Kto zbuduje Arkę?

W ekologicznym geniuszu miast tkwi ogromna, lecz w dużej mierze ukryta moc. Pojemność planety nie będzie stanowiła problemu, jeśli zamiast modułowej i prywatnej konsumpcji będziemy gotowi na demokratyczną przestrzeń publiczną – siłę napędową stabilnej równości. […]


W ekologicznym geniuszu miast tkwi ogromna, lecz w dużej mierze ukryta moc. Pojemność planety nie będzie stanowiła problemu, jeśli zamiast modułowej i prywatnej konsumpcji będziemy gotowi na demokratyczną przestrzeń publiczną – siłę napędową stabilnej równości. Mike Davis przekonuje, że urbanizacja to nie tylko zagrożenie, ale i szansa w walce z globalnym ociepleniem

Przegraliśmy pierwsze etapy walki z globalnym ociepleniem. Jeden z głównych przeciwników protokołu z Kioto celnie stwierdził, że dokument ten nie przyniósł żadnych wymiernych efektów w walce ze zmianą klimatyczną. Globalna emisja dwutlenku węgla wzrosła o tyle, o ile powinna była spaść. Wysoce nieprawdopodobne wydaje się, żeby do roku 2020 udało się ustabilizować poziom nagromadzonych gazów cieplarnianych (poniżej „czerwonej linii” 450 ppm). Jeżeli ta prognoza się sprawdzi, to nawet najbardziej heroiczne wysiłki naszych dzieci nie będą w stanie powstrzymać radykalnych zmian ekologicznych w obszarze zasobów wodnych i systemów rolniczych. Co więcej, w „cieplejszym” świecie społeczno-ekonomiczne nierówności wynikać będą z sytuacji klimatycznej. Bogate kraje półkuli północnej, odpowiedzialne za zakłócenie równowagi klimatycznej holocenu, nie będą zainteresowane dzieleniem się zasobami, jakie mogłyby zostać przeznaczone dla biednych subtropikalnych państw, najdotkliwiej odczuwających efekty suszy i powodzi.

Szukając rozwiązania dla tego narastającego wciąż problemu, warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż może się okazać, że główny powód globalnego ocieplenia, czyli urbanizacja ludzkości, jest jednocześnie potencjalnie najlepszym rozwiązaniem kwestii przetrwania ludzkości w drugiej połowie XXI wieku. Co prawda przy obecnej polityce pogrążone w ubóstwie miasta niemal z pewnością staną się trumnami nadziei. Potrzebujemy zmiany – musimy zacząć myśleć jak biblijny Noe i zbudować Nową Arkę nadziei. Ponieważ większość starych drzew została już wycięta, Nowa Arka będzie musiała być stworzona z materiałów, które ludzkość znajdzie wśród zbuntowanych społeczności, pirackich technologii, nielegalnych mediów, rebeliantów i utopii.

Optymizm wyobraźni

Niepowodzenia w walce z globalnym ociepleniem i coraz mniejsze prawdopodobieństwo realizacji opracowanych planów ratunkowych dla planety zmuszają nas do przedefiniowania sposobu prowadzenia dalszych działań na rzecz ochrony środowiska. Jednego możemy być pewni – to właśnie miasta będą areną rozgrywek we wszelkich możliwych scenariuszach. Siłą napędową negatywnych zmian klimatycznych był bowiem przede wszystkim gwałtowny wzrost emisji dwutlenku węgla w miejskich obszarach półkuli północnej. Samo ogrzewanie i ochładzanie miast jest odpowiedzialne za blisko 35–45 procent emisji dwutlenku węgla do atmosfery, a przemysł i transport miejski powiększają to o kolejne 35–40 procent.

Paradoksalnie tym, co czyni przestrzenie miejskie niestabilnymi środowiskowo nawet w największych aglomeracjach, są te cechy, które najczęściej definiujemy jako antymiejskie lub podmiejskie. Pierwszą z nich jest masowa horyzontalna ekspansja obszarów miejskich, która łączy degradację „naturalnych usługodawców” – akwenów, kanałów i działów wodnych, gospodarstw rolnych nastawionych na produkcję, lasów oraz ekosystemów wybrzeży – z wysokimi kosztami niezbędnymi do rozwoju infrastruktury. Rezultatem tego procesu są: wzrost ruchu ulicznego, zanieczyszczenie powietrza oraz coraz częstszy problem ze składowaniem odpadów.

W sytuacji, gdy to spekulanci i deweloperzy, nie zważając na demokratyczną kontrolę planowania i zasobów, kształtują formy miejskie, przewidywalnym społecznym efektem jest zarówno skrajna etniczna i ekonomiczna segregacja przestrzenna, jak i tworzenie środowisk niebezpiecznych dla dzieci, osób starszych i niepełnosprawnych. Skutkiem współczesnego rozwoju miast i procesu gentryfikacji jest masowe wyludnienie, które m.in. niszczy tradycyjną kulturę miejską. Do tego możemy dodać społeczno-polityczne cechy megalopolis, które ukształtowały się pod wpływem kapitalistycznej globalizacji: powiększanie się liczby slumsów na peryferiach miast, wzrost nielegalnego zatrudnienia, prywatyzacja przestrzeni publicznej, niski poziom skuteczności walki policji ze światem kryminalnym, izolacja ludzi zamożnych w historycznie wysterylizowanych i zamkniętych przedmieściach.

(CC BY-SA 2.0) by Andrew/Flickr.com

Z drugiej strony, cechy klasycznie miejskie, nawet w skali małych miast, łączą się i wytwarzają zręcznie zamykające się koło. Jeżeli granice między miastem a wsią są odpowiednio zdefiniowane, to rozwój miast może umożliwić zabezpieczenie otwartej przestrzeni i żywego ekosystemu, jednocześnie wytwarzając ekonomie środowiskowe w zakresie transportu i budownictwa mieszkalnego. Dojazd z peryferii do centrum miast staje się coraz łatwiejszy, a ruch uliczny regulowany jest bardziej efektywnie. Ponadto odpadów nie wylewa się już do rzek, dzięki czemu łatwiej poddać je recyklingowi. W klasycznej wizji miejskiej społeczny luksus zastępuje prywatną konsumpcję poprzez uspołecznienie pragnień i identyfikację z przestrzenią publiczną. Duże obszary spółdzielczych i bezpłatnych mieszkań reprodukują etniczną i ekonomiczną heterogeniczność na niewielką skalę w granicach miasta. Egalitarne usługi publiczne i przestrzenie miasta zostały zaprojektowane z myślą o dzieciach, osobach starszych i niepełnosprawnych. Demokratyczna kontrola oferuje duże możliwości dla progresywnego opodatkowania i planowania z wysokim poziomem politycznej mobilizacji i aktywności obywatelskiej, uzyskania priorytetowej pozycji dla społecznej pamięci nad indywidualnymi symbolami, przestrzennej integracji pracy oraz wypoczynku i życia rodzinnego.

Miasto jako własne rozwiązanie

Tak ostre rozgraniczenie pomiędzy „dobrymi” i „złymi” cechami miejskiego życia trąci XX-wiecznymi próbami oddzielenia klasycznej urbanistyki od antyurbanistyki (Lewis Mumford, Jane Jacobs, Frank Lloyd Wright oraz Walt Disney, Corbusier i manifest CIAM, „Nowy Urbanizm” Andrésa Duany’ego i Petera Calthorpe’a itd.). W rzeczywistości wcale nie potrzebujemy teoretyków miejskich, by kształtowali nasze poglądy na temat wad i zalet obszarów zurbanizowanych czy wspierali lub też zniechęcali nas do zawierania różnego typu relacji społecznych. Tym, co często pozostaje niezauważone w takiej moralnej inwentaryzacji, jest związek pomiędzy sprawiedliwością społeczną i ochroną środowiska, społecznym etosem i zieloną urbanistyką. Konserwacja obszarów zielonych służy do zachowania istotnych naturalnych elementów miejskiego metabolizmu, zapewniając zarazem rekreacyjne i kulturalne zasoby klasom społecznym. Redukcja podmiejskich korków i lepsze planowanie logistyki transportu miejskiego oraz podmiejskiego mają na celu odciążenie miasta, co sprzyja zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych.

Istnieją niezliczone przykłady sprowadzające się do jednej zasady, według której miasta mogą pozostać ekologiczne przede wszystkim dzięki przewadze publicznego bogactwa nad prywatną zamożnością, a nie poprzez konkretne zielone inwestycje lub technologie. Jak powszechnie wiadomo, kilka dodatkowych planet byłoby niezbędnych do tego, aby każdy człowiek mógł żyć na przedmieściach, w domach z trawnikiem i z dwoma samochodami. To oczywiste ograniczenie jest czasami przytaczane w celu uzasadnienia niemożności pogodzenia ograniczonych zasobów z podnoszącym się standardem życia. Większość współczesnych miast, zarówno w krajach bogatych, jak i biednych, tłumi potencjalną ekologiczną sprawność nieodłącznie związaną z zabudową mieszkalną. W ekologicznym geniuszu miast tkwi ogromna, lecz w dużej mierze ukryta moc. Pojemność planety nie będzie stanowiła problemu, jeśli zamiast modułowej i prywatnej konsumpcji będziemy gotowi na demokratyczną przestrzeń publiczną – siłę napędową stabilnej równości. Publiczny dostatek reprezentowany przez: wielkie parki miejskie, bezpłatne muzea, biblioteki i możliwości nieskończonych ludzkich interakcji, stanowi alternatywę dla bogatego standardu życia opartego na poszanowaniu planety. Rzadko zauważane przez teoretyków miasta kampusy uniwersyteckie są często quasi-socjalistycznymi rajami usytuowanymi wokół bogatych przestrzeni publicznych, które pozwalają na uczenie się, badania, oraz ciekawe życie codzienne.

Pionierami utopijnej ekologicznej krytyki nowoczesnego miasta byli socjaliści oraz anarchiści, począwszy od marzenia o Socjalizmie Cechowym, inspirowanego bioregionalistyczną myślą Kropotkina, a później Geddesa, dotyczącego miast ogrodów dla wykwalifikowanych angielskich robotników, a kończąc na zbombardowaniu Karl Marx-Hof – wspaniałego eksperymentu mieszkań komunalnych w Czerwonym Wiedniu – podczas austriackiej wojny domowej w 1934 roku. Gdzieś pomiędzy tymi wydarzeniami umieścić można stworzenie przez polskich i rosyjskich socjalistów ideologii kibuców, nowoczesnych projektów mieszkań socjalnych Bauhausu oraz fascynującą debatę na temat urbanizmu przeprowadzoną w ZSRR w latach 20. Rzeczona radykalna wyobraźnia urbanistyczna stała się ofiarą tragedii lat 30. i 40. Z jednej strony, Stalin skłaniał się ku monumentalizmowi w sztuce i architekturze, nieludzkiemu zarówno w skali, jak i teksturze, co różniło go nieznacznie od wagnerowskich hiperboli Alberta Speera w Trzeciej Rzeszy. Z drugiej jednak strony, powojenna socjaldemokracja zrezygnowała z alternatywnego urbanizmu na rzecz keynesowskiej polityki mieszkań masowych, która podkreślała znaczenie ekonomii w zakresie projektów stawiania wieżowców na tanich terenach podmiejskich i tym samym wykorzeniła tradycyjną urbanistyczną tożsamość klasy robotniczej.

Jednakże rozmowy o miastach socjalistycznych późnych lat 90. XIX wieku i początku XX stulecia dostarczają bezcennych punktów zaczepienia w refleksji nad obecnym kryzysem. Rozważmy na przykład konstruktywistów. El Lissitzky, Melnikov, Leonidov, Golosov, bracia Vesnin i wielu innych wspaniałych projektantów socjalistycznych – ograniczanych przez ubóstwo urbanistyczne wczesnego ZSRR i drastyczne cięcia inwestycji publicznych – proponowało, że może ulżyć mieszkańcom zatłoczonych mieszkań, projektując dla nich kluby robotnicze, teatry i kompleksy sportowe. Priorytetem była emancypacja kobiet proletariatu – organizowano kuchnie komunalne, żłobki, łaźnie publiczne i szeroko pojętą współpracę. Choć wyobrażali sobie łączenie się klubów robotniczych i centrów socjalnych z wielkimi fordystycznymi fabrykami i ewentualnymi osiedlami wieżowców, jako „społecznych kondensatorów” nowej cywilizacji robotniczej, to rozwijali także praktyczną strategię podniesienia poziomu standardu życia ubogich robotników miejskich w tych bardzo niesprzyjających okolicznościach. W kontekście globalnego zagrożenia środowiska, projekt konstruktywistów potwierdza, że egalitarne aspekty życia miejskiego nieustannie zapewniają najlepsze socjologiczne oraz fizyczne wsparcie dla ochrony surowców naturalnych oraz obniżania poziomu dwutlenku węgla. W rzeczy samej, jeżeli ruch kontroli efektu cieplarnianego nie będzie zbieżny z walką o podniesienie standardów życia i usuwanie biedy na świecie, to szansa obniżenia emisji gazów cieplarnianych czy adaptacja ludzkich habitatów do antropocenu jest niewielka. W rzeczywistości, pomimo uproszczonych scenariuszy tworzonych m.in. przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC – International Panel on Climate Change), oznacza to partycypację w walce o demokratyczną kontrolę przestrzeni miejskich, przepływ kapitału, przekazywanie surowców i wielkoskalowe środki produkcji.

Obecny wewnętrzny kryzys polityki środowiskowej jest wynikiem braku bardziej odważnych koncepcji, które rzucałyby wyzwanie biedzie, kryzysowi energetycznemu, brakowi biodywersyfikacji i zmianom klimatycznym. Na poziomie mikro kroki w kierunku rozwoju alternatywnych technologii i osiedli biernych energetycznie są ogromne, jednakże potiomkinowskie projekty w zamożnych społeczeństwach i bogatych krajach nie ocalą świata. Z pewnością jednostki żyjące dostatniej mogą teraz wybierać z wachlarza propozycji ekożycia, aczkolwiek trzeba zadać sobie pytanie, jaki jest tego zasadniczy cel: umożliwić celebrytom o dobrych intencjach przechwalanie się swoim pozbawionym dwutlenku węgla stylem życia czy zaopatrzyć biedne zurbanizowane społeczeństwa w energię słoneczną, toalety, przychodnie pediatryczne i masowy transport?

Utopia albo śmierć

Stawienie czoła wyzwaniu zaprojektowania przyjaznego miejskiego środowiska dla całej planety, nie tylko dla kilku uprzywilejowanych krajów czy grup społecznych, wymaga ogromnej przestrzeni dla wyobraźni, takiej jak przy nauce i sztuce z czasów szkoły Vkhutemas i Bauhausu. Zakłada to zasadniczą gotowość do myślenia ponad kategoriami neoliberalnego kapitalizmu w kierunku globalnej rewolucji, która włączyłaby na nowo nielegalnie zatrudnione klasy społeczne, także i biedotę wiejską, do prac nad zrównoważoną rekonstrukcją zamieszkałych przez nie środowisk. Jest to oczywiście scenariusz całkowicie nierealny, jednakże albo rozpoczniemy podróż w kierunku nadziei, i uwieżymy że współpraca między architektami, inżynierami, ekologami i aktywistami może odegrać niewielką, lecz znaczącą rolę, czyniąc alter-monde bardziej możliwym, albo podporządkujemy się wizji przyszłości, w której projektanci będą tylko twórcami elitarnych światów. „Zielone strefy” mogą oferować ogromne możliwości monumentalizacji indywidualnych wizji, jednak na moralnym gruncie architektury i planowania da się to rozwiązać tylko poprzez tworzenie bardziej egalitarnego i uspołecznionego miasta.

Patrząc z tej perspektywy, tylko powrót do otwarcie utopijnego myślenia wskazać może, jakie są minimalne warunki ochrony ludzkiej solidarności w stosunku do zbiegających się planetarnych kryzysów. Wydaje mi się, że rozumiem, co włoscy marksistowscy architekci, Tafuri i Dal Co, mieli na myśli, ostrzegając przed regresją do utopii. Jednakże, by móc zmierzyć się z wyzwaniami antropocenu, musimy być zdolni do przewidzenia alternatywnych konfiguracji czynników, praktyk i relacji społecznych, co z drugiej strony wymaga zawieszenia polityczno-ekonomicznych domniemań, które łańcuchem skuwają nas z teraźniejszością. Utopizm nie jest jednakowoż millenaryzmem i nie można go ograniczać. Jednym z najbardziej zachęcających odkryć w tej wyłaniającej się intelektualnej przestrzeni, w której badacze i aktywiści dyskutują na temat wpływu globalnego ocieplenia na rozwój, jest gotowość, by bronić tego, co konieczne, zamiast tego, co praktyczne. Eksperci ostrzegają, że jeżeli nie będziemy walczyć o „niemożliwe” rozwiązania kryzysów miejskiej biedy i problemu zmian klimatycznych, coraz częściej się zazębiających, to sami staniemy się współwinni de facto segregacji ludzkości.

W związku z tym sądzę, że możemy pocieszyć się jednym z ostatnich artykułów w „Nature”. Redaktorzy, wyjaśniając, że „wyzwania gwałtownej urbanizacji wymagają nowego myślenia oraz zintegrowanych, wielodyscyplinarnych podejść”, jednocześnie przekonują bogate kraje, by finansowały „rewolucję bez dwutlenku węgla” w miastach rozwijającego się świata. Piszą, że:

To może wydawać się utopijne, by promować takie innowacje w wyłaniających się i rozwijających świat metropoliach, których mieszkańców ledwie stać na dach nad głową. Jednakże takie państwa pokazały już, że mają talent do technologicznego postępu, poprzez np. przeskoczenie nad potrzebą telefonu stacjonarnego, by wypromować telefon komórkowy. Co więcej, wiele biedniejszych krajów posiada wieloletnią tradycję przystosowywania budynków do lokalnych praktyk, środowiska czy klimatu – domorosłe podejście do zintegrowanych projektów, które zostało stracone na Zachodzie. Obecnie mają one szansę, by połączyć swoje tradycyjne podejście z nowoczesną technologią. (Turning blight into bloom, „Nature” 2008, 11 IX, t. 455, s.137)

Podobnie, amerykański Raport o Rozwoju Społecznym (UN Human Development Report 2007/2008) ostrzega, że „przyszłość solidarności ludzkiej” zależna jest od programów, które pomagają rozwijającym się krajom dostosowywać się do szoków klimatycznych. Zgodnie z tym dokumentem należy usunąć „przeszkody stojące na drodze nagłego wydatkowania niskowęglowych technologii, niezbędnych, by móc uniknąć zmiany klimatycznej”. Ubogich tego świata nie można pozostawić z ich własnymi zasobami naturalnymi na pastwę losu, podczas gdy bogate kraje chronią swoich obywateli za oporną klimatowi tarczą. „Mówiąc dosadniej, biednych tego świata oraz przyszłych pokoleń nie stać na beztroskę i wykręty, tak charakterystyczne dla międzynarodowych negocjacji związanych ze zmianami klimatycznymi”. Jeżeli odmówimy podjęcia zdecydowanych kroków, całą ludzkość czeka „moralna porażka na nieporównywalną w historii skalę”. Trudno, jeżeli brzmi to jak sentymentalne wołanie na barykady, jak echo z uniwersytetów, ulic czy atelier sprzed 40 lat. Biorąc pod uwagę fakty, które roztaczają się przed nami, „realistyczne” podejście do przyszłości gatunku ludzkiego i naszej planety, tak jak spoglądanie w oczy Meduzy, po prostu zamieniłoby nas w kamień.

 

Przełożyły: Justyna Gąsiorek, Alicja Michalak, Aleksandra Paprot, Iwona Piaskowska, Joanna Przybylska i Anna Przytomska.

Tłumaczenie powstało w ramach warsztatów translatorskich prowadzonych przez dr. Kacpra Pobłockiego w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM.

Publikowany tekst jest fragmentem artykułu Mike’a Daviesa Who Will Build The Ark?, opublikowanego pierwotnie w „New Left Review” 2010, nr 61. Przedruk za zgodą wydawcy.

Zachęcamy do lektury najnowszego wydania Res Publiki Nowej.

 

 

 

 

Skomentuj lub udostępnij
Loading Facebook Comments ...

Skomentuj

Res Publica Nowa