludzi bezdomnych ze sfery publicznej jako rozwiązanie tego problemu. Wprost przeciwnie, w ich retoryce często pojawiają się słowa o konieczności zapewnienia przytułków.

Rzekoma dostępność odpowiednich alternatyw prowokuje w nas pytanie do osoby bezdomnej – nie „Dlaczego nie ma domu?”, ale „Dlaczego nie pójdzie do przytułku?” – które wyrażaja nie tylko ciekawość, ale implikuje również winę. Twierdzenie o dostępności adekwatnych alternatyw konserwuje w ten sposób postrzeganie bezdomnych jako negatywnie wyróżniających się z ogółu społeczeństwa i ponoszących całkowitą odpowiedzialność za swój los.

Winie towarzyszy najczęściej moralna marginalizacja. W retoryce, która usiłuje uprawomocnić wykluczenie osób bezdomnych z przestrzeni publicznej, pojęcie „społeczeństwa” zostaje zawężone do zakresu legalnych użytkowników tejże. Spanie pod gołym niebem jest często określane jako zjawisko sprawiające kłopoty „mieszkańcom” miasta albo samemu miastu, tak jakby ludzie bezdomni nie należeli wcale do tych zbiorowości.

Jest to semantyka asymetrycznych pojęć przeciwnych, tak jak zostało to wyjaśnione przez Reinharta Kosselecka: zbiorowa samo-definicja jednostki jest taka, że wyklucza tego „drugiego” z możliwości jego uznania. Społeczności polityczne, którym winni jesteśmy obowiązek solidarności (jak np. kraje), są „społecznościami wyobrażonymi” – karne podejście do bezdomności sprawia, że wyobrażamy je sobie bez tych, którzy pozbawieni są mieszkania. Nasi mali bracia i siostry, nasze dzieci dorastają w społeczeństwie, w którym bezdomność – ta najdalej idąca forma wykluczenia i pozbawienia praw – wydaje się być czymś tak naturalnym jak zmiany pór roku. Bezdomność czasami wydaje się być uciążliwa, ale przecież uciążliwy bywa też deszcz.

Jeśli sądzimy, tak jak Rousseau, że odraza na widok cierpiącej, bratniej istoty jest podstawą człowieczeństwa, to najbardziej nieludzka wcale nie jest sytuacja osób śpiących pod gołym niebem, tylko nasza – współodpowiedzialnej i zadowolonej z siebie większości, nieczułej na cierpienie współobywatela.

Środki karne zyskują swą legitymizację z winy i moralnego wykluczenia osób bezdomnych, co czyni empatię, tak samo jak poczucie wspólnoty oraz odpowiedzialności – podstawowe warunki wstępne egalitarnych reform niezbędnych do wyeliminowania zjawiska bezdomności – niemożliwymi do rozwinięcia się. W ten sposób egalitarna polityka społeczna (razem z solidarnością, na której ona bazuje) oraz przedsięwzięcia karne (razem z obojętnością na krzywdę innych, w której mają swoje źródło) wzajemnie się wykluczają.

Dlatego też uporczywe naleganie na rzecz włączenia ludzi bezdomnych do społeczności obywateli o równej wartości i obrona ich podstawowych praw obywatelskich może stanowić integralną część działań dążących do zapewnienia prawa do mieszkania dla wszystkich. Zarówno kryminalizacja, jak i przepełnione przytułki są nie do zaakceptowania jako odpowiedzi na problemy bezdomnych osób z jednego i tego samego powodu: ponieważ są oni obywatelami oraz istotami ludzkimi, zupełnie tak jak my.

 

Przełożył Mateusz Kuryła

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa