LEWAŃSKA: Duma i zawstydzenie

Błyskotliwy portret krytyczny rodziny Łubieńskich. Lektura na trudne czasy


Z przytupem Wesela i operowym rozmachem otwiera się Portret rodziny z czasów wielkości. W rolach solistów – Łubieńscy różnych pokoleń. W chórze – współbrzmią głosy wielu epok i poziomów rzeczywistości: hetman Żółkiewski, św. Jan od Krzyża, Tadeusz Kościuszko, Edward Babiuch, cesarz Napoleon i fantazja pradziadka Maryś, niejako wypożyczona do tej inscenizacji od Wyspiańskiego.  Profesor Max Hardkor, współtwórca kultowego kabaretu Pożar w Burdelu, zdejmuje szyderczą maskę i jako Maciej Łubieński odkrywa dzieje własnych przodków. Autor musicalu Bem pozostaje sobą: zamiast wstępu podaje spis postaci, wybrane lokalizacje i wskazówki scenograficzne. Pisze portret, nie sagę. Zapowiada przedstawienie, nie książkę. Przedstawienie, które czytając w wartkiej opowieści, realizujemy sami, wciągnięci w korowód barwnych postaci. Chwytają za serce, wciągając nas w wielowarstwową rzeczywistość wspólnej polskiej przeszłości. Prowadzą w świat gęsto utkanej Rzeczpospolitej polskich rodzin, ich stylu życia, dylematów, języka i imaginacji. Dołącza spisy dań, budząc w nas kolejne zmysły, a przede wszystkim rozpościera repertuar zdarzeń i postaci, które pamiętam z opowieści w moim rodzinnym domu. Maciej Łubieński uformował portal do polskiej przeszłości, która do nas przy lekturze przenika. Brakowało moim przodkom do wielkich ziemian, ale ojciec urodzony w 1915 r. za cara, nieprzemakalny na komunistyczną breję, spotykał lub wiedział o tych, co ich w chórze wymienia Łubieński. Maryś de domo Stadnicką poznałam już sama na seminarium u profesora Świeżawskiego. Efekt Łubieńskiego to renesans Polaków z przeszłości jako naszych bliskich Ziemian, uczestników dramatycznej, pięknej, a czasem głupiej sprawy nad Wisłą. Jakby ucho przyłożyć do muszli, kiedy człowiek nie wie, czy przeszłości słucha, czy siebie samego, tak przy lekturze Portretu… czasy wielkości mieszają się ze zgiełkiem współczesnej ulicy, a Łubieńscy zaludniają świat tworzony przez również naszych przodków. Szczegóły ubioru, zabawne nazwy roślin, małe przedmioty budują pełną rzeczywistość. Uświadamia ona, że nasi dawni bliscy współistnieli, współodczuwali, że ich drogi krzyżowały się w tych samych miejscach. Łubieński uruchomił potop polskiego życia.

Wielkość nie jest tu patetyczna, a pełna dźwięków od pierwszej strony: „francuskich konwersacji na ganku, które toczyły się przy akompaniamencie dobiegającego ze stajni rżenia koni, huku dubeltówek i ujadania ogarów podczas polowań, turkotu bryczek, wesołych nawoływań na kuligu”. To echo szlacheckiej Polski jest stałym tłem dźwiękowym książki, ale też trwałym tematem refleksji, poddanym surowej ocenie. Narodowa pamięć przenika tu rodzinne wspomnienia. Prymas, biskup, minister, tenisista, akowiec czy utracjusz ożywają w lekturze, operując własnymi głosami. Autor cytuje ich w znakomitym wyborze, dorzuca didaskalia lub komentarze. Nie traci kabaretowej błyskotliwości prof. Maksa Hardkora, muzycznego słuchu na subtelności gasnącej polszczyzny, komponując je z akademicką przenikliwością i imponującą erudycją. Pytanie o miejsce na genealogicznym drzewie zadaje sobie i nam. Dla jego dziadka Konstantego „było oczywiste, że jest kolejną gałęzią rodzinnego drzewa. Ja też niby nią jestem, tylko to drzewo rośnie jakby gdzie indziej”. Czy Maciej Łubieński, a za nim każdy z nas, jest kolejną gałęzią, słojem budującym pomnik narodowej przyrody, czy słoikiem z blokowiska zaczepionym na spróchniałym muzealnym eksponacie? Kontynuuje czy kontestuje panteon przodków?

Uśmiech i sznurek

„U nas portrety wisiały w ciszy. Nie rozmawiało się o rodzinnej historii, bo rozmowy o arystokratycznym pochodzeniu w PRL-u były zajęciem dla snobów. A w ogóle to rozprawianie o wielkich przodkach to przechwałki, a więc coś w złym tonie. Duma i zawstydzenie. Mieszanina wyniosłej wstydliwości i milczącej godności”.

Czemu postpanicz, jak tytułuje siebie Łubieński, zdecydował się przerwać milczenie? Przyczyn wyliczy wiele, ale początek daje refleksja nad wizerunkami: nad zdjęciem ojca, figurą Feliksa, ryciną z prymasem Maciejem. Portret ich ożywia. To nie płaskie marionetki, lecz bohaterowie zwróceni ku nam, poddani wyrokom młodego pokolenia, a jednocześnie wyzywający do pojedynku na miny i reformy ojczyzny. Profesor Hardkor wskrzesza ich do debaty o Polsce i jej przemianach. Wrażliwości Łubieńskiego zawdzięczamy zbliżenia, a szyderczej przewrotności Hardkora – intelektualny dystans. Ta amplituda między empatią a beką pozwala pochłonąć 400 stron bez znużenia i ustawiać po swojemu figurki na portrecie. Styl refleksji zapowie komentarz do zdjęcia ojca: „To dziecię o anielskiej twarzyczce to mój ojciec w wieku dwóch-trzech lat, na zassowskim ganku. Na pierwszy rzut oka Tomeczek trzyma misia za łapkę, ale gdy przyjrzymy się uważniej widać, że pluszowe ciałko wisi bezwładnie na zawiązanym wokół szyi sznurku. W tym skrzyżowaniu słodyczy i makabry można doszukiwać się jakiejś metafory relatywnie szczęśliwego (uśmiech) dzieciństwa w czasie strasznej wojny (sznurek)”.  Uśmiech i sznurek wyznaczają drugi wektor lektury. Obok dumy i zawstydzenia będą to komizm i tragizm zapisany w rodzinnym katalogu.

Naddziady

Postpanicz zgodnie z duchem naszej ery pisze ponad tradycjami, miesza style jak zwroty akcji, karmi soczystymi zwrotami, sążnistymi cytatami, tłumaczy ze starego na młode polskie. W grze językowej uaktywnia błyskotliwość i konsekwencję. Opowieść i o niej mowa funkcjonują tu jak klucz basowy i wiolinowy. Zapis mknie z jednoczesną nad nim refleksją. Cytuje przodków opisujących przodków i komentuje ich język, równocześnie go używając. Metafory wplata w kronikarski tekst jak Bach tematy w Sztuce Fugi, nie przez jeden takt, ale całe frazy – np. „korzyści, które płyną z Wazy” czy długie „trzymanie ortopedycznej terminologii” przy opisie losów Feliksa i kontuzji jego nogi. Nie ulega pokusie postmodernistycznego kojarzenia wszystkiego ze wszystkim, lecz z kłębowisk znaczeń wybiera metafory zgodnie z klasyczną harmonią – bez fałszu, bez kakofonii, tak by zmarłych opisać żywym ich językiem. Mowa staroświeckich Polaków staje się emocjonalną ścieżką dostępu do nich. Brzmi „literacko”, bo łączy emocję z pejzażem, uczucie z doświadczeniem. Bez kastracji, jaką w XX w. narzuciła językowi naukowa poprawność, oskubując go z czułostkowości, Łubieński żongluje semantycznymi sferami. Uświadamia, że ten przeterminowany polski to język wielopoziomowy, gęsty, aluzyjny, bo był językiem kulturowej wspólnoty pielęgnującej pyszną, a później utraconą, państwowość. Prowadząc dialog z dendrogramem Łubieńskich, rozprawia się – i nas wciągając w tę grę – z Naczelnymi polskiej literatury. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że Łubieńscy za sprawą Hardkora dyskutują z Mickiewiczem o tradycji romantycznej, z Gombrowiczem o z niej drwinie, a z Wyspiańskim o kulturze, która musi „walić w morde”. W najbardziej gorzkim z rozdziałów, przenikniętym współczuciem dla posmutniałej babci, pojawia się gonitwa myśli i sekwencja scen w celi dziadka Konstantego, niczym krzywe zwierciadło przemiany Konrada w obywatela Polski Ludowej. Książkę czytamy jak „nad-Dziady” – nie tyle krytykę naszego narodowego dramatu, co raczej współczesną tkankę, która pokrywa je z bólem, oporem, a zarazem pełną świadomością ich wielkości. Sam autor tego pojęcia używa w następującym kontekście: „Kiedy Feliksowi udało się przeforsować powstanie szkoły prawa, publicysta Kajetan Koźmian rozpaczał, że prawników stawia się przed rycerzami. No gdzie kancelarzyście do szermierza. Jakże urzędniczyna ma stawać przeciw „naddziadom”, duchom Żółkiewskich i Chodkiewiczów”. „Naddziady” to przodkowie zawstydzający wielkością, zjawy dziejów, które czcimy z uwewnętrznionym onieśmieleniem, nadając im z marszu potencjalną wyższość. O jakiego jednak urzędniczynę chodzi? O ministra sprawiedliwości w Księstwie Warszawskim, praprzodka profesora Hardkora oraz samego UW, Feliksa Łubieńskiego. To centralna postać Portretu, w której Maciek Łubieński z blokowiska przegląda się z uwagą Velázqueza.

Z pieczar niewoli

„Nowe dla nas przyjmując prawodawstwo nadajemy wszystkim naszym chęciom wcale nowy kierunek. […] Z pieczar niewoli, co chytra i podstępna przemoc zaciemnić usiłowała, wyprowadzony Polak z uniesieniem woła: o jakże ten świat różny od tamtego” – przemawia  Feliks Łubieński z okazji wprowadzenia Kodeksu Napoleona. Maciej Łubieński AD 2020 nazywa to wydarzenie – w arcykatolickiej oprawie dokonane – „drugim chrztem” Polski, włączającym Księstwo Warszawskie roku 1808 w europejską nowoczesność. Wprowadza rozbitą zaborami Polskę w formującą się przestrzeń porewolucyjnych państw narodowych tak jak przed dziewięcioma wiekami Mieszkowy Chrzest zapewnił jej miejsce w kręgu zachodniej cywilizacji. W portretowaniu Feliksa zawarta jest refleksja nad relacją między chrześcijańskim i oświeceniowym obrazem świata, romantyczną i pozytywistyczną metodą jego urządzania oraz próba zrozumienia zawieranego przez kolejnych Łubieńskich kompromisu. Dzieje Feliksa przecięte są portretem jego żony pisarki, co podkreśla, że jej śmierć podzieliła życie Feliksa na dwoje, oraz że choć wierni ideałom oświecenia, żyli w klimacie balladowej romantyczności i rewolucyjnych etiud. Łubieńscy chórem wzywają nas do rozważań nad patriotyzmem pióra i szabli, edukacji i zbrojnego zrywu, reformy i rewolucji. Wciągnięci zostajemy w konflikt wewnętrznych postaw: rezerwy wobec „niepotrzebnej kabały” i zaangażowania. Podejmujemy za nimi dylemat „jak żyć?” – czy poprzez vita contemplativa, czyvita activa. Bohaterowie z Portretu…w czasach przemian podejmują decyzje zgodne z paradoksalnym polskim sumieniem, wiernym nauce Kościoła, buntowniczej naturze i pozytywistycznemu zacięciu. Maciej Łubieński uświadamia nam, że te paradoksy dziedziczymy bez względu na to, czy czujemy się osierdziem polskiego dębu, ulotnym liściem, lubieżnym żołędziem czy łódką z jego kory na fali czasu. Autor Portretu… opowiada się za patriotyzmem pióra, lecz ukazuje na przykładzie Feliksa, jak trudno odżegnać się od patriotyzmu szabli, współpracując z Napoleonem. Akt zbrojny, służba Bogu i cywilne prawo jawią nam się w Portrecie… jak wspólny trzon drzewa polskiego losu, po którym wspinamy się w teraźniejszość, wybierając co pokolenie własną drogę z pieczar niewoli.

Tę książkę powinien napisać mój ojciec

To zdanie powraca. Książkę rozpoczyna i zostaje przypomniane zrazu kilkakrotnie, później na stronie 159, by wreszcie – pod koniec, na stronie 357 jak muzyczne przetworzenie zmienić się w zdanie „Tę książkę powinna była napisać siostra mojego ojca, Elżbieta Łubieńska”. Maciej z 2020 powiela wprost postawę Macieja-prymasa z wieku XVII: najniegodniejszy a pierwszy, wybrany przez Boga. Brzmi tu duma i zawstydzenie w szczególnej postaci jako głębokie przeżycie roli człowieka w państwie chrześcijańskim. Działa jak problem teologiczno-polityczny, lecz w osobistej perspektywie: oto każdy jako chrześcijanin zobowiązany jest do pokory, a jako sprawca politycznych zdarzeń – do godności i dumy. Łubieńscy nadają ludzki rys dylematowi między tym, co boskie, i tym, co cesarskie, wyczuleni przez Cecylię na to „jak żyć w świecie, który  wydaje się zły”. Maciej Łubieński wchodzi żywcem w rodzinne zaświaty, nie uderza w bohaterów, ale też nie wybiela ich i nie idealizuje. Fantastycznie bawi się paradoksami sylogizmu, tworząc łańcuchy przyczynowo-skutkowe wstecz swojego istnienia. Z wolna nabieramy przekonania, że nasi ojcowie to nie tylko faceci naszych matek. Książkę naszego życia piszą wszyscy ci, których relacje tworzą naszą przeszłość. Te fantazje ugruntowują los pojedynczego człowieka w wielkiej epopei ludzkości, uniwersalnej humanitas.

Niewczesna satyra

Trzy rodzaje historii służą każdemu narodowi: antykwaryczny, monumentalny i krytyczny. Znamy je z doświadczenia. Znamy nadgorliwe szczególanctwo, nieznośną czołobitność czy nachalny krytycyzm, przekreślający całą wstecz. Książka Łubieńskiego omija sprawnie te rafy i jest śladem poszukiwań trojakiego pożytku z historii.  Podam przykład: najbardziej monumentalny w Portrecie Feliks pokazany jest w czynnościach prostych o znaczeniu nadzwyczajnym. Ot, podaruje buty Tadeuszowi Kościuszce, co opatrzone jest komentarzem, że „bez butów skazani jesteśmy na moralne zwycięstwa”. Pradziadka Tadeusza rozpoznajemy po erotycznym polocie, z jakim opisywał rośliny ze swoich szkółek, a Jerzego po traumatycznych konsekwencjach skrywania seksualnej orientacji. W polifonicznej opowieści  klisze prawyobraźni Łubieńskich nałożone zostają na powszechną linię czasu, by nas pobudzić do niewczesnych rozważań nad co raz traconą wielkością Polski. Do rozpoznania w sobie wstydu i dumy z tego, co wspólne.

Niewczesnej satyry autor nie żałuje też samemu sobie, a jednocześnie zdawałoby się, że chce być podobny do Cecylii, przełożonej urszulanek, mistycznej bizneswoman, która promuje Wyspiańskiego, a opisywana jest stwierdzeniem, że wszystko się w niej śmiało. Ten krytyczno-komiczny dystans połączony z mistyczną lub erotyczną miłością ukazuje Łubieńskich razem z autorem Portretu…, trochę jak na obrazie wspomnianego już Velázqueza. O ile jednak w Pannach dworskich, portretując wielkich, przegląda się autor, a Foucault upatruje nieobecności podmiotu, o tyle w Portrecie rodziny z czasów wielkości autor bez poniżenia przedstawia postaci z oporami, skrupulatnością, fantazją, zachwytem i buntem, wyzwany rodowym credo „Do zasług przodków dołącz swoje”. Współczujemy mu, bo jako człowiek sceny czeka zapewne na oklaski, a jak wiemy z jego opowieści, u Łubieńskich portrety wiszą w ciszy.

 


Ariadna Lewańska, uczy filozofii na wydziale Artes Liberales UW, scenarzystka, chercheuse associée w Ośrodku Kultury Francuskiej i Studiów Frankofońskich UW

fot. Ariadna Lewańska

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa