Lewicowy outsider w Moskwie

Osiemdziesiąt sześć lat temu Walter Benjamin przybył do Moskwy. Zachodni świat z dystansu spoglądał wtedy na Rosję z ciekawością i lękiem. Pisarz rozważający wstąpienie do Komunistycznej Partii Niemiec chciał przekonać się na własne oczy, jak […]


Osiemdziesiąt sześć lat temu Walter Benjamin przybył do Moskwy. Zachodni świat z dystansu spoglądał wtedy na Rosję z ciekawością i lękiem. Pisarz rozważający wstąpienie do Komunistycznej Partii Niemiec chciał przekonać się na własne oczy, jak wygląda to porewolucyjne miasto.

W Moskwie autor Dzieła sztuki w dobie reprodukcji technicznej przebywał dokładnie od 6 grudnia 1926 do 1 lutego 1927 roku. Jego czas wypełniały spotkania z działaczami i artystami, wizyty w kinach, teatrach i muzeach, spacery po placach i ulicach Moskwy, wreszcie zakupy – przede wszystkim zabawek, które namiętnie kolekcjonował. Nieznający rosyjskiego pisarz przyglądał się życiu codziennemu moskiewskiej ulicy i dyskutował o polityce kulturalnej ZSRR. Szukał też możliwości współpracy z radzieckimi gazetami i wydawnictwami, czy to jako ich niemiecki korespondent, czy też pretendent do stanowiska w Związku Radzieckim, gdyby – wzorem innych komunizujących intelektualistów z Zachodu – zdecydował się zostać tam na stałe.

(CC BY-NC-ND 2.0) by Marco Fieber/ flickr

Naczynie z wąską szyjką

Przede wszystkim jednak Benjamin przyjechał do Moskwy ze względu na Asję Lacis. Ta łotewska komunistka i awangardowa reżyserka teatralna poznała pisarza dwa lata wcześniej na Capri. Zafascynowani sobą, spotykali się jeszcze w Berlinie i w Rydze, aż w końcu Benjamin podjął wyprawę do Moskwy. Kwestie zainteresowań polityczno-artystycznych i własnej kariery wydawały się początkowo mniej istotne. Jednak w praktyce to relacje z Lacis zeszły na dalszy plan, wywołując u Benjamina rozgoryczenie i ból, którym dawał wyraz w swoim dzienniku, wydanym właśnie jako Dziennik moskiewski w przekładzie Bogdana Barana.

Wydanie to jest bardzo staranne, opatrzone drobiazgowymi przypisami i rozbudowaną przedmową. Zawiera również kilka listów i fotografii Moskwy lat dwudziestych. Brakuje tylko (poza jedną fotografią) reprodukcji samego rękopisu dziennika. Co prawda wydawca w końcowej nocie opisuje go – to ważne, bo są to jedne z niewielu nieprzeznaczonych do druku autobiograficznych wypowiedzi pisarza, jakie znamy.

Intymność prowadzonych tylko dla siebie zapisków ma duże znaczenie dla zrozumienia relacji autora Ulicy jednokierunkowej z kobietą, której tę książkę dedykował i dla której przybył do Moskwy. Zaskoczenie czytelnika jest więc spore, gdy okazuje się, że w Dzienniku… relacja ta zajmuje relatywnie niewiele miejsca. Okazuje się, że ich stosunki od początku nie układały się gładko. Lacis – chora, znerwicowana, przebywała w sanatorium, w którym dzieliła pokój z uciążliwą dla gościa współlokatorką i do którego musiała codziennie wracać na noc; do tego lękała się o stan swojej kilkuletniej córki przebywającej w ośrodku dla dzieci. Starała się też zapewnić sobie pracę i mieszkanie na przyszłość, po opuszczeniu sanatorium. On, zabiegany, sfrustrowany trudnościami komunikacyjnymi, skazany na niemal nieustanne pośrednictwo tłumaczy, pragnął przywiązać Lacis do siebie – najchętniej poprzez wspólne dziecko – i irytował się jej osobistymi problemami. W dodatku w spotkaniach pisarza z reżyserką prawie zawsze uczestniczył Bernhard Reich, niemiecki reżyser teatralny mieszkający od pewnego czasu w ZSRR i „towarzysz życia” Lacis, jak to elegancko określa w Przedmowie Gershom Scholem. To towarzystwo, podobnie jak późniejsze zaloty „czerwonego generała” do Lacis, wywoływało w Benjaminie zazdrość.

Kochankowie rzadko pozostawali ze sobą sam na sam, a jeśli już im się udawało, ona zwykle była zmęczona, a on stawał się cyniczny i opryskliwy, co prowadziło do kłótni i pogłębiało niezrozumienie. Kłócili się zresztą także w towarzystwie; choć  sprzeczki wynikały często ze spraw błahych, ujawniały poważną rozbieżność oczekiwań. Obraz Lacis jako tej, która wpływała silnie na światopogląd Benjamina i walnie przyczyniła się do jego przyswojenia marksizmu, nie znajduje w Dzienniku… potwierdzenia, zwłaszcza że w notatkach Berlińczyka o tym, co Łotyszka pojęła z jego wypowiedzi, daje się wyczuć cień protekcjonalizmu. Często mi się to zdarza: prawie nie słyszę, co do mnie mówi, bo tak intensywnie się w nią wpatruję [s.35], zauważa Benjamin.

Czułość – objęcia, uśmiechy, pocałunki – pojawiała się między nimi rzadziej: niekiedy rozładowując napiętą atmosferę pretensji i wyrzutów, czasami w trakcie serdecznego spotkania, gdy oboje byli w dobrej kondycji psychofizycznej. Benjamin skrupulatnie odnotowywał gesty, spojrzenia i słowa Lacis świadczące – przy kontroli, jaką sobie narzuciła w sprawach erotycznych – o jej przychylności. Czuł się od niej uzależniony i drobne wyrazy jej sympatii pozwalały mu zachować w miarę dobry stan psychiczny. Bliskość z Lacis dawała Benjaminowi poczucie spokoju i bezpieczeństwa, jednakże gdy ona miała się gorzej lub potrzebowała jego zainteresowania, reagował znużeniem i irytacją, a kiedy ich relacja się psuła, kompensował sobie niepowodzenia jedzeniem i piciem.

Zdawał sobie sprawę ze swojego cynizmu i wyrachowania w stosunkach z Lacis, jak również z błędów, które popełnił wcześniej w ich relacji. Wciąż jednak nie był pewien ani jej, ani własnych planów życiowych, a krytyka ze strony reżyserki wywoływała w nim, wprawdzie krótkotrwałą, ale jednak wściekłość. W rezultacie próby ułożenia sobie wspólnej przyszłości – parę razy rozmawiali nawet o ślubie i dzieciach – spełzały na niczym. Momenty bliskości między kłótniami a niechcianym towarzystwem innych osób były dla pisarza na tyle zaskakujące, że musiał ponownie i stopniowo otwierać się, jak naczynie z wąską szyjką, do którego wlewa się płyn z kubła [s.164].

Ostatecznie rozjeżdżały się postawy i koncepcje Benjamina i Lacis: on jej zarzucał konformizm, ona jego spostrzeżenia na temat Rosji i komunizmu kwitowała krótko: To wszystko bez sensu. Tuż przed wyjazdem Benjamina ich więzy się zacieśniły, niemniej nie na tyle, by on został w ZSRR lub ona wyjechała za granicę:

Wola wyjazdu wszakże była silniejsza niż pociąg ku Asji, choć prawdopodobnie tylko z powodu wielu przeszkód, na jakie on natrafił. Tak jak natrafia i teraz. […] Pojechaliśmy saniami do jej mieszkania mocno przytuleni do siebie. Panował mrok. To był jedyny mrok, jaki dzieliliśmy tu w Moskwie – na środku ulicy i w ciasnym siedzeniu sań [s.189].

Łotyszka jeszcze dwukrotnie, w 1929 i 1930 roku przyjeżdżała do Niemiec, ale mimo przywiązania i silnych emocji, które w sobie wzbudzali, wiedzieli, że należą już do innych światów, których nie można zespoić. Bagatelizacja życia miłosnego i seksualnego należy, jak wiadomo, do komunistycznego credo [s.95], odnotowywał Benjamin.

Moskiewskie pasaże

Oficjalnym powodem wyprawy Benjamina był zamiar napisania prac na temat radzieckiej stolicy, za które wziął zaliczki umożliwiające wyjazd. Stąd drugim, równie ciekawym wątkiem Dziennika… są obserwacje życia codziennego w Moskwie. Mając świadomość, że głębsze wniknięcie w funkcjonowanie nieznanego miasta byłoby niemożliwe w tak krótkim czasie, pisarz ograniczył się do naszkicowania fizjonomii Moskwy – zjawienie się przed bramą tej „niezdobytej twierdzy” uważał za wystarczający sukces – programowo dystansując się od wszelkich teorii, na których weryfikację po prostu nie miałby czasu.

Uwagę pisarza przykuwał przede wszystkim rytm ulicy, z handlem na czele. Już 13 grudnia Benjamin zapisał:

Na rogu jednej z ulic zobaczyłem kobietę sprzedającą ozdoby choinkowe. Szklane bańki, żółte i czerwone, migotały w słońcu, wydawało się, że to zaczarowany kosz jabłek, w którym czerwień i żółć obdzielają każda inny owoc [s. 33].

Tego samego dnia dostrzegł też specyfikę moskiewskich szyldów sklepowych, których „prymitywne malarstwo” przedstawiało akcję, działanie z udziałem postaci, a nie tylko przedmioty, zaś prawie nigdy nie zawierało nazw firm. W oczy Benjamina rzucał się kontrast między luksusem sklepów dla nowej burżuazji okresu NEP-u, a powszechną nędzą, która najintensywniejszy wyraz znajdowała w „korporacji umierających”, jak autor Dziennika… nazywał licznych żebraków, porównując miasto do wielkiego lazaretu. Rogi ulic pokryte były łachmanami bezdomnych, a wąskie chodniki, którymi przeciskali się przechodnie, nadawały Moskwie charakter improwizowanej metropolii, której ten status przypadł w udziale z dnia na dzień [s.52].

(CC BY-NC-ND 2.0) by Marco Fieber/ flickr

W tej „improwizowanej metropolii” mróz, co prawda, uniemożliwiał przystanięcie i kontemplację, niemniej nie wstrzymywał ruchu. Właściwie wszystkim – od rzeczy codziennego użytku po najbardziej wymyślne przedmioty – handlowało się pod gołym niebem: Oferta uliczna jest niewyczerpana. Zauważyłem okulary optyka sprawiające, że wieczorne niebo nagle zabarwia się południowo. Powoli Benjamin poszerzał swoje spostrzeżenia o specyfikę miejscowego doświadczania czasu, dalekiego od zachodnioeuropejskiej punktualności, mimo że tylu zegarmistrzów co w Moskwie nie ma nigdzie w świecie. O tym, że czas to pieniądz, przypominał z plakatów sam Lenin.

Przydawały się też podpowiedzi moskiewskich znajomych pisarza; na przykład Lacis sugerowała mu opisanie, jak ludzie tu tracą głowę, chodzą godzinami, potem wracają do biura rozkojarzeni i nie potrafią powiedzieć, gdzie byli [s.51]. Miasto wydało mu się ogarnięte wielkim remontem, ciągłym zmianom ulegały w równej mierze meble w mieszkaniach, lokalizacje urzędów i stanowiska ulicznych handlarzy. Paradoksalnie najlepiej zorganizowani i najbardziej wiarygodni wydawali się w Moskwie żebrzący nędzarze, przewidywalni co do miejsc pobytu i zachowań.

Zdaniem Benjamina nieliczne na moskiewskich ulicach samochody były oznaką społecznej wyższości oficjeli i burżuazji w przeciwieństwie do ciasnych tramwajów i chodników, którymi poruszały się ubogie masy. Społeczna stratyfikacja przekładała się na podział sfery wizualnej (reflektory aut stanowiły, obok lamp na straganach, ważne źródło światła), jednak już nie audiosfery, klaksony przejeżdżających z rzadka aut nie zakłócały zbyt często spokoju miasta. Nawet okrzyki sprzedawców brzmią tu bardzo cicho, odnotowywał Benjamin, tłumacząc to sobie nielegalnym zwykle charakterem handlu ulicznego.

Obraz życia ulicy uzupełniały obserwacje wnętrz sklepów, teatrów, mieszkań. Zachowania publiczności teatralnej Benjamin rozpoznawał jako podyktowane nie tyle subiektywnym gustem widzów, ile znajomością stanowiska partii na temat danej sztuki. Z kolei drobnomieszczańskie pokoje swoich znajomych interpretował jako pola bitewne, które zwycięsko szturmuje siejący spustoszenie kapitał towarowy, nic ludzkiego się tam nie uchowa. Przed wzrokiem Benjamina nie mógł ukryć się też wszechobecny kult wizerunków Lenina – jego podobizny napotykał w klubach, kuchniach, łazienkach i instytucjach publicznych; pisarz natrafił między innymi na sklep specjalizujący się w wizerunkach Lenina dowolnej wielkości i z każdego materiału. Wizerunki Lenina i plakaty propagandowe znalazły się też w fabryce, którą zwiedzał, tam jednak jego uwagę przykuła głównie niska specjalizacja przemysłowa, przejawiająca się wykonywaniem wielu czynności ręcznie przez pochodzące ze wsi niewykwalifikowane pracownice:

Po prawej maszyna nawija długie nici przędzy na szpulki, po lewej ręka robotnicy obraca duże drewniane koło: ten sam proces w obu przypadkach. Najwięcej wśród załogi jest chłopek; niewiele z nich należy do partii. Nie noszą odzieży roboczej, nie mają nawet fartuchów ochronnych, lecz siedzą na swoich miejscach, jakby wykonywały jakieś prace domowe. Dobrotliwie, spokojnie pochylają nad pracą okutane wełnianymi chustami głowy. Otaczają je plakaty przywołujące całą grozę pracy maszynowej [s.107].

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa